3 miesiąc

czerwca 02, 2016 0 Comments

Trzeci miesiąc już za nami! To niesamowite że minął jak pstryknięcie palcami.

Synku, z dnia na dzień umiesz coraz więcej:
- machać łapkami do Eustachego zawieszonego na pałąku nad bujaczkiem
- cieszyć się do zabawek wiszących nad Twoją głową gdy leżysz na macie
- gugać, więcej i głośniej
- śmiać się rano po przebudzeniu i witać nas uśmiechem
- spać w nocy i to czasami aż 6-7 godzin!
- regularniej jeść
- płakać na deszcz
- manifestować niezadowolenie gdy jest zbyt ciepło
- koncentrować wzrok na jednym obiekcie
- oglądać nasze twarze
- zauważać swoje ręce
- robić bańki ze śliny
- oglądać książeczki z bajkami

Całymi dniami pchasz też dłonie do ust, jednocześnie śliniąc wszystko wokół. Ostatnio musiałam przebrać Cię przed wyjściem 3 razy z rzędu, z powodu obślinienia ubrania aż do pępka. Mam nadzieję że kolejny miesiąc przyniesie ze sobą lato i wiele nowych ekscytacji :)

0 komentarze:

Kolki, płacze i inne nieszczęścia

maja 24, 2016 0 Comments

W ciąży uznałam że po porodzie jakoś to będzie - w końcu każda matka posiada intuicję, czyż nie? Każda także uczyła się tego jak dziecko jest zbudowane i jak dbać o jego higienę. Zrobiła wyprawkę. Pościeliła łóżeczko i wyprasowała ubrania. Zadbała o uwicie gniazda. Czego się więc obawiać? Jedynie czekać na rozwiązanie - a później już tulenie, tulenie i tulenie... Tyle wyobrażeń, a tymczasem rzeczywistość potrafi się z nimi rozminąć.

Dopiero po porodzie usłyszałam termin "kolki" i jakoś skojarzyłam że coś mi to mówi - nie pamiętałam jedynie w którym to kościele dzwoni... To po porodzie przeżyłam najgorszy tydzień, gdy moje dziecko płakało niemal bez przerwy - a ja razem z nim, bo wydawało mi się, że skoro wrzeszczy i krzyczy, dzień i noc, to z pewnością dzieje mu się jakaś okrutna krzywda, a ja również mu ją wyrządzam - brakiem pomocy. W pewnym momencie z przerażeniem zauważyłam jak małe ciałko wygina się we wszystkie strony i napręża. A ponieważ zewsząd grzmiało niczym wyrok: "no tak, chłopcy mają problemy z kolkami", to co widziałam zinterpretowałam jako kolki, a te, idąc za brzmieniem tego wyrazu - jako ból brzucha, który wszystkiemu jest winien.

Jednak obserwacja mojego dziecka, początkowo około 22 godzin na dobę (bo tyle pozostawałam w gotowości) przyniosła mi nieco inne wnioski. Otóż, szaleńczo wg niektórych, doszłam do wniosku że ból brzucha nie jest przyczyną mrożącego krew w żyłach wrzasku. To tylko jeden z przyczynków do histerycznej reakcji, ale wcale nie jedyny.
Wg moich wniosków Kazik wpadał w szał gdy odczuwał że nie jest już w brzuchu. Gdy stykał się z czymś nowym. Gdy zdarzało mu się usłyszeć lub zobaczyć więcej, głośniej, coś innego niż dotychczas. Gdy było mu za chłodno lub za ciepło, gdy bujało za mocno lub nie bujało, gdy było zbyt stabilnie, gdy było plecami do dołu, gdy było daleko od mamy lub pachniało czymś nowym. No i oczywiście gdy mleko wlatywało do brzucha, a to co w brzuchu przesuwało się w stronę pieluchy, ale równocześnie niewyćwiczone zwieracze zaciskały się zamiast otwierać, co powodowało napinanie, wyginanie się, ból - i kolejną dawkę krzyku. Nierozwinięty układ trawienny był dodatkowym powodem, nie główną przyczyną.

Aby nie móc sobie nic zarzucić - i zwiększyć prawdopodobieństwo przyniesienia ulgi dziecku - chwytaliśmy się jednak większości sensownie brzmiących (lub trafiających w intuicję) rozwiązań, w tym tych dotyczących uporania się z bólem brzuszka. W naszym wypadku ostatecznie sprawdził się poniższy zestaw "anty kolkowy". Od razu zaznaczam, że metod jest jeszcze więcej i w wypadku każdego dziecka może podziałać nieco inny zestaw.

- metoda 5s - u mnie na pierwszym miejscu, ponieważ pomagała nam radzić sobie z bólem istnienia dzidziusia i stworzyć mu warunki przypominające te z brzucha - w momentach histerii ("napadów kolkowych")  oraz podczas nocnego usypiania
- tulenie, kangurowanie, noszenie na rękach - nie, nie boję się że dziecko "się przyzwyczai", uważam że gdy zacznie raczkować to samo zejdzie z rąk, a póki co nie umie samo się przemieszczać, jest zupełnie od tych rąk uzależnione. No i póki mogę to tulę, to najpiękniejsze chwile bliskości. Pomagają mu poczuć się bezpiecznie, wyciszyć, uspokoić smutki - ramiona matki powinny być wypisywane na każdej recepcie na kolki
- bujanie, wspólne tańczenie i śpiewanie - jak wyżej
- kropelki - ułatwiające dojrzewanie układu pokarmowego oraz rozbojanie pęcherzyków powietrza i wydalanie gazów. W naszym wypadku jest to probiotyk Biogaia i krople Espumisan 100 - do stosowania od pierwszych dni życia. Wkrótce Kazik skończy 3 miesiące i będziemy odstawiać jedne i drugie
- masaże brzuszka - w internecie można znaleźć filmy instruktażowe pokazujące kierunek wymasowywania z jelit zalegających tam gazów. Dodatkowo robienie "rowerka" nóżkami. I dużo leżenia na brzuchu - Kazik uwielbia spać w tej pozycji
- ciepłe kąpiele - na rozluźnienie i uspokojenie
- ciepłe okłady - my stosowaliśmy zwykły termofor, ale można kupić mały, dopasowany do rozmiarów brzuszka dziecka, np. z pestkami wiśni (wówczas nie stosujecie wody - wrzątek może się rozlać i być niebezpieczny, należy szczególnie uważać stosując zwykłe termofory!)
- czas - już teraz, blisko 3 miesiąca, widzę jak dziecko zmienia się w tym czasie i dorasta psychicznie i fizycznie. Z tego względu zaczęłam wierzyć w teorię 4 trymestru - zwykle po 3 miesiącach problem kolek mija.

Jeśli i Wy szukacie sposobów złagodzenia bólu Waszych dzieci - mam nadzieję że powyższe metody, lub zmodyfikowane i połączone z kilkoma innymi które można znaleźć w poradach innych rodziców, szybko pomogą! Pamiętajcie - z czasem ma być tylko łatwiej :)

0 komentarze:

Recenzja: Harvey Karp, Najszczęśliwsze niemowlę w okolicy

maja 19, 2016 0 Comments

Tę książkę poleciła mi jedna z mam z mojej ulubionej grupy na FB, w momencie gdy zrozpaczona zapytałam pewnej nocy o sposoby radzenia sobie z kolką. Miałam za sobą wszelkiej maści kropelki, masaże, termofory, kąpiele, suszarki i inne metody, z których działała żadna. Wprawdzie nie dażę zaufaniem lektur poradnikowych dla rodziców, jednak ta mama wzbudzała moje zaufanie, w dodatku również ma syna Kazika - intuicja podpowiedziała mi, że warto spróbować. Jeszcze tej samej nocy odnalazłam książkę w księgarni internetowej i zamówiłam priorytetem.

Jedyne czego żałuję to to, że nie przeczytałam tej pozycji wcześniej. Najlepiej jeszcze w ciąży, aby od pierwszego dnia po porodzie rozumieć więcej.

Dr Harvey Karp to uznany pediatra oraz ekspert od rozwoju dziecka, ma za sobą przebadane tysiące małych ludzi. Na podstawie własnych obserwacji opracował system postępowania z płaczącymi dziećmi oraz wytłumaczył, w jego rozumieniu w sposób właściwy, fenomen kolki. W pierwszej chwili teoria brzmi dość szamańsko, ale muszę przyznać - ja jej ufam. W naszym wypadku porady się sprawdziły, a to co stosowaliśmy intuicyjnie ustawione w lepszą kolejność i wykończone lepszą jakością w końcu przyniosło sukces!

Osobiście uważam, że kolki to nie, jak powszechnie się uważa, bóle brzucha. Wg mnie jest to reakcja niedojrzałego układu emocjonalnego dziecka na fakt znalezienia się poza brzuchem matki, a to co odczytujemy za problemy z małym brzuszkiem - to tylko jeden z elementów, w dodatku nadmierna reakcja na drobne problemy, które wraz z upływem tygodni przestają być za nie postrzegane przez samo dziecko.

Książka pomogła mi nie tylko się uspokoić i dała ukojenie w potwierdzeniu powyższej teorii, ale także podała mi na talerzu rozwiązanie pewnych problemów. Możecie to uważać za szamaństwo i praktyki czarownic (niektóre metody w pierwszym momencie wyglądają przerażająco) - najważniejsze, że u nas się sprawdziło. Kazik się uspokoił, a ja zyskałam odrobinę szczęścia - w końcu byłam w stanie ukoić moje płaczące dziecko, dać mu chwilę odpoczynku i odegnać przerażenie. A nie ma nic ważniejszego w wypadku młodej matki, nieprzespanych nocy i zapłakanego noworodka.

Dr Karp przytacza swoją metodę, która opiera się na czterech teoriach:
- czwartego trymestru - wg której pierwsze trzy miesiące są dla dziecka przejściem ze stanu z brzucha do świata na zewnątrz - w tym czasie warto dać dziecku ukojenie poprzez odtworzenie atmosfery maminego brzucha
- odruchu uspokajania się - jako wyłącznika płaczu, z którym dzieci się rodzą, należy "tylko" go odnaleźć i umiejętnie włączać
- metody "5s" - wynalazku, któremu długo będę wdzięczna, który pozwolił nam zapanować nad histerią i "kolkami", dał ukojenie, uspokoił płacz i pomógł Kazikowi zasypiać - to pięć sposobów, które wykonywane w określony sposób i w określonej kolejności pomagają włączyć dziecku odruch uspokajania się
- przytulaczenia - jako dopełnienie "5s" - wspólnie pozwalają uspokoić niemowlę.

Polecam, gorąco polecam wszystkim obecnym i przyszłym  mamom niemowląt - tym, które szukają sposobu na ograniczenie płaczu i uspokojenie dziecka (ale również siebie i pytań "czy to normalne? czy ten płacz oznacza coś strasznego?"), a również tym które chcą wiedzieć co może spotkać je po narodzinach i jak próbować sobie poradzić w trudnych chwilach.

0 komentarze:

Baśń o półce

maja 16, 2016 0 Comments

Dawno, dawno temu, za siedmioma rzekami, ośmioma morzami i wieloma ulicami rósł Magiczny Las. Cały zasadzony był drzewami różnych gatunków - bukami, dębami, brzozami, sosnami, modrzewiami, świerkami, a nawet drzewami owocowymi. Każde z nich miało swoją historię i długie korzenie sięgające wgłąb podłoża. Po środku lasu stało drzewo największe, najpotężniejsze i niezwykłe - było to Magiczne Drzewo o darze mówienia ludzkim głosem.
Poza drzewami las zamieszkiwały mniejsze rośliny a także zwierzęta - wiewiórki, króliki, lisy, wilki, sarenki i kilka jednorożców.
Któegoś dnia do lasu dotarł Drwal. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że zabłądził i nie umiał znaleźć drogi powrotnej. Po kilku godzinach, gdy bliski był już kresu sił, spotkał wiewiórkę wędrującą z zającem.
- Kim jesteś człowieku? - zapytały zwierzęta.
- Jestem Drwalem. Dotarłem do tego lasu w poszukiwaniu jagód, ale zabłądziłem i nie mogę znaleźć wyjścia. Czy możecie mi pomóc? - zapytał z nadzieją w głosie.
- Niestety, my nigdy nie byliśmy na skraju lasu, bo tu nam dobrze. Ale znamy kogoś mądrego kto wie wszystko i może Ci pomóc - powiedziała wiewiórka.
- Bardzo chętnie skorzystam z tej pomocy - odpowiedział Drwal - jednak jestem teraz zbyt słaby aby ujść więcej niż kilka kroków.
Na te słowa wiewiórka i zając przynieśli Drwalowi posiłek - kilka orzechów, korzonków i garść rosy zebranej z liści. Ponieważ dary te pochodziły z Magicznego Lasu, Drwal szybko nabrał sił i był gotowy do dalszej podróży. Po kilku godzinach cała trójka doszła do środka lasu i stanęła przed Magicznym Drzewem.
- Magiczne Drzewo, to jest Drwal i potrzebuje Twojej pomocy - powiedział zając.
- Ależ to jest drzewo, a obiecaliście mi pomóc, a jak drzewo mogłoby mi cokolwiek powiedzieć? - zapytał z troską w głosie Drwal.
- Ja jestem Magiczne Drzewo - odpowiedziało drzewo, z lekkim oburzeniem - wprawdzie moje korzenie sięgają samego dna tego lasu i nie mogę się nigdzie ruszyć, ale wiele wiem. Umiem też pokierować Cię do wyjścia z tej krainy. Powiedz mi jednak, skąd przybywasz?
- Z krainy Siedmiu Snów - odpowiedział Drwal - i bardzo chciałbym trafić do niej znowu gdyż tęsknię za rodziną.
- Zawsze chciałem trafić gdzieś indziej i zobaczyć jak to jest. Wiedzieć jak rozmawiają ze sobą rodziny przy obiedzie, jak chodzą do pracy, jak odpoczywają... Nigdy jednak nie było mi to dane - drzewo zamyśliło się - Mam pomysł. Ja powiem Ci jak trafić do domu, a ty wyświadczysz mi przysługę, dzięki której będę mógł dowiedzieć się jak to jest w innych miejscach.
- Jak miałbym tego dokonać? - zdziwił się Drwal.
- Widzisz, tu mam dwie nieużywane gałęzie. A ty masz siekierę. Oddam Ci je abyś przerobił je na coś użytecznego, co będzie oglądało na codzień życie innych ludzi. Te gałęzie będą w snach przesyłały mi widoki z odległych krain i dzięki temu już nigdy nie zaznam nudy, zawsze będę mieć możliwość zaglądania do ich życia.
- Dobrze - zgodził się Drwal - tak uczynię jak mówisz.

Dzięki wskazówkom Magicznego Drzewa Drwal, taszcząc ze sobą dwie olbrzymie gałęzie, dotarł do skraju lasu, a następnie do krainy Siedmiu Snów. Tam następnego dnia o świcie rozpoczął pracę w swojej szopie. Wtem odwiedził go gość:
- Gdzie byłeś Drwalu? Myślałem że wspólnie popracujemy nad czymś nowym? - zapytał przybysz stając w drzwiach szopy.
- O Stolarzu, dobrze że jesteś! Nie uwierzysz co mi się przydarzyło! Opowiem ci podczas pracy o pewnym magicznym lesie, ale tymczasem chcę cię prosić o pomoc. Widzisz te dwie gałęzie oparte o bok szopy?
- Widzę, są olbrzymie, wyglądają na bardzo ciężkie i ciemne! - odpowiedział Stolarz.
- Tak. Wiele siły kosztowało mnie przytarganie ich tutaj z lasu. Chcę abyś pomógł przerobić mi je na deski. A gdy już to zrobimy - abyś przerobił je na coś użytkowego. Wspaniałe meble, spełniające swoje funkcje i służące ludziom w codziennym życiu!

Tak też zrobili. Najpierw pocięli gałęzie na deski, następnie zanieśli je do pracowni Stolarza i pracowali nad nimi wiele dni, aż w końcu Stolarz pozostał z drewnem sam na sam aby zadbać o każdy szczegół i wykończenie swojej pracy.
Po pewnym czasie Stolarz zjawił się ponownie u drzwi szopy Drwala:
- Drwalu, skończyłem! Chodź ze mną i zobacz!

Oczom Drwala ukazały się niesamowite meble, trzeba przyznać że Stolarz miał fach w ręku i z miłością przyłożył się do swojej pracy. Z desek Magicznego Drzewa wyczarował ciężki, masywny stół przy którym spokojnie mogła pomieścić się cała rodzina. Obok stołu stało 5 krzeseł o litych oparciach pokrytych płaskorzeźbami przedstawiającymi ogromne drzewo i zwierzęta u jego stóp oraz ptaki latające wokół korony. Dalej widać było ławkę, która z powodzeniem mogła stanąć w parku i służyć za miejsce odpoczynku zakochanym, starszym oraz najmłodszym i wysłuchać wielu magicznych historii. Nad ławką na haku wisiała ozdobna drewniana rama na obraz bądź ogromne zdjęcie. A w rogu, oparta o ścianę pracowni, z początku niepozorna półka. Gdy jednak Drwal przyjrzał się jej uważniej, zauważył że tak naprawdę jest to najpiękniejsza półka świata - stworzona z litych desek, dostojna i okrutnie ciężka. Ponad masywnym dołem znajdowała się powierzchnia na postawienie pamiątek, przykryta cieniutką warstwą szkła, ponad którym zamontowano lampki - tak aby światło delikatnie się w nim odbijało. Całość zwieńczona była drewnem pomieszanym ze szklanym błyskiem. Tak, półka zdecydowanie robiła wrażenie.
- Stół i krzesła otrzyma pewna rodzina. Ramę na obraz małżeństwo mieszkające nieopodal. Ławka stanie w parku tak, aby każdy mógł z niej korzystać - powiedział Stolarz.
- Zgadzam się - odpowiedział wciąż zachwycony Drwal - a półka? Co zrobimy z tak piękną półką? - zapytał.
- Półka trafi do kogoś wyjątkowego - odpowiedział Stolarz i równocześnie się do siebie uśmiechnęli.

I tym sposobem nad Twoją głową wisi półka, którą codziennie oglądasz. Gdy będziesz większy nie przejdzie Ci przez myśl że jest w niej coś wyjątkowego, bo nie będziesz już o tym pamiętał. Teraz jednak jesteś jeszcze na tyle mały, że rozumiesz więcej języków niż tylko ludzki i codziennie patrzysz na nią, machasz do niej rączkami i nóżkami i opowiadasz o wspaniałościach tego świata. Półka w zamian opowiada Ci o wspaniałościach dziejących się w Magicznym Lesie, o szumie drzew, świergocie ptaków i wiaterku płynącym ze skrzydeł elfów. I śmiejecie się do siebie nawzajem, a stare mądre Magiczne Drzewo uśmiecha się gdzieś pośrodku lasu...

0 komentarze:

Jak to wszystko ogarnąć?!

kwietnia 29, 2016 0 Comments

Pierwszy miesiąc po narodzinach Kazika to czas totalnego rozgardiaszu, żeby łagodnie to ująć.
Podobno istnieją dzieci idealne (czytaj: ciche i ciągle śpiące), które sprawiają, że „urlop” przy słowie „macierzyński” ma rzeczywiście sens – trudno jednak powiedzieć ile w tym prawdy J W naszym wypadku trafiliśmy na egzemplarz charakterny, w dodatku obarczony kolkami. Pierwszych kilka tygodni to czas, poza tym że piękny, bardzo straszny. Cały porządek świata odszedł w zapomnienie. Nic się nie zgadzało. Dziecko ciągle płakało i krzyczało, jadło o dowolnych godzinach, spało mało i o dziwnych porach, żądało zmiany pieluchy zbyt często lub niezbyt, ale jedno robiło regularnie – żądało uwagi. Nieustannie. Najlepiej w postaci leżenia na matce. Ciągłego. Bo jak nie to wrzask. To, oraz brak snu i hormony rozchwiane po porodzie, sprawiło że całe normalne życie poszło w odstawkę. Nie było mowy o normalnym sprzątaniu, ogarnięciu siebie, ogarnięciu rzeczywistości, ogarnięciu czegokolwiek. A gdy ktoś mówił że wszystko unormuje się samo za kilka tygodni – ciężko mi było w to albo uwierzyć albo się z tym pogodzić.
Ale rzeczywiście. Nie wiadomo kiedy z tego chaosu zaczął wyłaniać się względnie nowy świat.
Postanowiłam karmić na żądanie oraz dawać Kazikowi tyle czasu i uczucia ile potrzebuje, jedynie STARAJĄC się wprowadzać jakieś stałe działania.
W okolicach 6 tygodnia zaczęłam obserwować z ulgą, choć i zdziwieniem, normowanie się pewnych obszarów dobowych.

W tej chwili Kazik je średnio co 3 godziny. Oczywiście zdarzają się dni gdy przesuwa sobie karmienie godzinę do tyłu lub do przodu i rozchrzania całą dobę, no ale takie jest życie z dzieckiem. Zdarzają się też takie gdy chce jeść raz co 2 a raz co 4 godziny, ale przecież to nie sterowany komputerowo mechanizm. Wy też macie czasami ochotę na pomidorową, a czasami na trzy eklerki J
Po porannym karmieniu (za takie uznaję to co jest od 8, wszystko co przed 6 to noc J) następuje poranne mycie, kremowanie i przebieranie. Później chwila w łóżeczku pod karuzelą – zwykle ja wtedy lecę się umyć i przebrać jeśli nie zrobiłam tego wcześniej, ale staram się wstać przed Kazikiem, i wtedy ogarnąć jeszcze kuchnię po tym co zostawiłam tam w nocy. Następnie przytulanie, śmianie się, robienie głupich min, guganie. Koło 11 następny posiłek i wychodzimy na spacer, na którym mały śpi a ja staram się pokonać jak największy dystans w jak najkrótszym czasie – to mój jedyny czas na aktywność fizyczną, której potrzebuję aby wrócić do formy po trudnym czasie ciąży i porodu. Po spacerze koło 14 – posiłek. Później czas na popołudniowe zabawy – siedzenie na leżaczku z wibracjami i oglądanie kart kontrastowych (w tej chwili zajmuje to dość dużo czasu bo Kazik ma fazę na dokładne oglądanie obrazków, a ja w tym czasie o każdym z nich opowiadam historie), leżenie na macie (choć jest jeszcze za mały i na razie interesuje go tylko jeden motylek z szeleszczącymi skrzydełkami, nie wyciąga jeszcze rąk do zabawek więc tylko patrzy i guga), leżenie na brzuchu na drugiej macie i ćwiczenie podnoszenia głowy (to woli robić leżąc na mamie), tańczenie na rękach mamy, słuchanie piosenek z youtube i śpiewanie oraz ulubiona część – zwiedzanie mieszkania na rękach mamy i podziwianie wszystkich mebli, z ulubioną półką na czele. Czasami udaje się zdążyć z poczytaniem jakiejś bajki.
Koło 17 kolejny posiłek i faza przytulania, 18-19 drzemka po której wybieramy jakieś spokojne aktywności. 20:30 – kąpiel, później jedzenie i 21:30 po ukołysaniu i kołysance Kazik idzie spać do łóżeczka. Pierwsza pobudka nocna następuje o północy – karmienie nocne zwykle trwa 30-40 minut, bo zaspanie nie pozwala szybko jeść, a rozdrażnienie rozbudzaniem się wydłuża czas przewijania J. Tym sposobem przed 1 w nocy Kazik ląduje w naszym łóżku w sypialni – do rana śpi już z nami. Kolejne karmienia to okolice 3 i 6 rano. To pierwsze zwykle dłuższe i połączone z większą aktywnością i wzmożonym oglądaniem mieszkania, trwa godzinę – półtorej. To nad ranem – przeprowadzane na śpiocha, jedzenie z zamkniętymi oczyma, po nim obowiązkowe długie tulenie i zasypianie na mamie. Około 7 Kazika można odłożyć obok i pospać do 8 J

I to naprawdę jest niesamowity porządek. Wcześniej wszystko następowało o każdej możliwej godzinie i pierwszy miesiąc to czas niemal bez snu. Co też nie wpływa pozytywnie na umiejętność ogarnięcia przestrzeni J
Ten względny porządek to nie tylko kwestia przystosowywania się dziecka do życia. To również sprawa przystosowania się mnie do dziecka. Czynności, które początkowo zajmowały mi tyyyle czasu (choćby zwykłe przewinięcie – gdy zdejmuję pieluchę Kazik osikuje wszystko wokół, szykuję więc nową pieluchę, rozbieram go, wycieram, ściągam z przewijaka zasikane podkłady, a gdy leży już na czystym i suchym podkładzie, a ja w ręku trzymam nowego bodziaka – jego pęcherz znów ożywa i zasikuje nie tylko wszystko pod sobą, ale również mnie i czysty ciuch. W ten sposób przewijanie może rozwlec się i do następnego karmienia, jeśli niedajboże po drodze wkradnie się jeszcze robienie kupy lub ulanie, i pochłonąć kilka pieluch które jeszcze mogłyby się nadać i kilka zmian ciuchów, które nawet nie zdążą być zapięte) stały się rutynowe i zaczęły go zajmować dużo mniej – wprawa jest kluczem do sukcesu. A na to potrzeba czasu i praktyki, nic innego.

Początkowo nie umiałam też znaleźć czasu na NIC innego niż Kazik. Wraz z porządkowaniem rytmu dobowego i zwiększaniem umiejętności ogarnięcia Kazika w krótszym czasie – znajduje się czas również na zajęcie się mieszkaniem. Samą sobą jeszcze niestety niekoniecznie, ale liczę na to że to jeszcze przyjdzie z czasem.
I tak: jeśli uda mi się wstać przed Kazikiem to odkładam do szafek suche po nocnym zmywaniu naczynia, wycieram blaty. Raz w tygodniu staram się wówczas dokładnie wyszorować zlew i kuchnię, raz w tygodniu umyć sanitariaty w łazience. Rano myję się i ubieram w biegu, w okolicach pobudki Kazika. W trakcie jego popołudniowej drzemki odkurzam albo myję podłogi albo… idę spać razem z nim. Nie robiłam tego przez pierwsze tygodnie i to był błąd – mama ma czas spać wtedy gdy dziecko również śpi. Jeśli tego nie robi to zamienia się w zombiaka. Zombiak nie umie się dobrze zająć dzieckiem. A więc w trakcie drzemki my również śpimy – to bardzo ważna mądrość! Część drzemek wykorzystuję jednak w pierwszej kolejności na pranie, prasowanie, składanie prania, porządkowanie. Następny czas dla siebie mam dopiero po położeniu Kazika spać – o 21.30 wstawiam obiad (zupę jemy o 15-16, drugie danie dopiero wieczorem) i do 22.30 jemy kolację, oglądając głupi serial i podsumowując co się danego dnia wydarzyło. Następnie – zmywanie, mycie kuchenki, szybki turboprysznic, herbata, czasami nawet umycie włosów. Zanim młody się obudzi obchodzę całe mieszkanie i porządkuję po całym dniu – porozrzucane koce, pieluchy, porozstawiane nie na miejscu rzeczy, rozrzucone ubrania itd.
Po karmieniu o północy albo padam spać, albo napiszę coś na bloga (ten wpis powstaje na 3 raty i zwykle koło 3 w nocy), albo czytam ulubioną grupę matek na FB, raz w tygodniu sprzątam (tak, zdarza mi się sprzątać między północą a 3 nad ranem….). Raz na 10 dni zamawiam większe zakupy w markecie internetowym. Po dostawie wieczorem marynuję mięsa, dzielę warzywa, pakuję porcje obiadowe i mrożę – dzięki temu później codziennie udaje mi się wyrobić z obiadem, który zwykle przygotowuję na dwa dni.  Raz na 3 tygodnie zapasy dla Kazika w aptece internetowej – zwykle również w nocy.

I codziennie to samo. Na spidzie. Od nowa. Do znudzenia. Ale codziennie mamy dwa ciepłe posiłki, względnie czyste i poprasowane co trzeba, względny porządek. Mieszkanie świeci przykładem tylko raz w tygodniu, gdy akurat uda się zgrać dzień bez prania, po prasowaniu, po wytarciu kurzu, umyciu kuchni, łazienki, odkurzaniu… itd. Nie udaje się każdej z tych czynności wykonać codziennie, ale udaje się znaleźć taki dzień tygodnia gdy wszystkie one się nakładają – i to uważam za sukces. A więc jego podstawą jest umiejętność odpuszczenia sobie.

I tak nie dacie rady zrobić wszystkiego i o każdej dowolnej porze. A więc czasami trzeba machnąć ręką i iść z dzieckiem na spacer, zostawiając za sobą bałagan w mieszkaniu. A później wrócić, poprzytulać się i wspólnie zasnąć.

Sobie i wszystkim matkom życzę znalezienia równowagi i spokoju ducha! J

A jak znajdę jeszcze czas na ogarnięcie samej siebie, a później wrócenie do pracy i ogarnianie tego wszystkiego równocześnie to uznam to za olbrzymi sukces!

0 komentarze:

Pokrowiec na telefon - pomysł na Dzień Ojca :)

kwietnia 23, 2016 0 Comments

Wiem, wiem, do Dnia Ojca jeszcze masa czasu... ale pomysł może być wykorzystany na dowolny inny dzień z okazją lub bez :) W obecnych czasach telefony komórkowe są coraz cieńsze i równocześnie coraz większe. Tym sposobem Tata Kazika nabył nowy gadżet znakomitej wielkości, która spowodowała niemożność zmieszczenia go w jakiejkolwiek kieszeni a także pokrowcu.

Możnaby takiż dokupić - jednak o ile przyjemniej jest zrobić komuś prezent własnoręcznie! :)

Wystarczy odrobina filcu i fantazji!

Jak to się robi?

Będziecie potrzebować:
- filc - najlepiej w dwóch różnych kolorach, o wymiarach taki aby zmieścić telefon
- ewentualnie ozdoby - ja wykonałam aplikację również z fragmentów filcu
- klej szewski - przezroczysty i elastyczny
- igłę i nici

1. Odmierzacie telefon i zakładacie po 5 mm nadmiaru z każdej strony. Docinacie filc - najlepiej przy wykorzystaniu maty kreślarskiej, ostrego nożyka i linijki (aby wyciąć proste linie).
Ja wykorzystałam dwa kolory filcu - czarny na warstwę zewnętrzną oraz zielony na warstwę wewnętrzną (aby powłoka pokrowca była grubsza i zapewniała większą amortyzację dla telefonu), wycięłam więc 4 prostokąty, z czego wewnętrzne były odrobinę mniejsze.

2. Sklejacie wartswę wewnętrzną i zewnętrzną przy użyciu kleju szewskiego, wkładacie między dwie warstwy (np. szklane deski do klejenia - filc nie powinien się do nich przykleić nawet jeśli klej przecieknie) i przykładacie czymś ciężkim (np. książkami) na kilka-kilkanaście godzin.

3. Przygotowujecie aplikację do naklejenia na pokrowiec. Ja wykorzystałam w tym celu symbol Domokuna, który miałam już gotowy - wcześniej przygotowywałam filcowe breloczki w tym kształcie.

4. Naklejacie aplikację na warstwę która ma być wierzchem pokrowca. Ponownie przyciskacie.

5. Po wysuszeniu kleju obie warstwy delikatnie prasujecie żelazkiem (na opakowaniu kleju znajdziecie instrukcję dotyczącą sprasowywania - temperatury i czasu prasowania).

6. Wnętrze warstw smarujecie cienką warstwą kleju tuż przy 3 krawędziach, składacie je równo i przykrywacie ciężkimi przedmiotami - klej przy krawędziach będzie dodatkowo scalał pokrowiec przed zszyciem krawędzi nitką.

7. Po dokładnym wysuszeniu całości zszywacie 3 krawędzie (dodatkowo można obszyć osobno 2 krawędzie górne) - maszynowo lub ręcznie, w zależności od efektu który chcecie uzyskać.

0 komentarze:

Pierwszy miesiąc dziecka - must have

kwietnia 06, 2016 0 Comments

Pisałam wcześniej o tym, jak powinna wyglądać wyprawka dla noworodka - na podstawie informacji znalezionych w internecie, porad rodziców i znajomych, komentarzy zawartych na forach itd. Jednak pierwszy miesiąc wspólnego życia zweryfikował i te dane :)

Co w naszym wypadku sprawdziło się najbardziej, z czego korzystamy na codzień, bez czego nie wyobrażam sobie życia świeżo upieczonej mamy?


Ubranka

Nie wyobrażam sobie życia bez pajaców! Takich z rozpinanymi obiema nogawkami. Podczas pierwszych dni, gdy bałam się w ogóle podnieść małego aby go nie "uszkodzić" ubieranie go w cokolwiek wkładanego przez głowę było mordęgą. Podobnie wykręcanie tych maleńkich rączek i wciskanie ich w rękawy umieszczone nad głową - koszmar! Pajace są idealne - kładziecie na takim rozpiętym dziecko, po czym z łatwością chowacie wszystkie kończyny i zapinacie całość. No, delikatną mordęgą może być zapinanie pierdyliarda zatrzasków w środku nocy - wówczas na pewno coś pójdzie nie tak i rano zauważycie, że maluch zapięty jest bez ładu i składu :)

Polecam aby to właśnie pajacyki stanowiły większość wyprawki na pierwsze dni - zarówno do szpitala jak i do domu. Gdy nabierzecie wprawę - wówczas zaczniecie ekspetymentować z innymi ubrankami :)


Pielęgnacja

Dobrym pomysłem okazało się kupienie kilku rodzajów pieluch i sprawdzenie jak na nie reaguje maluch - np. po jednych z nich dostał odparzeń i wysypki, po innych skóra była bardzo ładna, a zapachy i wilgoć dobrze wchłonięte. Polecam więc kupienie kilku małych opakowań "jedynek" na początek i sprawdzenie jak na nie reaguje skóra Waszego noworka.

Jeśli chodzi o kosmetyki, na codzień używamy linomagu na zmianę z bepantenem (do higieny okolic odbytu, nawilżania skóry pośladków i nóżek), zasypki/pudru Johnsons&Johnsons (do zasypania odparzeń pachwin jeśli się pojawią oraz popularnych odparzeń fałdów skórnych na szyjce - uwaga! przed użyciem zasypki musicie skórę dobrze umyć gotowaną wodą i dokładnie wysuszyć), kremu ochronnego Bambino - na buzię, przed wyjściem na dwór w chłodniejsze dni.

Dodatkowo nie wyobrażam sobie dnia bez:
- podkładów na przewijak - pomagają utrzymać go w czystości, odizolować dziecko od tworzywa przewijakowego oraz szybko uporać się z problemem w wypadku zasikania :)
- płatków kosmetycznych - mniejszych do czyszczenia oczu i buzi i większych prostokątnych do czyszczenia pupy (nie używamy gotowych nawilżanych chusteczek ze względu na ilość chemii w nich zawartą - jedynie gotowanej ciepłej wody)
- octaniseptu - idealny do czyszczenia kikuta, a później świeżego pępuszka, ale przydał mi się również podczas zapalenia sutków czy dbania o ranę po cięciu cesarskim
- patyczków do uszu - jednak wykorzystywanych do dbania o higienę kikuta i pępka :)
- woreczków zapachowych na pieluchy - pięknie pachną i zabijają wszelkie nieprzyjemne zapachy, dzięki czemu mieszkanie pozbawione jest "swądu szczocha"
- soli fizjologicznej - idealna do przemywania oczek w wypadku zaropienia, jako krople do nosa w wypadku kataru lub problemów z oddychaniem
- wanienki i gąbki którą umieszczamy na dnie, dzięki czemu maleńki noworodek może leżeć swobodnie w kąpieli
- płynu do kąpieli - korzystamy z Hippa do ciała i włosów

Przydały się nam też:
- termometry - gdy dziecko płacze momentalnie się nagrzewa. Dopóki nie poznacie się nawzajem, spanikujecie tysiąc razy myśląc, że ma gorączkę. Warto mieć możliwość szybkiej wersyfikacji swoich lęków. Ja dla pewności wykonuję dwa pomiary - termometrem do stosowania pod pachę/doodbytniczo i doustnym w smoczku
- mielone siemię lniane - duża część noworodków dostaje po jakimś czasie wysypki, często diagnozowanej jako trądzik niemowlęcy - jednak nawet położnej może sprawić problem jednoznaczna diagnoza. Warto wówczas łagodzić objawy naparem: zalewacie łyżeczkę mielonego siemienia lnianego połową szklanki wrzątku i korzystacie z tego naparu cały dzień, rozcieńczając niewielkie ilości jeszcze mniejszą ilością wrzątku aby uzyskać letnią emulsję do przemywania - wystarczy namoczyć wacik i przemyć skórę, a następnie pozostawić do wyschnięcia. Efekty widoczne są już po 1-2 dobach
- proszek i płyn do prania Lovela, płyn do płukania
- krem Maltan - tak, nie tylko na zmęczone karmieniem sutki, ale również jako.. krem na wysuszone i popękane usta maluszka


Kolki

niestety nas nie ominęły. Tu metody są różne i znajdziecie kilka różnych zestawów, które mają zmniejszyć dolegliwości. U nas sprawdzają się (z rzeczy do kupienia, bo poza tym polecam masaże, ciepłe okłady, dużo kontaktu brzuch do brzucha i uspokajania dziecka):
- probiotyk Biogaja - pierwsze efekty mogą wystąpić już po pierwszej dobie od podania, najczęściej zaleca się podawanie przez 2-3 miesiące
- krople Espumisan 100 - podobno po zużyciu jednej butli będziemy mogli już z niego rezygnować
- termofor - do rozgrzewających okładów
- butelka Lovi - ze smoczkiem imitującym sutek kobiecy, wymuszającym odruch ssania jak podczas ssania piersi - uniemożliwia łapczywe jedzenie i minimalizuje ilość połykanego wówczas jedzenia. Dla mnie numer jeden, dużo lepszy od butelek antykolkowych które już zdążyliśmy przetestować
- rumianek - delikatny napar z rumianku podawany do picia, napar z kopru u nas się nie sprawdził


Inne

- kocyków nigdy dość :) Już pisałam, że biją początkowo wypatrzone przeze mnie rożki na głowę. Dobrze mieć ich kilka - u nas zwykle kocyki są rozłożone w newralgicznych miejscach mieszkania (sypialnia małego, nasza, salon) i w wózku, a zawsze jakiś się zabrudzi :)
- pieluchy tetrowe - niezastąpione do wycierania buźki i podczas odbijania po jedzeniu
- pieluchy flanelowe - czasami warto położyć niemowlaka na czymś innym niż sztuczny kocyk, flanela jest ciepła i miła dla skóry
- cążki i nożyczki do paznokci
- szczotka do włosów
- karuzela na łóżko lub cokolwiek z muzyką/kołysankami co będziecie mogli włączyć podczas usypiania

0 komentarze:

Recenzja: Jo Nesbo, Pancerne Serce

kwietnia 03, 2016 0 Comments

OK, na jakiś czas kończę z recenzjami Nesbo, więc jeśli też jesteście fanami jego twórczości - korzystajcie :)

Pancerne Serce opowiada o tym, co się dzieje z komisarzem Hole'm po rozwiązaniu sławnej sprawy Bałwana, która dość koszmarnie i mocno dotknęło go osobiście. Jak wiemy Hole pogrążył się w nałogu alkoholowym i postanowił nie niszczyć więcej życia swoich bliskich, a być może zniszczyć swoje - wszystko aby zapomnieć o przeszłości i usunąć się w cień. W tym celu porzuca pracę w policji i wyjeżdża do Hongkongu - miejsca, w którym wydaje mu się że może się zgubić, zaszyć, pozostać niezauważonym.

Jednak dla zdesperowanych osób, pragnących go odnaleźć nie ma rzeczy niemożliwych - tym razem taką osobą okazuje się młoda policjantka z Oslo, która postanawia sprowadzić Harr'ego do domu, aby pomógł w rozwikłaniu kolejnej zagadki.

W Norwegii giną dwie kobiety, a sposób dokonania zabójstw wskazuje na jednego sprawcę. Wkrótce w spektakularny sposób ginie młoda parlamentarzystka - sposób jej śmierci różni się od pozostałych, jednak wszystko wskazuje na tego samego zabójcę, związanego w jakiś dziwny sposób z jedną nocą spędzoną przez kilka osób w odludnym górskim schronisku.

Jak do tej zimowej atmosfery ma się gorąc i okrucieństwo piekła Konga?

Wiecie jakie było moje zdanie odnośnie serii z Hole'm. Ta książka to chyba najlepsza z tych historii!

0 komentarze:

Miesiąc

kwietnia 02, 2016 0 Comments

Kaziku, synku, dzisiaj wieczorem skończysz miesiąc. Nie mogę w to uwierzyć, pamiętam jak przed chwilą Twój Tata robił mi zdjęcie z wielkim brzuchem, siedzącej na skraju łóżka w sali porodowej. Pamiętam każdy moment porodu, choć nie do każdego chciałabym wracać :) Pamiętam gdy usłyszałam Twój pisk gdy lekarze wyjęli Cię z mojego brzucha. I gorące łzy na policzku, gdy Cię zobaczyłam.

Nasza pierwsza noc była wyjątkowa, spędziliśmy ją wtuleni w siebie, i choć nie mogłam się ruszyć po operacji i zobaczyć jak wyglądasz, czułam że jesteś wyjątkowy i kocham Cię najbardziej na świecie. To samo uczucie rozczulenia towarzyszy mi każdej kolejnej nocy od tamtej chwili - wystarczy że na Ciebie spojrzę lub pogłaszczę Cię po policzku.

Ten pierwszy miesiąc minął tak szybko, choć jednocześnie tyle się wydarzyło i zaczynamy uczyć się siebie nawzajem.

Często boli Cię brzuszek i nie dajesz nam się dobrze wyspać, Twoja mama wygląda jak średnio świeże zombie, ale ciężko się dziwić skoro od miesiąca nie przespała więcej niż 3 godziny pod rząd. I tak za każdym razem gdy Cię widzi wyciąga do Ciebie ręce i szeroko się uśmiecha, podobnie jak Twój tata. Każde Twoje naprężenie i buzia wykrzywiona w podkówkę bolą również nas.
To są takie dni, gdy cały dzień chcesz spędzać na mamie - w każdej pozycji, na rękach, na ramieniu, na brzuchu, przyklejony do boku, przyssany do szyi, bez różnicy. Wszystko jest na nie i źle, ale nauczyliśmy się to tolerować - Ty sobie wrzeszczysz, mama rozmasowuje zdrętwiałą skroń i jedziemy dalej.

Spacery wolisz przesypiać i ciężko powiedzieć czy je lubisz, ale na pewno nie lubisz gdy trwają zbyt krótko - jesteś wtedy rozdrażniony i sam nie wiesz czego chcesz. Tak więc - poniżej godziny to nie spacer, nie da się nawet wpaść w wystarczająco głęboki sen, aby kontynuować go po powrocie do domu.

Po jednym z nich nagle zacząłeś ostrzej widzieć. Okazało się, że jesteś w stanie badać nasze twarze i wnikliwie patrzeć w oczy osoby, która Cię karmi. Jednak najciekawsze są elementy wystroju wnętrz: ukochana czarna półka wisząca nad kanapą, na którą możesz patrzeć nawet pół godziny bez przerwy, ciemnobrązowy regał, którego oglądanie umila proces przewijania w czystą pieluchę oraz wszelkiego rodzaju lampy. Szczególnie te u taty na górze, z drewienkami, które dostrzegłeś dzisiaj i pierwszy raz oglądałeś coś w pionowej pozycji, z głową wysoko zadartą do góry. Niefajne są tylko framugi drzwi, których nieco się boisz, gdy szybko przekraczamy je w nocy jadąc na sygnale od sypialni do przewijaka.

Mleko lubisz ponad wszystko. Rumianek ani żadne napary nie należą do ulubionych. Jednak prawdziwy koszmar to woda - kto wymyślił że da się to pić? Dzięki niej nauczyłeś się pluć. Idzie Ci to niemal tak dobrze jak ulewanie na mamę - wiadomo, nic nie jest takie fajne jak wybrudzenie świeżych ciuchów mamy lub poszukiwanie jej twarzy po to aby nabekać jej do ust. Hahahah :)

Teoretycznie nie umiesz jeszcze skoordynować rąk ani nóg, jednak ta zasada ma dwa odstępstwa - gdy się oplujesz usta zawsze wycierasz rękawem, zanim ktokolwiek zdąży zrobić to za Ciebie, najlepiej tuż po kąpieli i przebraniu w czyste ubranka, w końcu w brudne nie będziesz ust wycierał. I gdy nikt nie patrzy, ścielisz sobie po swojemu - naciągasz na głowę kocyk, pieluchę i królika i rozkopujesz dół pościeli - nogi mają być na wierzchu! Bez kocyków, bez spodni, bez skarpet. Tylko gołe nogi się liczą i tylko z takimi da się spać.

Mimo wszystkich pisków, wrzasków, krzyków, płaczu - jesteś naszym najgrzeczniejszym chłopcem. Uwielbiamy Twoje wielkie, mądre oczy, którymi lustrujesz otoczenie i nas. Twoje miny - muszę pamiętać aby powiedzieć Ci, gdy będziesz duży, żebyś został aktorem!

Kaziku, kochamy Cię ogromnie i jednocześnie chcemy abyś pozostał taki maleńki oraz abyś dorósł i już z nami rozmawiał. Nie da się mieć jednego i drugiego, dlatego dokładamy wszelkich starań aby każdy dzień z Tobą przeżyć jak najdokładniej i zapamiętać jego każdy szczegół, jednocześnie mówiąc Ci o przyszłości, abyś się jej nie bał, zawsze bowiem będziemy przy Tobie.

0 komentarze:

Pierwsze dni w domu

marca 29, 2016 1 Comments

W szpitalu myślałam tylkoo tym aby wrócić do domu, być już z dala od nie swojej łazienki, naprzemiennego płaczu Kazika i innych dzieci, nocy przerywanej nagłym blaskiem światła o 5 rano na mierzenie temperatury itd..

Jednak nie myślałam o tym, jakie przerażenie czeka mnie we własnych czterech ścianach, z dala od świadomości pomocy medycznej dostępnej na wyciągnięcie ręki,z niepewnością, strachem dotyczącym prawidłowości poszczególnych zachowań, rozchwianiem emocjonalnym i słabym samopoczuciem fizycznym.

Pierwszą przeszkodą było wdrapanie się po schodach na drugie piętro, rozcięte mięśnie brzucha spowodowały że trudność była większa niż w ostatnim dniu ciąży. Później jednak było tylko gorzej - wielkie gorzkie łzy toczyły się po moich policzkach co chwilę. Bo blizna, wiszący brzuch i niejędrne, suche, dziwne ciało. Bo brak pokarmu w piersiach. Bo płacz małego - czemu on tak płacze, płaczę razem z nim, co robię źle jako matka skoro on płacze?!Czy dobrze go przewijam, czy nie za mało karmię, kiedy on chce jeść, kiedy może nasikał do pieluchy, czy to normalne że się podrapał, czy paznokcie obciąć czy zostawić, co to za krostka, czy mogę go wykąpać, czy już wyjść na spacer...

Co chwilę wszystkim sie przejmowaliśmy i chodziliśmy zdenerwowani, a razem z nami - nasze dziecko. Hormony niczego nie ułatwiały, przez tydzień krokodyle łzy lały się po moich policzkach, a tata Kazika dzielnie znosił moje rozchwianie i starał się mnie wspierać. Byłam przerażona dosłownie wszystkim i ciągle.

Co mi i nam pomogło?

1. Wizyta doradcy laktacyjnej - a jednocześnie położnej. Nie tylko pomogła mi w okiełznaniu piersi i uporaniu się z nagłym nawałem i zastojem w jednej z nich (w drugiej nadal nie było pokarmu),ale też z poczuciem winy związanym z za małą ilością pokarmu wątpliwej jakości.
Pomogła nam odpowiedzieć na najbardziej palące kwestie związane z dzieckiem - pokazała jak je prawidłowo nosić, karmić z butelki, przystawiać do piersi, czyścić kikut, sprawdzać czy żółtaczka nie wraca, rozpoznawać rodzaj płaczu... i najważniejsze - wytłumaczyła że to co nam wydaje się niepokojące jest zupełnie normalne. Dzieci śpią, płaczą, krzyczą - to jest normalne. To nie musi oznaczać że Wy robicie coś nie tak.
Dzięki takiemu uspokojeniu emocje opadły z nas na dobre dwa dni i dziecko od razu poczuło się lepiej :)

2. Wizyta położnej patronażowej - od razu po powrocie do domu tata Kazika pojechał zarejestrować go w przychodni. Niestety okazało się że na pierwszą wizytę u pediatry musimy czekać dwa tygodnie, ale dość szybko odezwała się do nas położna, która jeszcze przez telefon rozwiała pierwsze wątpliwości - akurat byłam w fazie niespania i przerażenia ponieważ Kazik nie zrobił cały dzień kupki. Ja już dostawałam rozstroju nerwowego z powodu czegoś, co okazało się normalne. Dzieci mogą robić 10 kupek dziennie a mogą nie robić ich przez 3 dni, w należności od różnych czynników. Położna zaleciła mi przez telefon stosowanie kropli probiotycznych mających na celu złagodzenie problemów z brzuszkiem, a podczas samej wizyty obejrzała dokładnie i mnie i małego i udzieliła odpowiedzi na wszystkie nasze pytania.

3. Rozmowy z mamą oraz z koleżankami, które mają kolejne dziecko - zadawanie konkretnych pytań i uzyskiwanie porad - np. jak trzymać dziecko do odbicia (wcale nie było to dla mnie oczywiste), jakich pieluch używać, które mleko modyfikowane jest najlepsze, czy inne dzieci często sikają/płaczą/śpią itd. Takie porównania pozwalają wysnuć wnioski - że każde dziecko jest inne, ale że są pewne kwestie powtarzalne. I znowu - pewne zachowania u noworodków są NORMALNE.

Nie namawiam do bagatelizowania niczego, co wydaje się Wam podejrzane czy niepokojące - namawiam do tego aby korzystać z pomocy osób doświadczonych i zajmujących się noworodkami profesjonalnie. To pozwoli rozwiać wątpliwości i ukoić Wasze skołatane nerwy, a co za tym idzie - lepiej zająć się dzieckiem.

Powodzenia - i Wam i sobie :)

1 komentarze:

Recenzja: Bralczyk i Ogórek, Na drugie Stanisław, Nowa księga imion

marca 27, 2016 0 Comments

Tę książkę polecam w szczególności przyszłym rodzicom, któzy nie wiedzą jakie imię nadać dziecku i kłócą się o znaczenie, które toż będzie ze sobą niosło, jaką rolę odegra w nadaniu dziecku charakteru.

Imię najczęściej dostaje się po kimś - z rodziny, znajomym, bohaterze serialu, historii. Czasami dlatego bo podoba nam się brzmienie poszczególnych głosek. Niekiedy ze względu na charakter jaki ze sobą niesie według przypowieści lub podań historycznych.

Jerzy Bralczyk i Michał Ogórek prowadząc dialog przybliżają znaczenie poszczególnych imion i tłumaczą, czemu niosą nas one przez życie, zwracając jednocześnie uwagę na modę zmieniającą się w zakresie nazywania kolejnych pokoleń.

Warto zajrzeć do tej pozycji i sprawdzić również co niesie ze sobą nasze własne imię :)

"
O: Bo Kazimierz jest i Wielki, i Atrakcyjny jest Kazimierz.
B: Najlepszy polski król to też Kazimierz, Jagiellończyk.
O: Najlepszy polski król?
B: Oczywiście. Polska była największą potęgą właśnie za Kazimierza Jagiellończyka.
(...)
O: Z królów Kazimierzów był jeszcze Kazimierz Dejmek - król teatru.
B: Już myślałem, że powiesz: Kazimierz Deyna.
O: Też. Tyle że on do teatru chyba nie chodził.
B: Ale czy coś ich łączyło poza imieniem?
O: Może siła? Ponoć Deyna strzelił bramkę Włochom z taką siłą, że mu pękł but. Dejmek też nie ułomek. Obydwaj mieli też niewyparzony język. "Aktor jest do grania tak jak dupa do..." - mówił Dejmek. Dosyć poniżał aktorów, ale osiągał rewelacyjne rezultaty.
"

0 komentarze:

USC: Rejestracja nowego obywatela

marca 22, 2016 1 Comments

Pewnie jak wiele osób zadajecie sobie pytanie o to, jak wygląda rejestracja noworodka w Urzędzie Stanu Cywilnego. Tak naprawdę nie jest to skomplikowana procedura i w zależności od tego, czy rodzice są małżeństwem czy też nie, można przeprowadzić ją na dwa sposoby. Warto pamiętać że wg nowych przepisów na rejestrację macie 21 dni od urodzenia dziecka.


Jeśli nie jesteście małżeństwem, a chcecie aby dziecko nosiło nazwisko ojca - możecie załatwić formalności jeszcze przed porodem. W tym celu należy udać się do dowolnego USC (może być w Waszym miejscu zamieszkania) - musicie pojechać we dwoje, najlepiej wcześniej umówiwszy się z naczelnikiem USC na tzw. uznanie ojcostwa, bez tego nie macie gwarancji że ktoś Was przyjmie. W USC składacie ośiwadczenie o ojcostwie. Na ogół potrzebne będzie zaświadczenie od ginekologa o wieku ciąży oraz akt urodzenia matki (w niektórych USC dokuementy te nie są wymagane lub wymagany jest jeszcze dodatkowo akt urodzenia ojca - zadzwońcie do swojego urzędu i upewnijcie się z jakimi dokumentami musicie się stawić. W naszym wypadku - byliśmy w dwóch różnych USC przed porodem i nie udało nam się załatwić formalności ;)).
Uznanie ojcostwa przed porodem jest o tyle praktyczne, że wówczas po porodzie tata może jechać sam do USC zarejestrować dziecko, bez konieczności obecności mamy.

Gdy macie ślub lub nie uda Wam się załatwić pierwszego etapu przed porodem
Jeśli macie ślub tata może załatwiać formalności samodzielnie, jeśli nie ale macie zaświadczenie o uznaniu ojcostwa - również. Jeśli nie jesteście małżeństwem i nie macie zaświadczenia, musicie być obecni jednocześnie podczas dopełniania formalności. To też nie jest złe rozwiązanie, bowiem najczęściej jest pretekstem do pierwszego wyjścia z domu młodej mamy i dziecka - wiem to po sobie, był to dość miły przymus :)
Jedziecie do USC wskazanego przez szpital - w wypadku szpitala przy ul. Inflanckiej w Warszawie formalności załatwiane są przez szpital - przy wypisie mama dostaje kartkę z terminem spotkania umówionego w USC przy ul. Andersa. Z taką karteczką należy w określonej godzinie stawić się przed naczelnikiem, u którego w kilka minut dokonuje się uznania ojcostwa (3 dokumenty do wypełnienia i podpisania przez matkę i ojca). Po tym fakcie w kolejnym okienku przygotowywany jest akt urodzenia oraz dokument potwierdzający nadanie numru pesel, który odbieracie i... już.
Dzidziuś ma imię, nazwisko i pesel,a Wy możecie zgłosić go do ubezpieczenia (u pracodawcy mamy) oraz siebie do świadczeń z tytuły urlopu macierzyńskiego/rodzicielskiego (u pracodawcy mamy lub mamy i taty jeśli tata również chce wykorzystać swój urlop).

1 komentarze:

Recenzja: Jo Nesbo, Pentagram

marca 20, 2016 2 Comments

Nie żebym kupiła kolejną książkę Nesbo... :P
Dostałam ją w prezencie i to już kilka miesięcy temu, ale ze względu na pracę i późniejsze obowiązki jakoś nie miałam czasu żeby ją przeczytać i tak lądowała przekładana z jednej półki na drugą, aż po przeprowadzce znalazła miejsce w sypialni i w końcu udało mi się po nią sięgnąć :)

Pentagram to kolejna książka z serii z komisarzem Hole'm w roli głównej. Tym razem po ulicach Oslo grasuje groźny Kurier Śmierci - czyli teoretycznie niegroźnie wyglądający kurier, przemieszczający się na rowerze, w praktyce spędzający sen z powiek najbardziej wytrawnym śledczym. Na miejscu zbrodni pozostawia zwłoki, które są okaleczone w charakterystyczny sposób - mają również za zadanie podpowiedzieć komisarzom kolejność dokonywania zbrodni oraz motyw. Nie wszystko jednak jest tak jasne jakby wydawało się na początku.

Czy tytułowy pentagram w tym wypadku jest symbolem szczęścia i miłości czy podstępności i szatana? Czy Hole poradzi sobie z rozwiązaniem zagadki czy znowu popadnie w alkoholowy ciąg i straci zdolność logicznego myślenia? No i najważniejsze :) - czy opłaca się spać na łóżku wodnym?! Jeśli jesteście ciekawi to przeczytajcie!

2 komentarze:

Pierwszy tydzień po cesarce

marca 15, 2016 3 Comments

Nie wiem jak to wygląda statystycznie, mam ze sobą tylko swój przykład, ale wiem jedno - zastanawiałam się setki razy czy coś jest normalne czy nie, jak to wygląda w wypadku innych dziewczyn i kiedy jakie objawy ustępują, o ile w ogóle, więc napiszę Wam jak było ze mną.

Jak już wiecie - cięcie cesarskie miałam nagłe i nieplanowane. Zawsze chciałam rodzić siłami natury i nie wyobrażałam sobie że miałoby być inaczej, rzeczywistość spłatała nam jednak figla. Nie byłam gotowa na to co mnie czeka bo i nie nastawiałam się na taką ewentualność.

Gdy już przewieziono mnie na salę pooperacyjną - po kilku godzinach zaczęłam znów czuć nogi, a później całą resztę powyżej pasa. Nie wiem po jakim dokładnie czasie bo byłam wszystkim otumaniona i nie myślałam zbyt logicznie. Na sali pooperacyjnej spędziłam 12 godzin. 10 z nich pod kroplówkami, nawadniającymi i przeciwbólowymi. Pamiętam że gdy podpięli mi ketonal zaliczyłam niezły odlot :). Po przyjęciu na pooperacyjną pielęgniarka położyła mi na brzuchu obciążenie dla lepszego obkurczania macicy i regularnie kontrolowała stan rany oraz zmieniała mi podkłady. Po odpięciu ostatniej kroplówki posadzono mnie na łóżku, na szczęście najpierw zabrano mi dziecko :) i umieszczono w specjalnym wózeczku, który towarzyszył nam już do końca pobytu - na Inflanckiej dziecko jest cały czas z matką. Siedziałam tak dość długo aż przyszły po mnie pielęgniarki z położniczego i pomogły przejść na wózek, na którym zawiozły mnie na oddział - to też był niezły odlot, nie byłam w stanie ustać na nogach. Na oddziale trafiłam do sali w której początkowo byłam sama i czekałam na Tatę Kazika aby pomógł mi wstać i pójść do łazienki. Bardzo szybko na obchód przyszedł ginekolog oraz pediatra - nie byłam w stanie wstać z tego cholernego łóżka i rozebrać dziecka do badania. Nie byłam w stanie wyjąć go z tego wózeczko-łóżeczka. Po jakimś czasie udało mi się dojść do łazienki, wziąć prysznic, zmienić bieliznę itp.

Przez pierwszy dzień dostawałam środki przeciwbólowe 6 x na dobę, drugiego dnia były to już 4 dawki, trzeciego - 2. Po operacji nie byłam w stanie przejść z pozycji siedzącej do leżącej i odwrotnie. Położenie się do snu i wstanie stanowiło nie lada wyzwanie, szczególnie jeśli musiałam obrócić się na drugi bok lub szybciej podnieść do małego. Wyjęcie go z wózeczka i zajęcie się nim, czy nawet utrzymanie na rękach graniczyły z cudem. A jednak tak się dzieje - po cesarece jesteś rzucona na głęboką wodę. Pierwszego dnia większość czasu spędził ze mną Tata Kazika. Wychodząc wieczorem poprosił pielęgniarkę aby przyszła do mnie za pół godziny i pomogła mi się podnieść i odłożyć małego do wózeczka (akurat karmiłam go w łóżku, na leżąco) - usłyszał reprymendę, że sama muszę się wszystkim zajmować bo jak nie zacznę to tak mi zostanie i że powinnam cały dzień chodzić po korytarzu. Wzięłam to sobie do serca i następnego dnia przełaziłam pół dnia aby rozchodzić ból - w efekcie nogi spuchły mi do rozmiaru słoniowego. Cały nadmiar limfy który pozostał po porodzie i operacji spłynął do nóg, które były aż błyszczące z powodu nadmiernego napięcia skóry. Czegoś takiego nie widziałam. Tymbardziej straciłam zdolność chodzenia i przemieszczenie się od łóżka do toalety stanowiło nie lada wyzwanie, przejście na drugi koniec korytarza po gotowaną wodę do przelania butelki - wydarzeniem na skalę zdobycia szczytu. Szwy ciągnęły, rana od środka bolała, straciłam mięśnie brzucha i musiałam polegać tylko na plecach, wszystko mnie bolało i spuchło,brzuch wyglądał jak w 7 miesiącu ciąży, a ja samodzielnie nie mogłam pokonać nawet wysokośći brodzika aby wziąć prysznic. W takim stanie wyszłam ze szpitala w 3 dobie.

W domu wszystko ruszyło z kopyta i z dnia na dzień widoczna była poprawa. Wprawdzie pierwsze 2 dni musiałam prosić o pomoc w wejściu do wanny i umycie stóp Tatę Kazika, jednak już pod koniec 5 doby od cesarki umyłam włosy. W 6 dobie zaczęłam samodzielnie siadać i wstawać z kanapy (im niżej tym trudniej było się ruszyć). W 7 pojechaliśmy zarejestrować małego do USC i zdjęłam szwy (rana zewnętrzenie się wygoiła, dostałam przykaz niećwiczenia przez 6 tygodni do wizyty u lekarza i dalszych instrukcji, oraz informację że za pół roku powinnam odzyskać przynajmniej częściowo czucie w brzuchu), a w 8mej posprzątałam część mieszkania i ugotowałam obiad podczas snu Kazika.

Nadal denerwuje mnie to że czuję dotyk brzuchem gdy już gdzieś po czymś nim przejadę, dotykanie go nic nie daje, poza tym jest duży obwisły i spuchnięty, stopy i łydki nadal nie doszły do siebie - jednak z każdym dniem odzyskuję jakiś kawałek dawnej sprawności i liczę na to że będzie coraz lepiej :)

Mam nadzieję że te słowa będą pocieszeniem dla dziewczyn po CC, bo pierwsze dni to prawdziwa gehenna, podczas której zastanawiamy się jak to będzie w przyszłości.

3 komentarze:

Recenzja: Alex Marwood, Dziewczyny, które zabiły Chloe

marca 13, 2016 0 Comments

Ta książka została podobno uznana prz Stephana Kinga za jedną z najlepszych książek roku - to chyba może wystarczyć za całą recenzję :)

Zdanie opisu z okładki intryguje: "Trzy dziewczynki | Poznały się rano | Wieczorem pozostały tylko dwie | Z rękami splamionymi krwią".

Teraźniejszość przeplata się tu z retrospekcjami, wraz z rozwojem bieżącej historii poznajemy szczegóły z trudnego dzieciństwa dwóch bohaterek książki. Bel i Jade jako jedenastolatki zostały skazane za zabójstwo pięciolatki. Osadzono je w dwóch różnych zakładach poprawczych, które miały wpływ na ukształtowanie ich przyszłości. W dorosłym życiu, na zawsze napiętnowane, ukrywają się przed przeszłością - pod przybranymi nazwiskami, nie mając ze sobą żadnego kontaktu.

Jak to bywa w tego rodzaju historiach - jednej wiedzie się lepiej, drugiej nieco gorzej, i to nie tak jak mogłoby na to wskazywać ich pochodzenie. Jedno na pewno je ze sobą łączy - obie żałują dnia w którym się poznały, i który miał wpływ na całe ich przyszłe życie.

Nieszczęśliwy zbieg okoliczności doprowadza do ich ponownego spotkania po dwudziestu pięciu latach oraz do ponownego skrzyżowania ich historii. A w to wszystko uwikłany jest tajemniczy zabójca, którego muszą odnaleźć zanim on odnajdzie je...

Historia dziwnych zabójstw w świecie współczesnym nie jest w żaden sposób odkrywcza, jednak napisana dobrze, utrzymająca czytelnika w napięciu - to co jest jednak w tej książce najistotniejsze to studium tego co dzieje się z psychiką dziewczynek zamkniętych w ciałach dorosłych już kobiet - całe życie uciekających przed piętnem zabójstwa z przeszłości...


0 komentarze:

Wyprawka do szpitala - update po doświadczeniach

marca 12, 2016 0 Comments

Jakiś czas temu pisałam o wyprawce do szpitala - jadąc do niego po raz pierwszy i nie wiedząc do końca czego się spodziewać. Sugerowałam się głównie listami ze stron szpitali oraz podpowiedziami znajomych, które już rodziły. Ponieważmój szpital nie udostępniał takiej listy wydawało mi się że nic mnie nie zaskoczy. A jednak!

Co mi się przydało, czego było za dużo, a czego zabrakło?

Dla dziecka:

* przydały się:
- 5 pajacyków rozpinanych po całości (uwaga! włączniez obiema nogawkami - to wygodne gdy nie umiecie jeszcze "obsługiwać" dziecka) – musiałam prosić Tatę Kazika o dowożenie kolejnych po obsikaniu pierwszych par :) 
- skarpetki, zakładane dodatkowo pod lub na pajacyki
- paczka pieluch – te z wycięciem na pępek, paczka nam wystarczyła
- 2 czapeczki – bez sznurków w które dziecko mogłoby się zaplątać
- 2 rękawiczki niedrapki - lepiej sprawdziły się skarpetki, ze względu na zakońćzenie ściągaczami - nowe rączki często są tak malutkie, że rękawiczki z nich spadają
- kilka pieluch tetrowych
- pielucha flanelowa (może zastąpić kocyk, ręcznik itp.) - owijałam nią bobasa lub używałam do odbijania, bo jest delikatniejsza od tetry
- mała butelka – po cięciu cesarskim i w wielu innych różnych wypadkach może wystąpić problem z laktacją i dokarmanie dziecka staje się niezbędne. Butelka zawsze się przyda
- nawilżone chusteczki do pupy – i tak i nie. Kazik miał po nich podrażnioną pupę, ale gdy dopiero uczymy się przewijania są wygodne
- linomag do smarowania podrażnionej pupy

* nie przydały się:
- rożek –okazuje się, że dużo lepiej sprawdzają się cienkie materiały, w któe dziecko można dokładnie owinąć - idealne są kocyki. Rożek rozłożyłam i wykorzystywałam jako dodatkową warstwę w formie kordełki, którą okrywałam malucha już owiniętego w kocyk
- smoczek - dopóki dziecko nie wyrobi sobie odruchu ssania nie warto podawać smoczek, lepiej wstrzymać się te 3-4 tygodnie
- 2 małe ręczniczki – ani to do wycierania, ani do podłożenia na ramię do odbijania :)

* zabrakło:
- kocyka!!! To absolutnie niezbędne aby malucha ogrzewać w nocy czymś co ciasno się wokół niego opatula. Nawet najbardziej miękki rożek nie jest w stanie zastąpić kocyka. Wygląda pięknie, ale nie jest najbardziej funkcjonalny - powinien być dodatkiem, ale nie zastępstwem! My kocyk pożyczaliśmy na szybko - a właściwie Tata Kazika w trakcie mojej operacji
- większej liczby pajaców rozpinanych po całości. Nie przydały mi się bodziaki ani pajace wkładane przez głowę - w pierwszych dniach, gdy dopiero uczymy się podnoszenia dziecka, im łatwiej coś założyć tym lepiej. Pamiętajcie że w szpitalu dziecko musicie rozbierać i ubierać przynajmniej kilkukrotnie w ciągu dnia - do ważenia, przemywania pępka, badania, spotkania z pediatrą, przewijania, gdy się zasika itd.


Dla mamy:

*przydały się:
- 3 koszule  - śmiało mogłoby ich być więcej, warto przebrać się po każdym prysznicu aby poczuć się choć odrobinę lepiej
- klapki pod prysznic - nie tylko pod prysznic :)
- szlafrok - warto zadbać o to aby był stosunkowo luźny, łącznie z rękawami
- ręcznik
- kosmetyki - przynajmniej te podstawowe :)
- podpaski – jako wsparcie wkładów poporodowych, dzięki skrzydełkom wszystko lepiej się utrzymuje
- majtki poporodowe – kupiłam 4 pary wielokrotnego użytku, do prania - te są najlepsze, bowiem są miękkie, nie uciskają i w wypadku blizny po cesarskim cięciu da się je umieścić pod cięciem lub nad nim, tak aby nie drażnić szwów
- wkłady poporodowe - wprawdzie w szpitalu były dostępne, ale zawsze warto mieć swoje pod ręką, szczególnie przez pierwsze 2-3 dni, gdy trzeba je zmieniać bardzo często. Ja korzystałam z Baby Ono i jestem zadowolona
- wkładki laktacyjne – nawet jeśli nie na nadmiar mleka, to w wypadku poranionych sutków sprawdzają się wyśmienicie aby oddzielić ciało od materiału
- stanik aby gdzieś te wkładki umieszczać
- do porodu – woda w butelce z dozownikiem
- ładowarka do telefonu
+ bardzo ważne - dokumenty + wyniki badań - upewnijcie się że macie ze sobą cały komplet, jest niezbędny do przyjęcia do szpitala!

* nie przydały się:
- leginsy i tunika - codziennie trzeba rozbierać się do badania ginekologicznego, jeśli czujecie się trochę gorzej a rany ciągną, to marzycie o tym aby mieć na sobie jak najmniej i jak najlżejszych tkanin
- miękkie kapcie - szybciej i łatwiej wkłada się klapki
- podkłady poporodowe – w moim szpitalu było ich pod dostatkiem, zarówno do położenia na łóżku jak również do wykorzystania do przewijania dziecka
- ręczniki papierowe- generalnie są niezbędne (np. do osuszania blizn itp.) ale u mnie w szpitalu były na każdym kroku
- książka - kto by miał na to czas :)
- majtki jednorazowe, z gumką w pasie - po cięciu cesarskim jedynie drażniłyby ciało
- laktator - mimo problemów z laktacją na jego wykorzystanie po prostu nie starczyło czasu i za laktator robiło samo dziecko 
+ ubrania na wyjście - oddajecie je do depozytu lub osobie towarzyszącej, która przywozi je w dniu wypisu

*zabrakło:
- kremu na popękane sutki (np. Maltan) - polecam stosowanie w okresie ciąży i zabranie ze sobą do szpitala

0 komentarze:

TEN dzień: poród!

marca 10, 2016 0 Comments

Kilka miesięcy przygotowań - ciała, psychiki, otoczenia. A i tak w 9 miesiącu szaleństwo - jak to będzie, co to będzie, jak rozpoznać, kiedy nastąpi, co wtedy robić, jak nie zwariować, a najlepiej - jak to przespać i obudzić się z grzecznym, odchowanym, dużym i niewymagającym dzieckiem u boku?

Zanim jednak dojdzie co do czego - zastanawiam się kiedy TO nastąpi. Dwa tygodnie przed terminem zaczynam denerwować się tym faktem. Torba spakowana, pokój urządzony, miśki z karuzeli fruwają tyłkami do góry i czekają. Teoretycznie Kazik może już do nas wychodzić. Czuję że mu niewygodnie i ciasno, nie ma się nawet jak obrócić, a próby przesunięcia kończyn powodują niezły ból u mnie i wściek w środku nocy.
Zaczynam odczuwać nacisk na dół macicy, tak jakby nasz syn postanowił jednak się wydostać z zza małego środowiska, pachwiny bolą, biodra promieniują na całe ciało, bóle miesiączkowe obecne, po schodach na nasze drugie piętro z dnia na dzień bardziej się wciągam niż wchodzę, z podłogi mojego samochodu to już nic nie podniosę bo się nie schylę, a skurcze mendy jedne nadal nie nadchodzą. Co jest grane, przecież mogłoby się już zacząć?

Pierwszego dnia 38 tygodnia na KTG pielęgniarka mówi: "pójdzie pani teraz do pana doktora, zapis jest  w normie, ale skurcze jeszcze nie występują, a pewnie by pani już chciała?". Pewnie że bym chciała, myślę sobie, ale bez takiego ostatecznego przekonania, bo z drugiej strony poród, krew, nieczystości, łzy i przeciskanie arbuza przez cytrynę... Ale tydzień później bardzo chcę zobaczyć choć cień po tych skurczach, bo normalnie nie mam już sił.

No ile można być taką grubą kluchą, która nie ma na nic siły, w dodatku nie może zjeść niczego na co ma ochotę i dostaje świra gdy dzieciak szaleje i jeszcze większego gdy tego nie robi?

Zastanawiam się czy rozpoznam skurcze, czy odejdą mi wody, czy może ten obrzydliwy czop o którym tyle się mówi, czy zwyczajnie - w dniu terminu będę musiała stawić się na izbie przyjęć na indukcję porodu, która jest stosowana w wypadku ciąży cukrzycowej, ze względu na szybko starzejące się łożysko. Kwestia zakładania cewnika-balonika, wlewania oksytocyny i wywoływania porodu nie przemawia do mnie, szczególnie że spodziewam się, że jeśli do niej dojdzie to znając życie potrwa to minimum kilka dni.

Dlatego namawiam Kazika, w myślach oraz na głos, aby zechciał wyskoczyć do nas jeszcze w lutym.

Szpital
Szpital wybieram właściwie na początku ciąży - mój wybór pada na Żelazną, ze względu na dobre opinie krążące wśród znajomcyh, ale i w zakamarkach internetu. Im jednak bliżej końca ciąży tym więcej mam wątpliwości, głównie związanych z tym że w terminie mojego porodu tych porodów zwykle jest sporo (luty/marzec to niezły ruch w interesie!) i że istnieją spore szanse, że zostanę w najmniej oczekiwanym momencie odesłana gdzie indziej. Tak więc gorączkowo zaczynam szukać alternatywy.
Właściwie nie wiem czemu decyduję się na Inflancką - gnana jakimś instynktem, wybieram spośród wspomnianej Żelaznej, Starynkiewicza oraz Orłowskiego. W ostatniej możliwej chwili nachodzi mnie taka myśl, a ponieważ wyznaję zasadę że jakakolwiek myśl jest lepsza od żadnej - postanawiam się jej trzymać. Od 36 tygodnia muszę jeździć na regularne KTG, tak więc postanawiam jeździć tam właśnie.

Szpital nie ma zaktualizowanej strony internetowej (powiedzmy sobie szczerze - nie ma żadnej funkcjonującej w ogóle), ale za to posiada numer na infolinię. Jak jest z infolinią - wiadomo, ale nie poddaję się i w końcu uzyskuję połączenie. Okazuje się że pani odpowie mi na wszystkie pytania. Dzięki temu nie tylko zapisuję się na konkretny termin i godzinę KTG, ale dowiaduję również o warunkach szpitalnych, warunkach porodu itp. Jeśli ten nie zacznie się samoistnie, to w dniu terminu mam się stawić ze wszystkimi dokumentami i wynikami badań oraz torbą na izbie przyjęć - do indukcji. Pasków cukrzycowych nie otrzymam, muszę zapewnić je sobie na czas pobytu w swoim zakresie, ale obejmie mnie dieta cukrzycowa - pani jednak napomyka że warto mieć jeszcze "coś tam swojego". Ponieważ równolegle z cukrzycową mam dietę wegetariańską, to już tymbardziej "coś tam swojego" powinno zaistnieć... Niewiele dowiaduję się na temat wymaganej wyprawki ("sprawdzi sobie pani na stronie jakiegoś innego szpitala"), ale postanawiam jechać na KTG i zobaczyć jak to wszystko wygląda.

Szpital był odnowiony w zeszłym roku i standardem przypomina bardziej prywatną klinikę - to moje pierwsze wrażenie, kontrast po doświadczeniu z innymi szpitalami.
KTG odbywa się w przychodni przyszpitalnej, tak więc nie mam szans obejrzeć wcześniej izby przyjęć. Przychodnia jest przestronna, jasna, z elementami pomarańczu, z wygodnymi skórzanymi fotelami (pomarańczowymi oczywiście). Na KTG zaprasza miła pani pielęgniarka, do przestronnego gabinetu z 4 stanowiskami - każde łóżko oddzielone jest od innych zasłonkami, panuje atmosfera intymności i szacunku. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to niezbyt miły lekarz opisujący badanie, ale świat nie jest przecież doskonały.

Ostatni tydzień
Ostatnie dni są najgorsze. Nie tylko ze względu na ogólne poddenerwowanie i oczekiwanie na poród i sam jego fakt. Z dnia na dzień robi się coraz ciężej, zawartość brzucha naciska na podbrzusze i wszystko co się tam znajduje, nigdy nie wiem czy muszę iść do toalety czy tylko mi się wydaje, z dnia na dzień przestaję móc się schylić i sięgnąć do podłogi, nawet wstanie z kanapy jest trudne - stawy się rozluźniają, a jednocześnie rozszerzają i bolą, nie mogę wytrzymać z powodu bólu pachwin, miednicy, bioder, krzyża, nawet dłoni. Nie chcę zamieniać się w jęczącą i biadolącą kulę nieszczęścia, ale trochę tak się czuję.
Wypróbowuję chyba wszystkie znane mi domowe metody na przyspieszenie porodu (no może poza tymi związanymi z różnymi potrawami, nadal raczej przestrzegam diety cukrzycowej), ale nic nie działa, a jedynym efektem jest moje zmęczenie i jeszcze mniejsza możliwość poruszania się. Nagle po prostu bycie staje się problemem. I do tego stres związany z tym jak to będzie w trakcie porodu, jak będzie po porodzie, lęk o to czy Kazik na pewno jest zdrowy i kiedy w końcu go zobaczymy...
Dramat!

Symptomy
W 39 tc odwiedzamy naszą panią ginekolog, która podczas badania postanawia namówić Kazika do powolnego opuszczania brzucha - wstępny masaż szyjki macicy jest bardzo bolesny i sprawia że naprawdę zaczynam bać się porodu! Leżąc na fotelu pocę się, płaczę i jestem cała czerwona. Badanie do przyjemności nie należy. Ale faktycznie coś zaczyna się dziać, całą noc mam skurcze, brzuch pręży się i twardnieje, odchodzi chyba pierwsza część czopu. Myślę że coś zacznie się dziać, ale niestety - rano objawy ustępują i rozpoczyna się najgorszy okres poddenerwowania. Nie mogę wygodnie siedzieć ani leżeć i wszystkie objawy ostatniego tygodnia w zależności od dnia są silniejsze lub silne nie do wytrzymania.
Końcówka 40 tygodnia to przeziębienie - podwyższenie temperatury, zupełne zmęczenie i chwilowe skoki cukru powiązane ze skokami ciśnienia i tętna.
W czwartek i piątek Kazik postanawia być spokojniejszy, chyba ze względu na choróbsko męczące mamę, a ja nadal nie mogę się go doczekać, ale przesypiam większość dni.

Jedziemy na Izbę Przyjęć
Dwa dni przed terminem przez połowę czasu mecze się ze skurczami i twardniejącym brzuchem, nie jestem w stanie wziąć nawet prysznica bez pomocy. Jednak rano wszystkie objawy mijają i dzień przed wstaje tak zestresowana, ze czyszczę ponownie cale mieszkanie, zmywam, szoruje, piorę a nawet prasuje. Po kilku godzinach takiej nadaktywności mieszkanie jest gotowe na moje ewentualne go opuszczenie a ja opadam z sil. Stres powoduje ze nie jestem w stanie nawet rozmawiać przez telefon, niesamowicie boje się tego co ma nadejść choć jednocześnie chce żeby Kazik w końcu znalazł się poza brzuchem. Niemal wariuje. Jednak 29 lutego mija bez jakiejkolwiek akcji, wręcz z ustąpieniem wszystkich objawów - i nie ma już przebacz, następnego dnia musze zjawić się na Izbie Przyjęć. W poniedziałek dzwonię na IP aby dowiedzieć się o której mam się stawić we wtorek 1 marca 2016 - tego dnia mija ostateczny termin w którym miałam rodzić naturalnie i zgodnie z przykazaniem lekarza prowadzącego muszę zgłosić się na indukcję porodu.

1 marca
IP, godz. 11, przede mną w kolejce teoretycznie tylko jedna pacjentka, w praktyce wchodzę dopiero o 11:50. Panie, wbrew internetowej opinii, są sympatyczne i odpowiadają na wszystkie moje pytania. Zbierają wywiad, niezbędne badania, mierzą mnie i prowadza na ktg. Po 40-minutowym zapisie przejmują mnie 2 ginekolożki, z czego jedna się uczy i każda jej czynności jest powtarzana przez starszą koleżankę. Badanie ginekologiczne wskazuje na zamknięta i długa szyjkę, dowiaduję się więc że trafię na patologię i pewnie spokojnie będę czekała na dalsze badania. Przebieram się i salowa odwozi mnie na wózku (strasznie mi głupio ze musi mnie wieźć, taką ciężką...) na oddział. Tam przechwytuje mnie pielęgniarka która pyta o rodzaj diety i już mamy wypełniać odpowiednie kratki, gdy przez ramię zerka jej ordynator oddziału i mówi że ja nie idę na żaden oddział a na przedporodowy. Nie wiem o co chodzi, nikt mi nic nie mówi, tata Kazika nie może ze mną wejść, jedynie przekazuje rzeczy przez położną od której dowiaduję się że o 16tej (jest 14) będę miała indukowany poród. Nic nie mogę jeść choć nie jem już od rana i powoli zaczyna mi rozsadzać głowę. Podłączają mnie pod ktg i tak leżę. Dopiero godzinę później podczas kolejnego badania dowiaduję się od innej lekarki że ordynator uznał iż podczas pierwszego ktg tętno dziecka było zbyt niskie. Obecne badanie tego nie potwierdza ale i tak szykuję się na indukcje.
O 15.40 podłączają mi kroplówkę z oksytocyną po której nic się nie dzieje, nawet minimalne skurcze się wyciszają a ja umieram z głodu, bólu głowy i całego ciała od leżenia na boku.
Przed 22 koniec próby indukcji, zakończony zupełnym brakiem sukcesu, po badaniu które stwierdza ze z szyjką też się nic nie dzieje przechodzę na oddział patologii z informacją że następnego dnia poczekamy na rozwój wydarzeń.
Na oddziale 3osobowe sale z oddzielnymi łazienkami, warunki niezłe, choć warto pamiętać o tym że po każdym badaniu może dojść do krwawienia i mieć ze sobą zapas wkładek lub podpasek.

2 marca
Ale nie czekamy. Najpierw jem wyśmienite śniadanie dla bezmięsnej cukrzycówki (choć przyznaję że nawet niezbyt świeże ale pieczywo po takim czasie to prawdziwy rarytas!), później podczas badania dowiaduję się że mam duże spadki cukru, a dziecko za mało miejsca w brzuchu i okresowo spada mu tętno - muszę urodzić dziś. Ponieważ inne metody nie przyniosły żadnego skutku będę miała przebijany pęcherz płodowy. Poprzednie dwa dni stresu są niczym w porównaniu z tą wiadomością, boję się tak że nie jestem w stanie powstrzymać płynącego potoku łez. Od 10-tej leżę pod ktg i czekam do indukcji wyznaczonej na 13-14ta.

W międzyczasie trafiam na jednoosobową salę porodową i tu już tata Kazika może być ze mną, co jest znaczącą ulga. Sala jest wygodna i przestronna, z dużą łazienką, a w dodatku bardzo mila położna uspokaja mnie i tłumaczy na czym polega zabieg - lekarz podczas badania wewnętrznego niewielkim narzędziem przebija pęcherz, co ma doprowadzić do rozpoczęcia akcji skurczowej i samego porodu. Czasami trwa to kilka godzin, czasami kilkanaście - trudno powiedzieć jak zareaguje akurat mój organizm.
W międzyczasie zmienia się dyżur położnych i przejmuje mnie kolejna, z którą chętnie kontynuowałabym poród do końca. Po 13 przychodzi lekarz na przebicie pęcherza - podczas wewnętrznego badania ginekologicznego wprowadza narzędzie i przebija powłokę. Zajmuje to trochę czasu, szyjka jest nierozwarta i długa co jest problematyczne (przebijanie odbywa się zwykle przy zgładzonej szyjce i minimum 2 cm rozwarcia) ale w końcu jakoś idzie i czuję jak spomiędzy nóg wylewa mi się potok gorącego płynu. Położna naciska pupę dziecka i wyciska ze mnie jak najwięcej się da. Po tym zabiegu zostaję na łóżku, z podkładami między nogami, z cieknącymi wodami i czekam na skurcze.
Początkowo przychodzą te co zawsze od kilku dni, przypominające bardzo silny ból miesiączkowy, ale ściskające na dole brzucha. Jednak niedługo później zaczynają się również te idące od góry brzucha, regularne, połączone z krzyżowymi które są bezwzględnie najgorsze. Cały czas muszę leżeć pod zapisem ktg, który ciężko wychwycić przy ruchliwym dziecku, leżę więc nieruchomo a dodatkowo ręką musze dociskać czujnik tętna dziecka. Wszystko boli niewyobrażalnie od samej pozycji a każdy kolejny skurcz jest udręką dla krzyża. W międzyczasie spada mi cukier i co godzinę dostaję do wypicia herbatę z 2 łyżeczkami cukru, która jest dla mnie tak słodka ze aż robi mi się niedobrze. Jednak po takiej dawce cukier dobija do 80, po czym za każdym razem spada znów do 60. Około 18tej udaje mi się zyskać pół godziny ulgi - mogę usiąść na piłce i jest to najprzyjemniejsza cześć porodu ponieważ daje ulgę plecom. Jednak za chwilę znów wracam pod ktg ze względu na nieprawidłowe zapisy, wracam więc do nieruchomego leżenia i nowej położnej która już nie bardzo ma ochotę robić mi herbatę. Zmienia się również lekarz który decyduje o podaniu kolejnego wlewu oksytocyny aby przyspieszyć rozszerzanie szyjki. Po 20tej mam skurcze co 3 minuty, cukier bez herbaty spada, dostaję drgawek z zimna, a szyjka ma ledwie 4 cm...
Około 20.35 przychodzi lekarz i bez ogródek przedstawia mi sytuację - z każdym moim skurczem tętno dziecka zanika, muszę zgodzić się na cesarkę.

Wszystko dzieje się błyskawicznie - dostaję dokumenty do podpisu, zdejmuję swoją koszulę i zakładam szpitalną, położna zakłada mi cewnik i wiezie na salę operacyjną a tata Kazika w tym czasie pakuje nasze rzeczy. Na sali operacyjnej muszę wejść na stół oraz wytrzymać na nim z wypiętym kręgosłupem do znieczulenia co jest niełatwe bo oksytocyna zaczęła właśnie działać na całego i mam skurcz za skurczem. Po zastrzyku między kręgi zostaję położona na plecach, przed twarzą stawiają mi parawan, umieram ze strachu o Kazika i płaczę. Na szczęście u szczytu głowy staje anestezjolog który rzeczowo i spokojnie tłumaczy mi każdy kolejny krok. Nie czuję nic do szyi, w klatce piersiowej ogromny ucisk, zawroty głowy są nieporównywalne z żadnymi innymi, przestaję słyszeć Zostaje rozkrojona niemal natychmiast i czuję jak lekarze wyjmują Kazika na zewnątrz ale go nie słyszę. Po chwili dobiega mnie cichy kwik i nad parawanem widzę ciałko mojego chłopca: "wszystko w porządku, dziecko żyje". Wpadam w spazmatyczny ryk, nie mogę powstrzymać łez, zaczynam się dusić i dostaję tlen.

Kazik zostaje zbadany i przekazany do kangurowania Tacie. Mnie po zszyciu przewożą na salę pooperacyjna i podłączają pod kroplówki. Nie jestem w stanie nic powiedzieć ani się ruszać ale po jakimś czasie pielęgniarka przynosi do mnie Kazika, podnosi moje ramię i przystawia go do piersi. Spędzamy tak całą noc. Nie mam jak podnieść głowy i go obejrzeć, nie wiem jak wygląda mój synek, ale całą noc nie śpię tylko słucham jego oddechu i mimo wielu godzin poprzedzających ten moment - uznaję że jest to najpiękniejsza noc mojego życia. Nie umiem opisać słowami uczucia które towarzyszy pierwszej nocy spędzanej z dzieckiem przytulonym do boku.



0 komentarze: