Recenzja: Jo Nesbo, Więcej Krwi, Łowcy Głów, Karaluchy, Upiory

lutego 27, 2016 1 Comments

Tak jak wspominałam ostatnio - początek roku i koniec ciąży to lektury lekkie i przyjemne, a więc w moim wypadku - skandynawskie kryminały :)

Od pewnego czasu wprost przepadam za twórczością Jo Nesbo na takie niewymagające okazje. Nesbo jest o tyle dobry, że właściwie w każdej księgarni można znaleźć kilka półek z jego książkami - z pewnością należy do bardzo płodnych pisarzy. Osobiście wolę książki nie nawiązujące do serii o komisarzu Hole (nie jestem fanką serii), ale ostatnio okazało się że chyba wszystkie takie już przeczytałam, zaczęłam więc sięgać również po te - które zresztą przyniosły mu największą sławę.


Więcej krwi, Jo Nesbo
To niejako kontynuacja "Krwi na śniegu" - niejako, bowiem teoretycznie występuje jako druga część, ale praktycznie z powodzeniem można ją czytać jako samodzielną pozycję.
Znajdujemy tu nawiązanie do historii Rybaka, narkotykowego króla Oslo - tym razem głównym bohaterem jest Jon Hansen, który zdradził tego bossa i ucieka przed jego zemstą. Podróżując coraz dalej dociera do mełej wioski na skraju północnej Norwegii. Tu, z dala od ciekawskich spojrzeń, musi uporać się z własną historią, popełnionymi zbrodniami oraz próbą przeżycia i uporządkowania przyszłości. W wiosce poznaje kobietę pracującą w kościele oraz jej niespełna dziesięcioletniego syna, któremu wyraźnie brakuje autorytetu ojca. Dzięki ich pomocy znajduje schronienie, jednak nie unika spotkania z wysłannikami Rybaka. Rozpoczyna się dzikie polowanie...


Trójpak
Kupiłam go na jakiejś wyprzedaży internetowej - nie dość że dzięki temu otrzymałam trzy książki zamiast jednej (nie muszę chyba tłumaczyć przewagi :)), to w dodatku jakoś tak ładnie wyglądają razem na półce :)

Łowcy głów, Jo Nesbo
Przyznaję że po tę książkę długo nie miałam zamiaru sięgać - stało się tak dlatego, że kilka lat temu, po namowie znajomego, obejrzałam jej ekranizację. Po tym wydarzeniu pozostało mi jakieś poczucie niesmaku, nie do końca zrozumiałam przekaz, a w mojej wyobraźni zagościły się najbardziej niesmaczne sceny filmowe (np. główny bohater upaćkany odchodami z wychodka ucieka na traktorze, na którego łyżce/widłach znajdują się zwłoki psa z wytrzeszczonymi oczami).
Jednak dopiero przeczytanie książki otworzyło mi oczy na to o co naprawdę chodziło w tej historii - nie umiem w tej chwili wytłumaczyć czemu nie do końca zrozumiałam ją na etapie oglądania filmu, ale to tylko podkreśla fakt że czytanie jest dla mnie jednak ważniejsze i wychodzi mi lepiej niż przekazy czysto wizualne.
Bohaterem historii jest łowca głów, head hunter, jeden z najlepszych w Norwegii - a co za tym idzie, jeden z najlepiej zarabiających. Ma piękną żonę, przepiękny dom i wiedzie zbyt wystawne życie - na tyle, że jego pensja przestaje wystarczać. W związku z tym zaczyna dorabiać kradnąc dzieła sztuki... Dokąd go to zaprowadzi i czemu skończy zanurzony po czubek głowy w ciemnych wychodku? Zachęcam - przeczytajcie, to naprawdę dobra historia!

Karaluchy, Jo Nesbo
Historia z komisarzem Harrym Hole'm w roli głównej... ale rozgrywająca się w Tajlandii, łatwiej więc było mi się do niej przekonać :)
W domu publicznym w Bangkoku znaleziono ciało ambasadora norweskiego, niewątpliwie zamordowanego. W Oslo politycy i policja naprędce tworzą plan uniknięcia skandalu, zapraszają więc do współpracy Hole'a aby pomógł szybko rozwikłać tę zagadkową śmierć. Okazuje się, że w tej sprawie chodzi o coś więcej niż politykę.
Przyznaję że to ta historia trzymała mnie do końca w napięciu na tyle, aby przełamać moją niechęć do serii - po tej książce przeczytałam inne z komisarzem w roli głównej.

Upiory, Jo Nesbo
Komisarz Harry Hole powraca z Bangkoku do Oslo, aby rozwikłać tajemnicę kolejnego zabójstwa, pozornie niewiele znaczącego - jeden heroinista zabija drugiego podczas próby kradzieży narkotyków. Okazuje się, że Harry jest osobiście zaangażowany w sprawę i postanawia dotrzeć do jej sensa. Historia zawiera wiele dramatycznych scen, w dodatku naprawdę trzyma w napięciu do końca i wcale nie zawiera wielu banałów. Jeśli lubicie bawić się w rozwikływanie zagadek - to jest to obowiązkowa pozycja!

1 komentarze:

Zrób sobie magnetyczną ścianę

lutego 24, 2016 0 Comments

Planując remont poświęciłam sporo czasu na wybór farb, czego właściwie nie widać po wejściu do naszego mieszkania - mieszkanie jak mieszkanie, sufity białe, ściany jasne, z jedynym odstępstwem w pokoju Kazika. To jednak tylko złudzenie - bowiem każdy odcień tego czego nie widać był doskonale przemyślany, poprzedzony researchem, odwiedzinami w sklepach, porównywaniem cen i parametrów... a ostatecznie wyszło na to że farba to farba.

Jednak nie każda. Ponieważ w kuchni wszystko mamy zabudowane, łącznie z lodówką, szybko okazało się że nie będę co miała zrobić z moją słynną ścianą płaczu - czyli pamiątkami, które do tej pory przyklejałam na lodówce właśnie. Polaroidy z przyjaciółmi, magnesy z wakacji, kartki okolicznościowe i wszystko to, co mogło zaznaczyć moją obecność w tej jakże ważnej dla mnie przestrzeni mieszkania.

Wymyśliłam więc farbę mangetyczną - skoro wszyscy używają tak popularnych tablicowych, to coś takiego też musiało istnieć. I rzeczywiście - okazało się że na naszym rynku jest nawet spory wybór, bo aż 6 takich farb. Zaczęłam więc poświęcać całe godziny na poszukiwanie i czytanie kolejnych recenzji i w ten sposób wybrałam tę, która wydała mi się najlepsza - Farbę Magnetyczną Magnetic Primer Rust-Oleum. Według wszelkich recenzji miała wystarczyć na pokrycie 3 metrów kwadratowych minimum 3-krotnie i taka ilość warstw miała zapewnić dość mocne trzymanie się magnesów. Ponieważ w testach wyraźnie była szara - uznałam, że pomaluję nią wybrany fragment ściany przed malowaniem całości kuchni, a następnie pokryjemy całość wybrnaym jasnym kolorem tak, aby farba magnetyczna nie prześwitywała, a zachowała swoje właściwości.


Malowanie

Od razu uprzedzę pytanie - używanie tej farby w ciąży to nie jest najszczęśliwszy pomysł. Podobno idealnie nadaje się do malowania w zamkniętych pomieszczeniach, a jej woń nie jest szczególnie uciążliwa, jednak ja - pomimo stosowania maseczki i wstrzymywania oddechu przy każdym pociągnięciu wałkiem - niemal dostawałam od niej udaru. Wg mnie farba ma intensywny zapach, typowy dla farb rozpuszczalnikowych, i wgryza się w każdy zakamarek mózgu. Po każdej warstwie - obowiązkowe wietrzenie, i pomieszczenia, i własnego nosa.


Jak się za to zabrać?

Otwieramy puszkę i dokładnie mieszamy farbę - prawdopodobnie nie będzie jednolita i chwilę to zajmie. Do mieszania używamy jakiegoś drewnianego patyka czy czegoś, co będzie można później bez żalu wyrzucić. Ze względu na smród i trudność z początkowym rozmieszaniem (moja farba była dość mocno rozwarstwiona - bardzo gęsta na dole) najlepiej poprosić o pomoc jakiegoś pana i zachować świeże nozdrza jak najdłużej :)

Na ścianie przygotowałam obszar roboczy - oddzielenie od płaszczyzn które nie miały być malowane szeroką taśmą malarską.

Następnie nalewamy niewielką ilość farby do kuwety (jeśli chcemy aby była później do odratowania - najpierw owijamy ją streczem. Ta farba jest później nie do zmycia z narzędzi - uprzedzam, bo sama się na to nabrałam) i dokładnie moczymy w niej wałek. Ja używałam niewielkiego gąbczastego. Malujemy wybraną powierzchnię, pamiętając o dokładnym kryciu i o tym aby ostatnie pociągnięcie zawsze było w tym samym kierunku, najlepiej z góry na dół.

Następnie dokładnie czyścimy narzędzia (kuweta i wałek) i czekamy aż pierwsza warstwa dokładnie wyschnie - dopiero wówczas nakładamy drugą! Jeśli nie wyczyścimy wałka i pozwolimy aby farba na nim pozasychała, zrobią się grudki, które będą się przyklejały do ściany przy nakładaniu kolejnej warstwy (to też błąd który popełniłam). Jednak warto pamiętać aby czyszcząc narzędzie używać rękawiczek, bo ta farba to naprawdę jakiś koszmar w zakresie zmywania się ze skóry!

Pomiędzy nakładaniem kolejnych warstw po prostu sprawdzam palcem czy poprzednia wyschła - teoretycznie powinno to nastąpić w ciągu godziny. Kolejne warstwy kładę na siebie w odstępie 60-90 minut.

Po nałożeniu 3 warstw małe magnesy nie są w stanie się utrzymać. Mimo tego że testy internetowe wskazywały dużą magnetyczność i mówiły o niezwykłej wydajności farby, podkreślając to że 3 warstwy wystarczą. Nie wiem czemu u mnie to się nie sprawdza, maluję więc 4 i 5 raz. Po 5 jest zdecydowanie lepiej, jednak ponieważ farby zostało mi już niewiele i nie będę miała co z nią zrobić - postanawiam zamalować moją ścianę do końca. W ten sposób kładę aż 7 warstw (!!!), ale nie ma różnicy w trzymaniu magnesów w stosunku do położenia pięciu warstw.

Farba okazuje się nie szara, lecz... czarna. Efekt tak bardzo nam się podoba, że rezygnujemy z jej zamalowywania i dzięki temu otrzymujemy widoczną strefę magnetyczną :)

W niektórych miejscach cięższe a słabsze magnesy mają problemy z utrzymaniem się, jednak generalnie ściana spełnia nasze oczekiwania i stanowi ciekawe przełamanie w dość standardowej kuchni :)

Generalnie - polecam, aczkolwiek bierzcie pod uwagę to, że Wasze wyliczenia moga się mylić i możecie mieć potrzebę pomalowania ściany więcej niż 3-krotnie, aby uzyskać zadowalający efekt.

Koszt farby: około 140 zł, wg producenta: 9 metrów kwadratowych / litr przy jednej warstwieopakowanie pozwala na wykonanie ok. 3 metrów kwadratowych gotowej powierzchni (3 warstwy)

0 komentarze:

Cukrzyca ciążowa - moja historia

lutego 22, 2016 0 Comments

Informacja o cukrzycy ciążowej spadła na mnie jak grom z jasnego nieba.

Oczywiście na począktu towarzyszył mi strach - o zdrowie dziecka. To nie był pierwszy strach, bowiem jak wiecie już wcześniej wiele rzeczy nie układało się pomyślnie i szaleństwo hormonów sprawiało że miałam się czego bać - a teraz dołożyło do tego nową jednostkę chorobową, okazało się że łożysko produkuje takie ilości insuliny, że mój organizm w obliczu wszystkich wyzwań nie jest w stanie poradzić sobie z przecukrzeniem. I niestety, niewiele miało to wspólnego z zajadaniem się lodami czy czekoladkami :), a przyznaję - w mojej ignorancji niezbyt wiele wiedziałam o tej jednostce chorobowej i to była moja pierwsza myśl: "przecież ja nawet nie lubię słodyczy"!


Przez pierwsze miesiące męczyłam się z nudnościami, wymiotami, wstrętem do zapachów i jedzenia - skutek był taki że przez mniej więcej 3 miesiące nie jadłam kompletnie nic poza ciemnym pieczywem i pomidorami, w każdej możliwej postaci - świeżymi, w całości, w plasterkach, przecieranymi, duszonymi, sprowadzanymi do postaci zupy pomidorowej itp. Nie tyłam wcale. Do 5 miesiąca wprawdzie moje ciało uległo zmianie, talia zaczęła zanikać i czułam ogólne osłabienie (musiałam odstawić jakąkolwiek aktywność fizyczną i mięśnie zaczęły zanikać, ciało tęskniło do jakiegokolwiek ruchu i czułam dosłownie z tygodnia na tydzień spadającą wydolność fizyczną), jednak przyrostu na wadze prawie nie było. I nagle - łup, grom z jasnego nieba! Nie dość że zapałałam miłością do wszelkich ciast i najchętniej zjadłabym każde które znalazło się w zasięgu mojego wzroku (powstrzymywał mnie jedynie zdrowy rozsądek i brak przyzwyczajenia do niezdrowego odżywania), najchętniej robiłabym zakupy w każdej napotkanej cukierni. Oczywiście na drugim krańcu była strach przed przybraniem na wadze i skrajne uważanie na ilość i jakość spożywanych potraw oraz chęć karmienia dziecka zdrowymi potrawami. To jednak nie pomogło zapobiec tragedii: w 5 miesiącu przytyłam nagle prawie 6 kg. Niewiadomo skąd. Lekarka zasugerowała że moga być to zmiany na granicy cukrzycy, mimo braku kwalifikacji do grupy wysokiego ryzyka. Gdy tylko to usłyszałam - postanowiłam zadbać o dietę. Zaczęłam czytać o cukrzycy ciążowej i oczywiście przeraziłam się - te wszystkie rzeczy które mogły grozić rozwijającemu się dziecku, ciężkie porody, ogromna masa urodzeniowa... To wszystko przemawiało do mnie bardzo wyraźnie, zaczęłam wystrzegać się wszystkiego co słodkie, a także zawierające złe węglowodany i generalnie uznawane za niewskazane w diecie "słodkiej ciężarnej".

W międzyczasie, w 22 tygodniu ciąży, wykonałam krzywą cukrzycową, przy obciążeniu 75mg glukozy. Jak to wyglądało w moim przypadku?

Obciążenie glukozą - badanie w mojej przychodni (cmp Warszawa)
Zgłosiłam się rano, na czczo, do gabinetu zabiegowego gdzie pobrano mi krew z żyły. Następnie pielęgniarka przygotowała roztwór (nie musiałam sama kupować glukozy w aptece!) - przy okazji dowiedziałam się, że mogłam przyjść z cytryną do wciśnięcia do niego, aby łatwiej mi się go piło. Nie wiem wprawdzie jaki wpływ miałoby to na wynik, wówczas jedynie żałowałam że tego nie zrobiłam. Wypicie małego kubeczka tej substancji nie należy do najłatwiejszych - jakbyście piły płynny cukier puder. Dla osób nieprzyzwyczajonych do słodyczy może to stanowić wyzwanie.
Następnie należy wyjść i poczekać godzinę na korytarzu. Nie należy nigdzie chodzić, nie wolno niczego pić ani jeść - jakikolwiek wysiłek może wpłynąć na wyniki.
Po godzinie znów pobierana jest krew z żyły, po dwóch kolejny raz.

Wyniki
Wyniki zwykle czekają na Was jeszcze tego samego dnia wieczorem - choć to zależy od przychodni i laboratorium które dokonuje analizy.
Moje były dla mnie niejednoznaczne: glukoza na czczo i godzinę po w normie, dwie godziny po - przekroczenie o 3 jednostki. 3 jednostki. Z jednej strony strach, z drugiej uspokajanie samej siebie dotyczące niewielkiego przekroczenia - ale tymbardziej postanowiłam zapoznać się z jeszcze większą ilością szczegółów na temat cukrzycy ciążowej i na wszelki wypadek trzymać dietę do najbliższej wizyty u ginekologa.

Dieta
Wyeliminowałam wszystko co mogłoby mi szkodzić. W międzyczasie zaczęłam odczuwać uderzenia cukru - np. po zjedzeniu chleba żytniego. Objawiały się silnymi zawrotami głowy, wzrostem ciśnienia, mroczkami przed oczami, tym że robiło mi się generalnie słabo i... zasypiałam. Samo to uczucie jest niezłym motywatorem do zmiany nawyków żywieniowych.
Postawiłam głównie na warzywa, choć nadal jadłam sporo owoców (głównie jabłek i mandarynek oraz grapefruitów), chudy nabiał, kasze, brązowe makarony.
Nie uchroniło mnie to przed... przytyciem kolejnych 6 kg w 6 miesiącu ciąży! Byłam zrozpaczona, zresztą kto by nie był przy takim tempie przybierania na wadze :)
Od lekarza prowadzącego moją ciążę otrzymałam skierowanie do poradni diabetologicznej - niestety okazało się, że zapisanie się na wizytę nie będzie takie proste. Ze względu na opinie o warszawskich placówkach chciałam dostać się do kliniki przy Starynkiewicza - niestety nie miała wolnych terminów do końca roku. Ostatecznie udało mi się zapisać na Karową - wizyta przypadała na 31 tydzień ciąży. Tak więc trzymałam dietę na podstawie intuicji i czekałam na konsultację z diabetologiem...

Klinika Jednego Dnia - Oddział Patologi Ciąży, Szpital przy ul. Karowej (Warszawa)
Często pytacie w Internecie o to jak wyglądają konsultacje w klinice przy Karowej w wypadku rozpoznania cukrzycy ciążowej. Otrzymujecie skierowanie od lekarza, następnie dzwonicie do dowolnej kliniki z poradnią w zakresie prowadzenia ciąży cukrzycowej (w moim wypadku tylko Karowa miała miejsca na 2015 rok) i umawiacie się na wizytę - otrzymujecie instrukcje.
Przyjeżdżacie na Karową na umówioną godzinę - albo nieco później :) Zostawiacie okrycie wierzchnie w szatni na dole, idziecie do windy znajdującej się po lewej stronie za rejestracją i wjeżdżacie na 2 piętro. Tam udajecie się do rejestracji, gdzie zbierany jest wstępny wywiad i zakładana karta - oficjalnie zostajecie przyjęte na 1 dzień do szpitala. Następnie siadacie na korytarzu i czekacie na swoją kolej na badanie KTG. To najgorsza część - ja zgłosiłam się na umówioną 8:30, a na KTG weszłam 3 godziny później... Proponuję więc uzbroić się w cierpliwość oraz koniecznie wziąć coś do czytania.. i jedzenia :)
Samo KTG trwa około 20 minut i jest raczej formalnością (o ile nie dzieje się nic niepokojącego), jednak nie dostaniecie nawet pasów podtrzymujących czujniki, trzeba więc nastawić się na chwilę niewygody.
Po KTG otrzymujecie opis badania i przechodzicie na oddział patologii ciąży do wspólnego pokoju, w którym czekacie na wywołanie przez lekarza, a następnie spotkanie z dietetykiem. Sam oddział to klasa w porównaniu z czekaniem na KTG na niewygodnej drewnianej ławeczce - skórzane fotele uszaki, a w pokoju gorąca herbata i kanapki z chudą wędliną :)
Ginekolog przeprowadza z Wami wywiad oraz przeprowadza badanie i pobiera wymaz z pochwy w celu sprawdzenia zakażenia paciorkowcami (badanie GBS, potrzebne do przyjęcia do szpitala podczas porodu, standardowo wykonywany po 34 tygodniu ciąży, ale dzięki temu będziecie miały to już z głowy).
Na koniec następuje pogodanka z dietetykiem - tłumaczy ona zasady żywienia podczas ciąży cukrzycowej, instruuje jak mierzyć cukry, co robić w wypadku przekroczeń, jak używać glukometru.
Po zakończeniu szkolenia każda z dziewczyn otrzymuje wypis z Kliniki z dalszymi instrukcjami (m. in. - konieczność zgłoszenia się w określonym terminie po wyniki badania GBS, kontaktu w wypadku przekroczeń cukrów) oraz receptę na paski do określonego glukomentru (sam glukometr otrzymujecie bezpłatnie w pobliskiej aptece na Mariensztacie, kupno 3 opakowań igieł i pasków na otrzymaną receptę to koszt około 50 zł).
Muszę tu zaznaczyć, że wprawdzie nie dowiedziałam się zbyt wielu rzeczy i miałam ogromne poczucie straconego czasu przez bezproduktywne oczekiwanie na KTG, jednak każda osoba z personelu była niezmiernie miła, życzliwa, konkretna i udzielała mi odpowiedzi na wszystkie moje pytania.
Co więcej - gdy po tygodniu nie udało mi się unormować wyników, nie miałam problemów ze zgłoszeniem się do dietetyka w celu uzyskania porady co mam robić dalej, podobnie jak kolejne dwa razy gdy uzyskiwałam porady drogą telefoniczną.

Pomiary cukru
Same pomiary nie są trudne, choć za pierwszym razem użycie glukometru może wydać się nieco przerażające - należy pokonać barierę i nakłuwać palce kilka razy dziennie, tylko po to aby zebrać kroplę krwi na pasek i sprawdzić wynik jaki wskaże urządzenie.
Dla mnie trudnością okazał się fakt, że mimo kilku tygodni diety nie miałam unormowanych cukrów. O ile po posiłkach byłam w stanie w ciągu tygodnia uzyskać zadowalające wyniki, na podstawie dość szybkiej eliminacji produktów podnoszących cukier, o tyle na czczo codziennie miałam przekroczenia. Było to bardzo frustrujące po tak długim czasie i po trzymaniu się dość rygorystycznej diety. Tu z pomocą przyszła mi dietetyk z Karowej, która powiedziała mi coś, co nie od razu było dla mnie logiczne - za mało jadłam, a to powodowało zbyt wysokie wskazania. Otóż jeśli trzustka nie pracuje zbyt długo - poziom cukru wzrasta. Gdy jemy za mało (w obawie o podwyższenie cukru) - nie tylko dziecko się denerwuje, ale również trzustka nie ma czego przerabiać, zasypia i organizm zalewa wyrzut cukru. Tak więc w moim wypadku skończyło się na czymś, czego nie wyobrażałam sobie w "normalnym", przedciążowym, życiu - 8 posiłkach na dobę.

Rytm dnia został podporządkowany cukrzycy:
7.30 - pobudka i mierzenie cukru na czczo
7.35 - leki hormonalne i pół godziny odpoczynku
8.30 - pierwsze śniadanie
9.30 - drugie śniadanie
11.00 - trzecie śniadanie
13.30 - zupa
16.00 - obiad
19.00 - podwieczorek
22.00 - kolacja
01:00 - posiłek przed snem

Brzmi jak wariactwo? Owszem, a jeśli dodam do tego, że z czasem coraz więcej rzeczy "wywala" cukier i dieta staje się coraz bardziej ograniczona, co prowadzi do kłopotów z utrzymaniem sensownej dobowej wartości kalorycznej przy tylu posiłkach... no cóż.
Przyjmowanie insuliny nie jest szkodliwe dla matki ani dla dziecka - w wypadku cukrzycy ciążowej niejednokrotnie spotkanie się z tym zdaniem. Jednak ja osobiście chciałam uniknąć jej przyjmowania, dlatego z całych sił skoncentrowałam się na sterowaniu dietą w taki sposób, aby tego dokonać. Spowodowało to tyle że w 8 miesiącu ciąży ledwo udawało mi się dobijać do 1500 kcal, a w 9 miesiącu poziom ten waha się w zależności od dnia 800-1400 kcal, ale decyduję się na to tylko ze względu na to, że wyniki badań dziecka są prawidłowe, a Kazik w końcu zaczął prawidłowo przybierać na wadze (wcześniej był nieco poniżej średniej centylowej). Wprawdzie ja nadal tyję (fakt że już nie tak wiele, ale jednak będę miała przed sobą ogrom pracy po porodzie), ale Kazik ma się świetnie, a ja unikam przyjmowania insuliny. Dlatego, mimo tego że zdarza mi się chodzić głodnej, złej, a po nocach śnią mi się kanapki z pieczywem, serem żółtym i pomidorami - zamierzam dotrwać do końca, nie zostało już zbyt wiele :)

Z czego musiałam zrezygnować?
Oczywiście ze słodyczy, w następnej kolejności ze wszystkiego co zawierało mąkę - makaronów, ciast, pieczywa (nawet pieczywa IG), później z kolejnych rzeczy - ryżu, ryżu dzikiego i brązowego, makaronów durum, ziemniaków, większości gotowanych warzyw, płatków, zbóż, większości kasz...

W 39 tygodniu ciąży mój przykładowy jadłospis wygląda tak:
1. śniadanie - 1 kromka pieczywa chrupkiego + 1/2 plasterka sera żółtego + ogórek kwaszony
2. śniadanie - 2 kromki pieczywa chrupkiego + 1 plasterek sera żółtego + ogórek kwaszony + świeży ogórek
3. śniadanie - serek wiejski + papryka lub kefir
zupa - krem z brokułów lub zupa grzybowa lub zupa kalafiorowa
obiad - 50 gram kaszy gryczanej lub 40 gram makaronu durum plus warzywa duszone lub duszona kapusta kwaszona plus dużo surówki
podwieczorek - 150 gram twarogu białego zmieszanego z łyżką kakao gorzkiego i z cynamonem lub łyżka masła orzechowego i mandarynka lub starte jabłko z cynamonem
kolacja - mały niedojrzały banan + gorzkie kakao lub wasa z serem białym i warzywami lub surówka
posiłek przed snem - gorzkie kakao lub twaróg lub kawałek wasy

Czemu śniadanie dzielę na 3? Bo większe porcje na określony posiłek powodują wzrost cukru. To oznacza, że nie mogę na pierwsze śniadanie zjeść np. 2 kawałków wasy, albo że w pierwszej części dnia nie mogę zjeść sera białego itd.

I wiecie co? To kwestia przyzwyczajenia :) Większość dziewczyn, o ile trafią do diabetologa wcześniej i mają możliwość dokonywania poziomów cukru od wczesnych tygodni - podczas ciąży tyją niewiele, a w niektórych okresach nawet chudną. I mimo tego, że wszystkie śnimy po nocach o tym, czego nie możemy zjeść, a na co w ciąży mamy tak ogromną ochotę (konieczność przebywania na diecie w ciąży to prawdziwe okrucieństwo :)) - po porodzie będziemy miały zdrowe nawyki, a nasze dzieci nie są obarczane podczas tych kilku miesięcy śmiecowym jedzeniem. Tak więc - nie ma tego złego, i z tego założenia powinnyście wychodzić jeśli zapadnie diagnoza! :) Wszystko to tylko kwestia przyzwyczajenia i nie poddawania się.

Co mi pomogło
Na pewno rozmowy z innymi dziewczynami, które znalazły się w tej samej sytuacji. Bardzo szybko trafiłam na grupę słodkich ciężarnych na FB - na początku tylko czytałam, ale było to wystarczające. Na grupie znalazłam wiele cennych porad, dokumentów dotyczących tego czym jest choroba, jadłospisów, sposobów na liczenie wymienników węglowodanowych, listy produktów i czynności obniżających poziom cukru po posiłkach - słowem kopalnię wiedzy, która jest niezbędna na początku, gdy czujemy się pozostawione same sobie i zagubione w tym wszystkim.
Grupa przydaje się również w wypadku wątpliwości - zawsze znajdzie się osoba, która już przerabiała daną sytuację i podzieli się radami :)
I przede wszystkim - w końcu mamy z kim porozmawiać na temat niepokojów które nas dręczą (co robię źle? czy dziecko na tym nie ucierpi?) w atmosferze zrozumienia ("zwyczajni" znajomi zwykle uważają że nasza dieta to ograniczenie słodyczy, nic więcej, i nie widzą w tym niczego trudnego), łatwiej jest również utrzymać motywację do prawidłowego postępowania, chwalić się postępami, unikać niepowodzeń itd.
Dziewczyny - dziękuję Wam za te wspólne tygodnie! :)

Pamiętaj - jeśli podejrzewasz u siebie cukrzycę - porozmawiaj o tym z lekarzem.
Jeśli dojdzie do pozytywnej diagnozy - nie załamuj się, kiedyś tej jednostki chorobowej nie diagnozowano, a słodkie ciężarne rodziły zdrowe dzieci. Nie pobłażaj sobie jednak - zrób wszystko aby zachować zdrowie swoje i swojego dziecka.
Poświęć tyle czasu ile potrzebujesz na dokształcanie się. Pogódź się z tym że przynajmniej na początku życie będzie się kręciło wokół jedzenia, jego przygotowywania i pomiarów cukru. Wkrótce wszystkiego się nauczysz i ten cały chaos nie będzie taki straszny.
Powodzenia!

Sprawdźcie na początek:
http://slodkiemamy.edu.pl/
Grupa Cukrzyca Ciążowa na FB
Dieta dla Ciężarnej Cukrzycowej - wg szpitala Karowa


Kilka przydatnych przepisów:
- surówki dla cukrzycówek
- krem brokułowy
- pizza z kalafiora
- sernik bez mąki i cukru
- deser kakaowo-truskawkowy
- orzeźwiająca woda
- pasztet z pora
- zupa miso
- zupa grzybowa
- kiszone cytryny
- bazyliowe guacamole
- zupa kalafiorowa
- mus imbirowy
- sałatka z avocado

0 komentarze:

Recenzje recenzje!

lutego 21, 2016 1 Comments

Całe noce obserwuję mój skaczący brzuch, który nie tylko nie chce ze mną współgrać i ułożyć się w spokoju, ale ciągnie, boli, a kiedy protestuję - boksuje po jajnikach. No cóż, pozostało mi pogodzić się z brakiem snu i długimi ciemnymi godzinami podczas których niecierpliwie kręcę się z jednego obolałego boku na drugi.

Aby jednak nie marnotrawić tego czasu tak totalnie - naturalnie zaczęłam nadrabiać zaległości w zakresie literatury oraz filmu. Nie muszę jednak chyba tłumaczyć, że wobec totalnego zmęczenia zazwyczaj wybieram formy przystępne, lekkie, niewymagające nadmiernego używania wszystkich zwojów. Nie spodziewajcie się tu skrótów z czegokolwiek bardziej ambitnego!

Porecenzuję Wam trochę, może Wasze wypalone ciążą, obeschłe niczym orzeszki ziemne, mózgi również ucieszą się na możliwość zajęcia się czymś innym niż tylko stękaniem :)

Na początek kilka starszych historii, które towarzyszyły mi podczas pierwszych takich nocy - wówczas jeszcze łudziłam się, że to długo nie potrwa.


Krew na śniegu, Jo Nesbo
      Najnowsza powieść Nesbo, mimo jej niewielkich rozmiarów, trzyma w napięciu do ostatniej strony. Książka nie należy do znanej serii o przygodach detektywa Harry’ego Hole, a jednak jej autor zdecydowanie wzbija się na wyżyny.
Główny bohater, Olav, zarabia na życie jako płatny morderca. Trzyma się z daleka od innych ludzi i reprezentuje raczej aspołeczny typ zachowania. Pewnego dnia jego świat wywraca się do góry nogami – dostaje zlecenie i z góry domyśla się, że niezależnie od dalszego przebiegu zdarzeń na ich końcu znajdzie się w niekomfortowej sytuacji. Sprawę pogarsza fakt, że zakochuje się w obiekcie, który ma unicestwić. Jakiego wyboru dokona? Kto okaże się godny zaufania, a kto zwiedzie ostrożnego do tej pory Olava? Do ostatniego zdania nie można mieć pewności jak potoczy się ta historia. Jedyną słabszą stroną tej pozycji jest fakt, że da się ją przeczytać tak szybko….



Armagedon w retrospektywie, Kurt Vonnegut

      Książkę odkryłam przypadkiem, zakamuflowaną na zapomnianym regale… w supermarkecie. Wystarczy do tego dodać jej atrakcyjną cenę i wszystko jest jasne – musiała tam czekać specjalnie na mnie!
„Armagedon” to zbiór niepublikowanych do tej pory krótkich form literackich, odnalezionych po śmierci autora w jego szufladzie. Zawiera 10 opowiadań, wspomnienie wojenne, list z frontu do rodziców oraz przemówienie z 2007 roku, którego pisarz nie zdążył już wygłosić i w jego imieniu odczytał je jego syn. Syn odgrywa w książce niemałą rolę – napisał bowiem wstęp. Przyznaję, że zdarza mi się pomijać wstępy, czytać je dopiero gdy czuję niedosyt po przeczytaniu całej książki lub zupełnie o nich zapominać. Tu jednak celowo zwracam Waszą uwagę – warto jest oddać się dodatkowej przyjemności płynącej z tych kilkunastu stron. Vonnegut którego znamy, nieco zgorzkniały, naznaczony historią, ironiczny lub sarkastyczny  dzięki tym zdaniom odkrywa przed nami nową twarz – w jego słowach zaczynamy dostrzegać jeszcze większą precyzję, a w kolejnych dziełach tytaniczną pracę.
Książka zilustrowana jest scanami oryginalnych pism oraz zabawnymi szkicami autorstwa Voneguta, a w tle odnajdujemy znajomy sarkazm, prowadzący czytelnika przez świat wojny i pokoju. Jest to pozycja dostępna zarówno dla osób oczytanych z twórczością autora, jak również dla początkujących – zawiera również teksty lżejsze, a samo tytułowe opowiadanie to utrzymana w konwencji lekkiej grozy historia dwóch naukowców polujących na diabła.


Twoje dzieci to twoja wina!, Larry Wingel
 

      Na tę książkę wpadłam dosłownie przypadkiem – wypadła na mnie spomiędzy innych pozycji, ciasno upchniętych na półce pełnej przecenionych książek. Być może nie zwróciłabym na nią uwagi, gdybym akurat nie znajdowała się w fazie przerażenia faktem konieczności wychowania dziecka, które miało pojawić się na świecie za kolejnych kilka miesięcy. I tym oto sposobem kompulsywnie dokonałam zakupu – od razu zaznaczę, że zakupu którego później ani chwilę nie żałowałam.
Z pewnością nie jest to pozycja dla wszystkich, a już tym bardziej nie dla osób skrajnie konserwatywnych. Jeśli jednak posiadacie otwarty umysł i zdanie innych, nawet kontrowersyjne, nie tyle budzi w Was sprzeciw, co pobudza do myślenia – warto po nią sięgnąć.
Autor jest trenerem rozwoju osobistego i jednym z najlepszych motywacyjnych mówców w Stanach Zjednoczonych, a do pisania o dzieciach upoważnia go ich posiadanie oraz wychowanie na odpowiedzialnych i samodzielnych dorosłych. W książce znajdziemy zresztą wiele przykładów z jego własnego doświadczenia oraz z etapu wychowywania jego synów i to te historie wywierają największe wrażenie i pozwalają sobie uzmysłowić, jaki wpływ na młodego człowieka ma postępowanie jego rodzica.
Autor porusza się po obszarach takich jak główne aspekty wychowania, komunikacja, zaangażowanie, dyscyplina, karanie, mówienie o seksie, uczenie wartości pieniądza, relacje rodzinne i międzyludzkie ogółem, a także wielu pobocznych ale istotnych w dzisiejszych czasach – wyglądzie dziecka, jego wadze, chęci posiadania gadżetów itp.
Polecam wszystkim przyszłym oraz obecnym rodzicom, którzy refleksyjnie podchodzą do tematu kształtowania „nowego człowieka” i…. nie chcą mieć do siebie pretensji o to, że ich dzieci to ich wina!

Poślubiona korporacji, Marta Rogala

      Bohaterką książki jest 30-letnia Waleria Ross, która spełnia swoje marzenia o pracy w wielkiej korporacji. Ambitnie podchodzi do powierzonych jej zadań i wpada w wir pracy – zanim się orientuje jej życie kręci się głównie wokół spraw służbowych, na te prywatne nie starcza czasu oraz siły. Wykorzystywana przez szefa, nierozumiana przez współpracowników, niedoceniana i pracująca ponad siły singielka, która coraz częściej sięga po alkohol – to przykry obrazek, który maluje przed nami autorka, w założeniu próbując ukazać świat wielkich korporacji z wyolbrzymieniem i ironią, w praktyce jednak pokazując przykrą prawdę dotyczącą wielu osób.
Jak zorientować się, że macki korporacyjne oplotły już całe ciało oraz jak się z nich uwolnić i czy jedynym rozwiązaniem jest kategoryczne odcięcie się od takiego świata?

Książka składa się z dwóch części, czyta się ją nierównomiernie. Część pierwsza to rozdziały pisane tylko przez bohaterkę książki, pracującą w korporacji singielkę, pełne ciężkich przemyśleń, goryczy i braku zmiany. Część druga to ułożone naprzemiennie rozdziały z narracją prowadzoną przez bohaterkę oraz jej siostrę – taki zabieg dodaje książce dynamizmu i powoduje, że dużo przyjemniej się ją czyta. Osobiście preferowałabym aby cała powieść utrzymana była w tej konwencji, niezależnie jednak od tego – po pozycję sięgnąć warto, choćby ku przestrodze. 

1 komentarze:

Strachy końca ciąży

lutego 20, 2016 0 Comments

Porodu bałam się całe życie, na długo przed zajściem w ciążę, na długo przed staraniami o dziecko, na długo przed wszystkim. To taki rodzaj paranoicznego wrodzonego lęku przed nieznanym. Do tej pory wydarzenie to jawi mi się jako jedno z najbardziej obrzydliwych i krępujących w życiu, ale fakt że natura nieźle to wszystko wykombinowała - wraz z ciążą skrępowanie nieco ustępuje (wraz z kolejnymi wizytami podczas których spaceruje się przed kolejnymi obcymi osobami z gołym tyłkiem) a jej końcówka sprawia, że ma się jej na tyle dość, że za wszelkę cenę pragnie się aby nastąpił jej koniec :)

Nie oznacza to jednak, że siedzę spokojna na kanapie przed telewizorem, pozbawiona wszelkich lęków. Jednak ku mojemy zdziwieniu te główne nie są wcale związane z porodem - którego oczywiście nadal się boję (bólu, tego jak to będzie wyglądało w rzeczywistości, tego że nie da się tego uniknąć, jak dam sobie radę, czy zachowam się z godnością, czy nie zacznę miotać słowami których będę się później wstydziła...) - ale z tym co nastąpi po nim.

Jaką będę matką?

Czy dam radę sama przewinąć moje dziecko, z którym nie wiem co się robi? Jak go ubiorę po raz pierwszy? Czy będę umiała wziąć na ręce?
Czy nie dam skrzywdzić tego maleństwa i czy sama tego nie zrobię?

Jak wychować młodego człowieka i ukształtować w nim wartości moralne? Jak przygotować go na twarde życie, jednocześnie dając to co zdołam? Czy to nie będzie zbyt mało?

Ale przede wszystkim - patrzę na mój brzuch i ciągle się boję o to co się tam dzieje. Czy to że zjadłam coś z większą zawartością cukru mu nie zaszkodziło? Czemu danego dnia jest pobudzony, czy to oznacza że jest szczęśliwy, czy wręcz przeciwnie? Czemu nie umiem rozpoznać nastrojów wnętrza mojego brzucha? Ba, często nie umiem rozpoznać czym mnie akurat zaczepia ani jak jest ułożony - czy to oznacza że brakuje mi elementarnego instynktu macierzyńskiego?

Najgorsze są jednak pobudki w środku nocy - gdy nareszcie udaje mi się zasnąć i w moim brzuchu następuje spokój - budzę się z lękiem o to czy wszystko jest w porządku i czemu on się nie rusza?!

Tak więc - ten 9 miesiąc to nie tylko lęk o to jak będzie przebiegał poród i jak dam radę. To więcej wątpliwości dotyczących tego co będzie po nim, ale również ogromne pragnienie aby w końcu nastąpił - żeby można było mieć dziecko na wierzchu i w każdym momencie na nie spojrzeć, zobaczyć jak oddycha, a nawet płaci czy grymasi. Niewiedza jest jednak najgorsza.

0 komentarze:

Cukrzyca ciążowa - fakty

lutego 17, 2016 0 Comments

Co jakiś czas wspominam tu czy tam o ograniczeniach wynikających z tej dziwnej jednostki chorobowej, która sprawia, że śniadanie takie jak na widocznym obrazku staje się niemożliwe do zjedzenia - 3 kromki chrupkiego pieczywa w pewnym momencie to zbyt wiele, ale utrzymać cukry na stabilnym poziomie...

Jednak zacznijmy opowieść od początku. Na pierwszy ogień fakty - czyli to czego najczęściej szukają ciężąrne dowiadujące się o swojej chorobie.


Co to jest?
Cukrzyca ciążowa to stan który charakteryzuje się wysokim stężeniem cukru we krwi (glukozy), po raz pierwszy rozpoznawany jest w trakcie ciąży.


Liczby

Według europejskich badań epidemiologicznych, na cukrzycę w okresie ciąży cierpi 3-5% kobiet (dane ze strony parenting.pl). 10% tej liczby stanowią kobiety z cukrzycą rozpoznaną jeszcze przed zajściem w ciążę. Pozostałe ciężarne cierpią na cukrzycę wywołaną ciążą. Jest to tak zwana cukrzyca GDM – gestationaldiabetesmellitus.


Objawy
Mogą być różne, w zalezności od indywidualnego przypadku (a podobno niekiedy choroba przebiega bezobjawowo!), jednak najczęściej wymienia się:
- zawroty głowy i omdlenia,
- silne pragnienie,
- częste oddawanie moczu,
- infekcje pochwy,
- ciągłe zmęczenie,
- zaburzenia widzenia,
- napady głodu,
- nadmierny przyrost wagi ciężarnej i płodu,
- spadek wagi ciężarnej


Kto może zachorować?
Każda ciężarna. Określa się grupy ryzyka (należą do nich m. in. osoby otyłe oraz takie w których rodzinach występowały osoby chorujące na cukrzycę), jednak choroba ta zależy od zmian hormonalnych związanych z przebiegiem ciąży i może wystąpić niezależnie od kwalifikacji do takiej grupy.

Czynniki zwiększające ryzyko zachorowania (za stroną leczymysie.pl):
  • nadwaga przed zajściem w ciążę (jeśli 20% lub więcej na swojej idealnej wagi ciała);
  • przynależność do grupy etnicznej wysokiego ryzyka, w tym: Latynosi, osoby czarnoskóre, Indianie i Azjaci;
  • występowanie cukru w moczu;
  • upośledzona tolerancja glukozy lub nieprawidłowa glikemia na czczo (poziom cukru we krwi jest wysoki, ale nie na tyle wysoki, aby być doszło do cukrzycy);
  • występowanie cukrzycy w rodzinie matki (jeśli rodzice lub rodzeństwo chorują na cukrzycę);
  • urodzenie poprzedniego dziecka ważącego powyżej 4-5 kg;
  • wcześniejsze urodzenie martwego dziecka;
  • cukrzyca ciążowa podczas poprzedniej ciąży;
  • zbyt duża ilość płynu owodniowego (stan zwany wielowodzie)

Leczenie
Podstawowe metody leczenia to:
- stosowanie diety cukrzycowej
- przyjmowanie insuliny
- kombinacja tych dwóch czynników.

Kontrola postępów wiąże się z codziennym badaniem poziomu cukru we krwi - wg wskazań, najczęściej na czczo oraz po głównych posiłkach, przy pomocy glukometru, igieł i pasków. Wyniki powinny być zapisywane w tzw. dzienniczkach samokontroli i na bieżąco analizowane, celem wyeliminowania produktów podnoszących cukier.
Dieta opiera się o liczenie tzw. wymienników węglowodanowych, którą określoną ilość każda ciężarna powinna dostarczać sobie oraz dziecku, oraz ograniczanie cukrów do utrzymania poziomu zgodnego z normammi, które są niższe niż w wypadku osób nie będących w ciąży.


Normy
Normy dotyczące poziomu cukru we krwi to sprawa dyskusyjna - są one bowiem co jakiś czas zmieniane (od kilku lat obniżane), co powoduje występowanie dyskusji, czy nie dzieje się tak z powodu nakręcania rynku farmaceutycznego... Dodatkowo pikanterii nadaje fakt, że za granicą normy te są często o kilkadziesiąt jednostek wyższe, co oznacza, że ciężarne u nas diagnozowane jako cukrzycowe np. w Niemczech nimi nie są, albo te które u nas kwalifikują się do podawania insuliny - za granicą stosują z powodzeniem samą dietę.
Tu trzymając się jedynie suchych faktów - obecne normy ciążowe w zakresie prawidłowych poziomów cukru we krwi to:
na czczo: 70-90 mg/dl (3.3-5.0 mmol/l)
1 godzinę po posiłku: poniżej 120 mg/dl (6.7 mmol/l)
między 2:00 a 4:00 nad ranem: powyżej 60 mg/dl (3.3 mmol/l)


Powikłania
Pytanie, które budzi największy strach: "Z czym się to wiąże i co grozi dziecku?". Nie chcę rozwodzić się nad powikłaniami, bowiem w internecie można znaleźć całe mnóstwo straszaków, które moim zdaniem niczego nie wnoszą - trzeba zrobić wszystko aby poradzić sobie z chorobą i utrzymać cukry na odpowiednim poziomie od pierwszego momentu w którym dowiemy się o cukrzycy. Zamartwianie się nie jest wskazane. Dlaczego? Ponieważ stres znacząco podnosi poziom cukru we krwi...
Oczywiście cukrzyca może wpływać na płód przez cały okres ciąży, dlatego tak ważne są regularne badania - i ciężarnej i dziecka. W pierwszych miesiącach ciąży cukrzyca matki może być przyczyną wad wrodzonych i zwiększać ryzyko poronienia. Wiele występujących wad wrodzonych wpływa na główne narządy, takie jak mózg czy serce. Dodatkowo gdy wysoki poziom cukru we krwi matki powoduje wysoki poziom insuliny (hiperinsulinemia) u dziecka, stężenieu cukru we krwi dziecka może spaść bardzo nisko po urodzeniu, ponieważ nie będzie otrzymywać wysokie stężenie cukru we krwi.
Jednak wiele cukrzycowych matek rodzi zupełnie zdrowe dzieci - szczególnie jeśli dbają o dietę, a przekroczenia cukru nie są znaczące i nie utrzymują się stale. Powtarzajmy to sobie zawsze, gdy zaczynamy drżeć o zdrowie dzidziusia - wystarczy zapoznać się z grupami ciężarnych, które opowiadają o własnych doświadczeniach. Warto szukać ukojenia nerwów tam gdzie to możliwe.


Diagnoza
Badania zleca ginekolog prowadzący ciążę - w wypadku koboiet z wysokiej grupy ryzyka już na jej początku, a standardowo między 22 a 24 tygodniem ciąży. Badanie polega na teście toleracji glukozy za pomocą obciążenia doustnego Test ten polega na szybkim wypiciu słodkiego płynu, który zawiera 50g cukru. Organizm wchłania ten cukier gwałtownie powodując, że poziom cukru we krwi wzrasta w ciągu 30-60 minut. Próbka krwi zostanie pobrana z żyły po 1 godzinie od wypicia roztworu. Badanie krwi ukazuje jak bardzo roztwór cukru został przetworzony przez organizm.

Poziom glukozy we krwi większy niż lub równy 140mg/dL jest uznawany za nieprawidłowy. Jeżeli wyniki są nieprawidłowe na podstawie doustnego testu tolerancji glukozy, zostanie przeprowadzony kolejny test, obciążenia 75g glukozy.

Uwaga, czasami lekarze kierują od razu na test obciążenia 75g. W tym wypadku roztwór jest słodszy, a krew pobierana jest na czczo, godzinę po obciążeniu oraz dwie godziny po nim. Ważne jest to aby po wypiciu roztworu glukozy nie chodzić, nie pić - musicie uzbroić się w cierpliwość i dwie godziny przeczekać pod gabinetem pielęgniarki, bowiem jakakolwiek aktywność mogłaby zaburzyć prawidłowość wyników.

Obecnie PTD zaleca wykonywanie 3-punktowego testu obciążenia glukozą (czyli jak wyżej - na czczo, godzinę i 2 po wypiciu roztworu, wcześniej wykonywano 2-punktowy). Na podstawie wyników tego testu cukrzycę ciążową rozpoznaje się, gdy spełnione jest co najmniej jedno z 3 niżej przedstawionych kryteriów:

- stężenie glukozy w osoczu na czczo od 92 do 125 mg/dl (5,1-6,9 mmol/l)
- stężenie glukozy po 60 minutach ≥180 mg/dl (10,0 mmol/l)
- stężenie glukozy po 120 minutach od 153 do 199 mg/dl (8,5-11,0 mml/l)

Wystarczy spełnienie jednego z powyższych kryteriów do zdiagnozowania cukrzycy ciążowej - dalsze kroki ustalane są wspólnie z lekarzem prowadzącym, najczęściej nieprawidłowe wyniki oznaczają skierowanie do poradni diabetologicznej i stosowanie się do wskazówek dietetyka i diabetologa.


Już wkrótce wpis z moją historią i kilkoma przydatnymi poradami - jak sobie radzić i nie dać się zwariować :)

0 komentarze:

Wyprawka dla malucha

lutego 16, 2016 0 Comments

Nie spodziewaliśmy się, że dziecko to prawdziwy nowy człowiek, który potrzebuje zgromadzenia wszystkich rzeczy. Gdy zaczęliśmy o tym myśleć, okazało się, że będzie ich dość sporo.

Jeśli czekacie na pierwsze dziecko - polecam przemyślenie tego tematu z wyprzedzeniem, pozwoli Wam to przygotować się na nadchodzące obowiązki (bieganie po sklepach, wyszukiwanie promocji, serfowanie po internecie w poszukiwaniu okazji) oraz wydatki (my większość rzeczy kupiliśmy używanych, meble odremontowaliśmy itp.) i zaplanować wszystko w czasie (ja chwalę sobie rozłożenie zakupów na poszczególne miesiące dzięki rozłożeniu budżetu - no i im wcześniej tym łatwiej pod względem ciężaru brzucha :))


Ubrania

Tu zaszaleliśmy aż za bardzo, jestem przekonana że w większości ubrań Kazik nie zdąży nawet pochodzić zanim z nich wyrośnie... Nasza radość związana z tym że będziemy mieli syna była jednak ogromna i nie mogliśmy oprzeć się pokusie. Na pewno na początek warto kupić ubranka w dwóch rozmiarach (0-3 i 3+), bowiem nie wiadomo jak duże będzie dziecko. Potrzebujecie po kilka sztuk:
- pajacyków
- body z krótkim i z długim rękawem
- kaftaników
- śpiochów i rajstop
- czapeczek
- rękawiczek niedrapek
- skarpetek

My kupiliśmy lub dostaliśmy dodatkowo bluzy, koszulki, swetry, spodenki, kurteczki, kombinezony, dresy, piżamki, śliniaki... no jednym słowem całe multum rozkosznych maleńkich ubranek, których jest więcej niż naszych razem wziętych :)

Większość ubrań kupiłam na Instagramie :) sporą część mamy też z różnych mamowych grup na Facebooku. Nówki to głównie Tesco oraz Pepco. Plus trochę sprezentowanych :)




Łóżeczko i okolice

Łóżeczko mamy z odzysku. Chciałam kupić takie z trójstopniową regulacją i wyjmowanymi szczebelkami, ostatecznie mamy najprostsze z Ikei, z dwustopniową regulacją i nieruchomymi szczebelkami, bez szuflady i dodatkowych pojemników ale za to gdy dziecko podrośnie można zdjąć jedną ścianę aby dziecko miało do niego swobodny dostęp.
Łóżeczko spolerowałam (częściowo mechanicznie, częściowo ręcznie papierem ściernym), odtłuściłam i pomalowałam farbą przeznaczoną do mebli dziecięcych (nietoksyczna, więc dobrze sprawdziła się jako środek do malowania podczas ciąży ;)). Mała puszka farby kosztowała około 12,50 i spokojnie wystarczyła na 3 warstwy - i jeszcze została :)

Łóżeczko ustawiliśmy pod kontrastową ścianą, której malowanie już opisywałam>>, dlatego postanowiliśmy dobrać pościel pod jej kolor a pozostałe dodatki zostawić stonowane.

Pościel - zamówiłam na wymiar przez Internet w firmie Bajka Beata, którą serdecznie polecam - ochraniacz na łóżeczko, poduszki chmurki, kocyk minky, rożki. Dodatkowo pod kocykiem leży nieprzemakalne prześcieradło na gumkę, zamocowane na materacu (wybraliśmy budżetową opcję gryka-kokos, zobaczymy jak się sprawdzi). Do tego w zapasie czeka zmiana pościeli (w tym poszewki na poduszki i kołderkę dla starszego dziecka - nie mamy jeszcze wypełnienia do nich) i dodatkowe 2 prześcieradła frotte na gumkę.

Na łóżeczku pojawiły się również 3 plastikowe pojemniki z Ikei (sprzadawane w komplecie z koszem na pieluchy, cały komplet około 25 zł) - będę w nich trzymała kosmetyki, chusteczki i inne, które warto mieć pod ręką podczas przemywania buzi czy zmiany pieluch. Żałuję że są białe, ale tylko takie były.

Brakuje nam jeszcze karuzeli, która mam nadzieję wkrótce się pojawi - znalezienie stonowanej kolorystycznie nie jest takie proste :)


MebleTu wykorzystaliśmy nasze stare - zaadoptowaliśmy komodę (na ciuszki i pościel), półkę z 4 szufladami z Ikei (na kosmetyki, ręczniki itp.), szafę (na powieszenie ubrań, schowanie wanienki, przechowywanie pieluch i wszystkiego co nie powinno się kurzyć) i mój stary regał na książki (na ubrania i to co powinno stać tak aby Kazik mógł sobie na to patrzeć :)Z "nowych" rzeczy dokupiłam tylko używany przewijak + pokrowiec frotte na niego i lampy - sufitową rozkładaną "gwiazdę śmierci" wypatrzoną dla Kazika przez tatę, stojącą lampę dającą punktowe światło (osobno kupiliśmy podstawę oraz klosz, tak wyszło dużo taniej) i małą lampkę solną aby jonizowała powietrze.

 











Kosmetyki i pielęgnacja

Opinie są różne, ja wybrałam to co sama uznałam za słuszne, a resztę będę kupowała po wypróbowaniu obecnych kosmetyków. Emolientów i oliwek nie kupowałam - uważam że nie ma sensu ich stosować jeśli ze skórą dziecka wszystko jest ok, tak więc czekamy na narodziny i ocenę jej kondycji już po nich.

- Hipp - 2 w 1, mydło do kąpieli i szampon
- pieluchy - 4 różne opakowania "jedynek" aby wypróbować z których będziemy chcieli korzystać w przyszłości + "dwójki" kupione na promocji
- wilgotne chusteczki do pielęgnacji - również 4 różne do wypróbowania, na późniejszym etapie chcę korzystać z wody
- linomag, bepanthen, sudocrem - do pupki i okolic
- octanisept - do czyszczenia pępka ale również do ran poporodowych
- waciki dla niemowlaków do czyszczenia uszu
- płatki kosmetyczne do przemywania buzi i oczu
- gaziki do przemywania pępka
- wanienka, my dokupiliśmy również gąbkę do położenia na dnie aby łatwiej było trzymać dziecko
- proszek do prania (Lovela do koloru i do białego)
- płyn do płukania ubrań (Bobini dla noworodków)
- smoczki dla niemowlaków - 2
- butelki - 2
- podgrzewacz do butelek - dostaliśmy w prezencie, inaczej chyba bym się nie zdecydowała
- ręczniki - 1-2 duże z kapturkiem, do zawijania po kąpieli (można wykorzystać też zwykłe "dorosłych") + kilka małych
- pieluchy tetrowe + flanelowe
- podkłady do przewijania
- miękka szczotka do czesania włosów
- aspirator

Przed dokonaniem zakupów warto pojeździć i posprawdzać ceny - dzięki promocjom można zaoszczędzić naprawdę wiele pieniędzy! Różnice dochodzą niekiedy do kilkudziesięciu złotych w obrębie jednych zakupów


Wózek

Temat rzeka :) Okazuje się, że wybór jest trudniejszy niż by się pozornie wydawało - a przeciez wózek to tylko wózek, prawda? :) Otóż nie, to trudniejsze niż kupno samochodu! My najpierw wybraliśmy kilka modeli na podstawie opinii z internetu + obejrzanych filmów na YouTubie, ale gdy pojechaliśmy do sklepu i zaczęliśmy nimi jeździć, okazało się że nie spełniają naszych oczekiwań. Przez kolejne weekendy zwiedzaliśmy sklepy i kłóciliśmy się dosłownie o każdy drobiazg.

Ostatniecznie uznaliśmy, że wg nas (podkreślam, to subiektywne, każdy może mieć inne priorytety) wózek powinien:
- być 3 w 1 - gondola + spacerówka + fotelik do samochodu
- mieć dużą gondolę aby nawet dość spore dziecko czuło się w niej komfortowo
- mieć możliwość podnoszenia części główkowej w gondoli
- mieć duży daszek, chroniący przed deszczem i słońcem w razie potrzeby
- mieć łatwo wpinalne i wypinalne elementy + mocowanie i przodem i tyłem
- mieć regulację wysokości rączki (ja jestem sporo niższa)
- mieć porządny hamulec, ale taki który można zablokować/odblokować damską stopą
- mieć skrętne przednie koła ale z możliwością blokady jazdy na wprost
- mieć pompowane koła
- mieć niezłe amortyzatory aby poruszać się nim nie tylko po gładkiej powierzchni
- łatwo się składać, do niewielkich rozmiarów (mój nieduży bagażnik)
- być w miarę lekki (perspektywa wnoszenia na drugie piętro)
- być ładny
- mieścić się w założonym budżecie :P

Z tych punktów nie udało nam się zrealizować kryterium wagi - dla mnie wózek jest zbyt ciężki abym mogła go wnosić do mieszkania, ale poza tym wygląda na stabilny i chyba będzie się bardzo dobrze prowadził. Zobaczymy co pokaże praktyka :)

Wybraliśmy model Expander Mondo Ecco + fotelik Jedo Fyn (kolejny dokupimy za kilka miesięcy, być może już z bazą do mocowania)

Ważne! Poszukiwania mogą być czascohłonne nie tylko z powodu skrupulatności - okazało się, że w większości sklepów wózki nie są dostępne od ręki... My mieliśmy czekać na realizację zamówienia około miesiąca, czekaliśmy ponad 6 tygodni. Warto zająć się tym tematem z wyprzedzeniem :)

Do wózka dostaliśmy też super pościel od mojej siostry - rysowaną specjalnie dla Kazika :)


Inne
- np. książki - czytanie do brzucha pozwala podobno nawiązać więć z dzieckiem. W praktyce czytaliśmy Kazikowi raptem dwukrotnie, całe wieczory poświęcamy na bawienie się z brzuchem, całowanie go i opowiadanie mu o minionym dniu, sprawia nam to dużo więcej frajdy niż czytanie baśni :) i pozwala zbudować więź - i między nami i między nami a dzieckiem
- wiele innych, na które na razie się nie zdecydowaliśmy - np. nosidełko, chusta, zabawki dla starszego dziecka, misie szumisie itp. Na to przyjdzie pora gdy przetestujemy dotychczasowe zakupy i poznamy nasze dziecko, sprawdzając co lubi, jak się zachowuje i czego jeszcze mu brakuje :)


Dla mamy
- tantum rosa - przydatne po porodzie
- podkłady poporodowe
- podpaski
- majtki poporodowe
- wkłady poporodowe
- koszula
- kosmetyki
- wkładki laktacyjne
- laktator - dostałam w prezencie, ręczny, zobaczymy jak się będzie sprawował
- dobra książka, żeby chwilę odpocząć :)

0 komentarze:

Lampki z piłeczek ping pongowych

lutego 14, 2016 0 Comments

Jakiś czas temu, gdy męczyłam się z pierwszymi własnoręcznie wykonywanymi lampkami cotton balls do pokoju Kazika, Monia ode mnie z pracy pokazała mi pomysł na lampki wykonane z piłeczek ping pongowych. Wystarczyło kupić piłeczki, naciąć je nożykiem i nałożyć na kolorowe lampki choinkowe. W dzień wyglądają średnio (jak to piłeczki ping pongowe naciągnięte na kabel :)), ale w nocy wydawały się ładnie świecić. Postanowiłam więc połączyć obie idee, jednocześnie ograniczając nerwy związane z trudnościami nawijania kordonka na niesforne baloniki wypełnione powietrzem w wypadku cotton balls, i zobaczyć co z tego wyjdzie.

Efekt przerósł moje oczekiwania - wg mnie lampki są fajniejsze nawet od cotton ballsów, które obecnie można znaleźć już w co drugim mieszkaniu.

Śmiem twierdzić że pingpongballsów nie ma jeszcze nikt! :)


Jak to się robi?

Będziecie potrzebować:
- światełka led (ja wybrałam sznur 50 kolorowych światełek do powieszenia w pokoju, na przezroczystym kablu, zasilany na baterie AA + drugi, 20 światełek w kolorze zimno białym do powieszenia na oknie)
- włóczki w wybranym kolorze (ja posłużyłam się kordonkiem, zużyłam około 6 motków 200 metrowych)
- piłeczki ping pongowe (wybrałam białe, bez nadruków, najtańsze - kupione w pakiecie 100 sztuk na allegro)
- klej do rozrobienia z wodą (ze względu na ciążę i toksyczność kleju ja użyłam domowego krochmalu – jest też bardzo tanim rozwiązaniem! tutaj przepis na domowy krochmal>>)
- nożyk do tapet, skalpel, nożyk do prac modelarskich do nacinania piłeczek
- przezroczysty silikon do mocowania kabla ze światełkami


1. Każdą piłeczkę oplatamy wybranym kordonkiem (lub kilkoma kombinacjami). Aby sznurek przyklejał się do piłeczki możemy go zmoczyć wodą. Po nawinięciu na kilkę w jednym miejscu sznurek odsuwamy tak, aby zrobił wolną przestrzeń na późniejsze wycięcie otworu na światełka - robimy to gdy kordonek jest jeszcze mokry, łatwiej go wówczas ułożyć


2. Przygotowujemy krochmal. Po jego ostygnięciu zamaczamy każdą piłeczkę i bardzo dokładnie wcieramy krochmal w kordonek, tak aby krochmal dotarł do każdej warstwy. Odkładamy na godzinę na durszlak, aby resztki krochamlu spłynęły

3. Wykładamy półkę folią, zostawiamy na niej piłeczki na jedną noc - do wyschnięcia

4. Następnego dnia sprawdzamy czy wszystkie nitki trzymają się piłeczek, jeśli coś wyszło lub się rozsunęło - to jest moment aby, jeszcze na mokro, dokonać poprawek. Następnie układamy piłeczki na górze kaloryfera i zostawiamy na kolejną dobę do dokładnego wyschnięcia. Po wyschnięciu kordonek będzie sztywno trzymał się piłeczek

5. Przy pomocy skalpela/nożyka delikatnie nacinamy piłeczkę we wcześniej zostawionym miejscu. W zależności od tego z jakiego materiału wykonane są nasze piłeczki - nożyk albo będzie wchodził w nią bardzo łatwo i wystarczy delikatne nacinanie, albo może okazać się że piłeczki są bardzo twarde, wówczas najlepsze jest wwiercanie się w jej powierzchnię czubkiem nożyka i poprzez spiralne obracanie nożyka - drążenie okrągłego otworu. Ja w paczce miałam piłeczki z 3 różnych tworzyw jak się okazało podczas cięcia :)
6. Do każdego otworu wkładamy lampkę

7. Otwory prawdopodobnie nie wyjdą idealnie równe i niektóre lampki będą w nich tkwiły bardzo ciasno, inne - będą wypadały. Aby uniknąć problemu z kulkami spadającymi z lampek, warto jest zabezpieczyć otwór np. klejem - ja użyłam bezbarwnego silikonu, którego po zakończeniu pracy nie widać na powierzchni piłeczek, światło ładnie też przez niego przenika




 I gotowe :) Jak Wam poszło?





0 komentarze:

Wyprawka do szpitala

lutego 12, 2016 0 Comments

Teoretycznie każdy szpital powinien mieć listę z wyprawką umieszczoną na swojej stronie. W praktyce jednak podobno okazuje się, że nie zawsze pokrywa się ona z tym czego młoda mama i dziecko potrzebują w rzeczywistości, albo dochodzi do sytuacji takiej jak u mnie – szpital od niewiadomo jak dawna ma stronę w renowacji, a infolinia mówi: „proszę sobie popatrzeć na strony innych szpitali i coś wybrać”.

No więc wybieramy, mam nadzieję że to co rzeczywiście będzie potrzebne J Uspokaja mnie to że w moim szpitalu na dole znajduje się sklepik, w którym zawsze można dokupić brakujące drobiazgi oraz to, że w przyszłym pokoju Kazika wszystko jest dość skrupulatnie ułożone, a ja pamiętam gdzie i co – najwyżej będę instruowała jego tatę co ma nam dowieźć J



Dla dziecka
- 5 pajacyków rozpinanych po całości – na początku naszykowałam ładne kaftaniki, bluzeczki i rajstopki, ale uznałam że w tych pierwszych dniach będę na tyle zestresowana, że im mniej przekładania czegokolwiek przez główkę i komplikacji tym lepiej  (uwaga, niektóre mamy zwracają uwagę na to że gdzieniegdzie może być jeszcze chłodno - asekuracyjnie dokładam do torby skarpetki i body, zobaczymy) J
- paczka pieluch – kupiłam na próbę 4 różne małe opakowania i zobaczymy, które najbardziej nam podpasują. Do szpitala wybieram te z wycięciem na pępek
- 2 czapeczki – bez sznurków w które dziecko mogłoby się zaplątać
- 2 rękawiczki niedrapki
- rożek – nasz synek na początku nie będzie spał pod kołderkami, ale właśnie w rożku
- kilka pieluch tetrowych
- pielucha flanelowa (może zastąpić kocyk, ręcznik itp.)
- 2 małe ręczniczki – dużego na razie nie biorę, ponieważ i tak przez pierwsze 3 doby dziecko w szpitalu nie jest kąpane, a więc liczę na to że pierwsza kąpiel odbędzie się już w domu
- mała butelka – bo nigdy nie wiadomo…
- smoczek - na wszelki wypadek
- nawilżone chusteczki do pupy – tu również kupiłam kilka opakowań, choć szykuję się na to że po kilku pierwszych dniach w szpitalu itp. przerzucimy się na mycie pupy wodą, a nie nawilżanymi chusteczkami, które zawierają dużo chemii
- kosmetyki powinny być w szpitalu, ale na wszelki wypadek biorę też małe opakowania: linomagu, octaniseptu do pępka, bepanthenu

Na wyjście szykujemy:
- fotelik
- kocyk
- pluszowy kombinezon
- grubszą czapeczkę i rękawiczki



Dla mamy
- 3 koszule (jedna do porodu, dwie na zmianę)
- leginsy i tunika (liczę na to że nie będę musiała jednak łazić nonstop w koszulach ;) poza tym jeśli Kazik nie zechce nas odwiedzić w lutym to przede mną indukcja porodu więc być może kilka dodatkowych dni pobytu w szpitalu)
- miękkie kapcie
- klapki pod prysznic
- szlafrok (właściwie to biorę tylko dresową narzutkę, bo szlafrok mam gruby i ogromny)
- ręcznik
- kosmetyki
- podpaski – 2-3 opakowania na wszelki wypadek
- 3 podkłady poporodowe – żeby nie prosić o nie za każdym razem pań pielęgniarek
- majtki poporodowe – kupiłam 4 pary wielokrotnego użytku, do prania + majtki jednorazowe
- wkłady poporodowe
- wkładki laktacyjne – póki co mleka nie widać L Ale liczę na to że jeszcze się pojawi
- stanik aby gdzieś te wkładki umieszczać
- do porodu – woda w butelce z dozownikiem
- książka
- ładowarka do telefonu
+ ubrania na wyjście
+ bardzo ważne - dokumenty + wyniki badań

Jedna z mam zwróciła również uwagę na to, że przydaje się laktator - ja póki co mam taki ręczny, zostawiam go pod ręką na wszelki wypadek.


No i dodatkowo, ze względu na cukrzycę, muszę wziąć ze sobą jakiś prowiant J

0 komentarze:

Kosmetyki w ciąży – moje must have

lutego 10, 2016 0 Comments


Ciąża to czas, w którym nasze ciało narażone jest na mnóstwo zmian – o ile rosnący brzuszek czy piersi należą do tych miłych, o tyle wiotkość skóry czy rozstępy raczej nie są pożądane. Dlatego szczególnie w trakcie tych kilku miesięcy należy dbać o dobry dobór kosmetyków.

Oczywiście jest to kwestia niezwykle subiektywna i nie każdej z nas będzie pasowało to samo, jednak chcę pokazać Wam moje must have.

Charakteryzuję się skórą wrażliwą, skłonną do przesuszeń, z okresowymi nawrotami azs – a więc spore wyzwanie J O ile na co dzień byłam uzależniona od nawilżania, o tyle w trakcie ciąży postanowiłam częściowo zastąpić je natłuszczaniem, aby jeszcze mocniej wesprzeć elastyczność skóry i próbować zapobiegać rozstępom, z którymi niestety miałam już do czynienia we wcześniejszych okresach życia.

Poza wymienionymi poniżej stosowałam kosmetyki których używałam przed ciążą i nie czułam potrzeby ich zmiany na tych kilka miesięcy J (płyny do kąpieli, mydła, żele, szampony, odżywki, kosmetyki pachnące i kolorowe).



Ciało

Teoretycznie dbanie o skórę powinno rozpoczynać się od około 4 miesiąca ciąży. Ja o mojej wiedziałam bardzo wcześnie i dość szybko kupiłam kosmetyki dedykowane przyszłym mamom – w tym momencie odrzuciłam balsamy uelastyczniające skórę i przeciwdziałające cellulitowi, od których byłam uzależniona (ze względu na dużą zawartość kofeiny lub działania silnie rozgrzewające lub chłodzące) i wybrałam łagodniejsze, nawilżające.

Przez pierwsze cztery miesiące, ze względu na problem z nadwrażliwością na zapachy, często miałam problem z posmarowaniem skóry czymkolwiek, bo wszystko brzydko mi pachniało – stosowałam więc na zmianę, w zależności od tego co przeszkadzało mi mniej, poniższe – każda z Was powinna sama powąchać i stwierdzić który zapach jej odpowiada J
- Bielenda, Sexy Mama, Balsam ujędrniający do ciała antycellulit – do stosowania w ciąży i po porodzie – działający nawilżająco
- Lirene, Będę Mamą, Wygładzający balsam antycellulitowy – zawierający masło kakaowe i witaminę PP
- Efektima Pharmacare, Mama Care, Kuracja zapobiegająca rozstępom dla kobiet w ciąży – zmniejszający ryzyko pojawienia się rozstępów
Wszystkie charakteryzują się dość delikatnym zapachem (pod warunkiem że nie jesteście w pierwszym trymestrze ciąży – w takim wypadku same musicie wybrać ten najmniej drażniący) i szybko się wchłaniają. Raczej nie zauważyłam specjalnego działania antycellulitowego czy zmniejszającego ilość gromadzącej się wody, ale działanie nawilżające utrzymuje się od kilku godzin do wieczora. Poranne kremowanie pomaga również wyrobić nawyk używania kremów, bardzo potrzebny w późniejszym etapie ciąży.

Od piątego miesiąca zaczęłam bardzo dbać o to, aby używać kosmetyków i rano i wieczorem, systematycznie, przy czym na wieczór wybierałam te natłuszczające. Do absolutnych hitów zaliczam dwa poniższe, nie umiem określić który jest lepszy, stosuję naprzemiennie do końca ciąży i jestem przekonana że po niej również te kosmetyki znajdą miejsce na mojej półce:
- olej kokosowy – dziewczyny zwykle wybierają ten pachnący, ja ze względu na nadwrażliwość wolałam wersję rafinowaną na zimno, bezzapachową. O właściwościach oleju kokosowego pisano już wiele – jest zdrowy jako tłuszcz dodawany do potraw, ale ma również świetne właściwości kosmetyczne, można z niego przyrządzać maski na włosy, paznokcie i stosować zamiast balsamu do ciała. Wersja którą prezentuję jest naprawdę niedroga – koszt około 10-20 zł np. w sklepach Biedronka. W temperaturze pokojowej ma konsystencję stałą, jednak wystarczy ogrzać go w dłoniach aby zmienił się w olej. Ja zwykle przekładałam niewielkie porcje do słoiczka po dżemie i ogrzewałam go pod strumieniem ciepłej wody, aby był gotowy do aplikacji na ciało. Polecam smarowanie się nim po kąpieli, po delikatnym osuszeniu ciała ale przed wyjściem spod prysznica. W przeciwnym wypadku, szczególnie gdy brzuszek zacznie już przeszkadzać, możecie nieźle zachlapać i zatłuścić łazienkę J
Olej uelastycznia skórę, nawilża ją i natłuszcza, w wypadku już powstałych rozstępów pomaga w ich zmniejszeniu i rozjaśnieniu – genialny naturalny kosmetyk! Po porodzie można go używać także do pielęgnacji suchej skóry maluszka
- olejek BabyDream z Rossmana – kupiłam go na wypróbowanie ze względu na promocyjną cenę i.. tak już zostało, do końca ciąży kupowałam kolejne buteleczki po skończeniu poprzednich J Ma przyjemny zapach, mimo tego że jest dość intensywny to nie drażnił mnie  w żadnym momencie ciąży. Łatwo się aplikuje, doskonale rozprowadza na skórze, natłuszcza ją i pozostawia delikatny aromat na skórze. Stosuję wymiennie z olejem kokosowym

Przede mną jeszcze dwa tygodnie do terminu porodu, ale (odpukać!) na moim ciele, mimo znacznego rozciągnięcia skóry, przybrania na wadze i zwiększenia obwodów – nie pojawiły się żadne rozstępy.

Pamiętajcie aby dbać o swoją skórę – oczywiście skłonności do rozstępów mogą być dziedziczne i nawet smarowanie się 5 razy na dobę może Was przed nimi nie uchronić, jednak warto minimalizować ryzyko i dbać o elastyczność skóry, która po porodzie będzie musiała wrócić do odpowiedniej formy.



Twarz

Nie zmieniłam tu znacznie kosmetyków, więc poniżej widzicie to bez czego nie mogę obyć się również na codzień J
- Apis, Peeling do twarzy – enzymatyczny, a więc bez ścieralnych drobinek, a dzięki temu idealny do skóry skłonnej do podrażnień – po jego użyciu nie pojawiają się podrażnienia, a skóra jest oczyszczona. Jestem ogromną fanką kosmetyków żurawinowych z firmy Apis, ze względu na uczucie świeżości które pozostawiają po użyciu. To naturalne kosmetyki, bez parabenów, świetnie sprawdzają się u osób z nadwrażliwością na intensywne dodatki do kosmetyków. Niestety nie tak łatwo je dostać, u mnie zwykle kończy się zamawianiem przez internet
- Pharmaceris A, multilipidowy krem odżywczy – polecany właśnie do pielęgnacji skóry nadwrażliwej, skłonnej do przesuszania i podrażnień – dla mnie jest neutralny, fajnie nawilża, nadaje się do stosowania pod podkłady, prawie nie pachnie
- Loreal, Woda micelarna – idealna do codziennego oczyszczania twarzy i demakijażu
- Nivea, Care – lekki krem nawilżający, idealny do stosowania z innym na zmianę



Włosy

Dwa kosmetyki bez których nie wyobrażam sobie okresu ciąży… ani żadnego innego J
- Schwarzkopf, Gliss Kur – odżywka do włosów w płynie, posiada atomizer dzięki któremu w łatwy sposób aplikujemy mgiełkę na wilgotne włosy, doskonale je nawilża i pozostawia ładny zapach. Wprawdzie dzięki ciąży moje włosy prawie przestały wypadać (czekam teraz z niepokojem na ten moment pół roku po porodzie gdy wszystkie mają podobno wypaść w jednym momencie ;)), ale uzależnienie od stosowania odżywek pozostało – włosy ładnie się układają, są dość gęste i błyszczące

- Batiste, suchy szampon – jestem zakochana w tych kosmetykach. Niestety również w okresie ciąży zdarzają się gorsze momenty, dni gdy nie mamy siły na mycie i suszenie włosów, które po całej nocy spędzonej na mdłościach mogą nie wyglądać zbyt pięknie. Z pomocą przychodzą tzw. suche szampony – wystarczy uczesać włosy i rozprowadzić preparat w spreju u ich podstawy, a następnie wyczesać preparat. Oczywiście nic nie zastąpi mycia J ale jako doraźny środek Batiste jest szybki i skuteczny, pozostawia ładny zapach a włosy wyglądają świeżo. Ten sposób na pewno pozwoli nam przetrwać dzień w dobrym nastroju i odczekać z myciem włosów do wieczora

0 komentarze: