Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3 trymestr. Pokaż wszystkie posty

Strachy końca ciąży

Porodu bałam się całe życie, na długo przed zajściem w ciążę, na długo przed staraniami o dziecko, na długo przed wszystkim. To taki rodzaj paranoicznego wrodzonego lęku przed nieznanym. Do tej pory wydarzenie to jawi mi się jako jedno z najbardziej obrzydliwych i krępujących w życiu, ale fakt że natura nieźle to wszystko wykombinowała - wraz z ciążą skrępowanie nieco ustępuje (wraz z kolejnymi wizytami podczas których spaceruje się przed kolejnymi obcymi osobami z gołym tyłkiem) a jej końcówka sprawia, że ma się jej na tyle dość, że za wszelkę cenę pragnie się aby nastąpił jej koniec :)

Nie oznacza to jednak, że siedzę spokojna na kanapie przed telewizorem, pozbawiona wszelkich lęków. Jednak ku mojemy zdziwieniu te główne nie są wcale związane z porodem - którego oczywiście nadal się boję (bólu, tego jak to będzie wyglądało w rzeczywistości, tego że nie da się tego uniknąć, jak dam sobie radę, czy zachowam się z godnością, czy nie zacznę miotać słowami których będę się później wstydziła...) - ale z tym co nastąpi po nim.

Jaką będę matką?

Czy dam radę sama przewinąć moje dziecko, z którym nie wiem co się robi? Jak go ubiorę po raz pierwszy? Czy będę umiała wziąć na ręce?
Czy nie dam skrzywdzić tego maleństwa i czy sama tego nie zrobię?

Jak wychować młodego człowieka i ukształtować w nim wartości moralne? Jak przygotować go na twarde życie, jednocześnie dając to co zdołam? Czy to nie będzie zbyt mało?

Ale przede wszystkim - patrzę na mój brzuch i ciągle się boję o to co się tam dzieje. Czy to że zjadłam coś z większą zawartością cukru mu nie zaszkodziło? Czemu danego dnia jest pobudzony, czy to oznacza że jest szczęśliwy, czy wręcz przeciwnie? Czemu nie umiem rozpoznać nastrojów wnętrza mojego brzucha? Ba, często nie umiem rozpoznać czym mnie akurat zaczepia ani jak jest ułożony - czy to oznacza że brakuje mi elementarnego instynktu macierzyńskiego?

Najgorsze są jednak pobudki w środku nocy - gdy nareszcie udaje mi się zasnąć i w moim brzuchu następuje spokój - budzę się z lękiem o to czy wszystko jest w porządku i czemu on się nie rusza?!

Tak więc - ten 9 miesiąc to nie tylko lęk o to jak będzie przebiegał poród i jak dam radę. To więcej wątpliwości dotyczących tego co będzie po nim, ale również ogromne pragnienie aby w końcu nastąpił - żeby można było mieć dziecko na wierzchu i w każdym momencie na nie spojrzeć, zobaczyć jak oddycha, a nawet płaci czy grymasi. Niewiedza jest jednak najgorsza.


9 miesiąc

36 tydzień, ostatnia prosta. No i tkwię tu w środku nocy, nie żebym specjalnie miała ochotę chodzić później niewyspana i nie żeby nastąpił nagły przypływ energii końca ciąży, o którym wszyscy dookoła tyle mi mówią. 

Nie. Kazik jest pilnym dzieckiem i postanowił wyćwiczyć się w wyciąganiu, przeciąganiu oraz robieniu rowerków przed narodzinami. Niestety, mój brzuch nie jest zbyt wielki i pojemny i zwyczajnie trudno się w nim pomieścić choćby nieruchomo, a w wypadku nocnych harców czuję jak prawa strona żeber niemal poddaje się pod naporem (jestem przekonana że to by nastąpiło gdybym nie podtrzymywała ich dłońmi i nie wciskała jego maleńkich słodkich stópek siejących spustoszenie pod nie), a lewy jajnik puchnie od boksowania. Wzmożona aktywność przypada na najlepsze godziny, bo po co ktoś miałby odpoczywać między 23 a 5 nad ranem?

Efekt jest taki, że ledwo udaje mi się zwlec z łóżka w okolicach 9 na pomiar cukru, który oczywiście po takiej przemęczonej nocy jest za wysoki, biorę leki, po półgodzinie podsypiania zjadam pierwsze śniadanie w imponującym rozmiarze (1 wasa + ½ plasterka żółtego sera + ogórek kiszony) i choć wiem że nie powinnam po jedzeniu iść spać, to… z zamkniętymi (jeszcze!) oczami wracam pod cieplutką kołderkę.

Bywają oczywiście dni gdy udaje mi się zwlec o jakiejś kulturalnej porze w rodzaju 7 czy 8 i zmusić do tego aby nie wrócić natychmiast do wyrka, jednak wiąże się to z koniecznością drzemki w okolicach południa, a najdalej wczesnego wieczoru, co bezczelnie rozbija cały dzień i czyni go nieco bezproduktywnym.

Oczywiście, mogłabym próbować powstrzymać drzemki w ciągu dnia i po prostu paść na twarz mimo nocnego „tanu tanu” mojego brzucha, pewnie że bym mogła – właśnie wytrzymuję tak drugi dzień z rzędu, sińce pod oczami mam już niemal do podbródka, a żebra wymagają natychmiastowego uciskania i ratowania przed połamaniem. Tak więc jutro chrzanię zasady i idę spać nawet jeśli słońce będzie świeciło mi prosto w twarz – wtedy kiedy mały uzna że się nudzi i też zaśnie. Trzeba korzystać z dobrodziejstwa czasu póki jeszcze można J


A co do napływu energii… błagam, nie chcę już słyszeć od dziewczyn które nie mają żadnych dzieci: „ ech, powinnaś się cieszyć, pod koniec ciąży nie masz nic do robienia i jeszcze ta energia wynikająca z wiecznego wypoczynku!”. Cieszę się doświadczeniem innych, naprawdę na zdrowie, ale jednak ja mam nieco inne doświadczenia. Choć nadal liczę na to że ostatnie tygodnie jeszcze mnie zaskoczą i przeniosę góry J

Trymestr 3 na kartonach!

Miesiąc 7 to absolutnie najlepszy czas ciąży :)

Chodzę jeszcze do pracy i wprawdzie często muszę zwalniać tempo, ale nadal jestem użyteczna. W dodatku w końcu wyraźnie widać mój brzuch, z którym nagle, z dnia na dzień połączyła mnie jakaś więź. Uwielbiam się po nim głaskać (może nie wtedy gdy ktoś patrzy…) i wyglądam jak wariatka kiedy z nim rozmawiam. Nie chce mi się już tak mocno spać, nadwrażliwość na zapachy w końcu ustąpiła, przyzwyczaiłam się do brania tych wszystkich leków, jedzenie nie jest jeszcze aż tak mocno ograniczone, włosy w końcu naprawdę przestały mi wypadać i wyglądają całkiem nieźle (tak, wiem że po porodzie wszystkie wypadną nagle i nieoczekiwanie, ale póki co całkiem je lubię), czuję się uspokojona tym że donosiłam ciążę tak długo i w końcu pozwalam sobie na nieśmiałe oznaki radości ze względu na to że rośnie we mnie Dzieciak.

Jednak miesiąc 8 przynosi wiele zmęczenia. Bierzemy się za przeprowadzkę (nie było wyjścia...), remont, przygotowanie świąt, w grudniu czeka mnie również ostatnie przekazywanie obowiązków w pracy przed przejściem na obowiązkowy urlop, a to wszystko w atmosferze przymusowego wypoczynku... Doba jednak się nie rozciąga i niestety ale na nogach jestem nonstop. Niekiedy na kolanach, na podłodze nowego mieszkania, albo na drabinie pod sufitem. To wszystko skutkuje tym, że w tygodniu przedświątecznym przez tydzień nie jestem w stanie chodzić z powodu obrzęku wszystkiego - stopy przypominają kopyta słonia (czy słoń ma kopyta? hmmm...), a jedyną porządną metodą jest , smarowanie ich na noc maścią końską i podkładanie pod nie kolejnych poduszek. I tak kilka dni pod rząd. Na szczęście po tygodniu zaczynam odczuwać ulgę, a dzięki naszym doświadczeniom będę w stanie napisać Wam jak skutecznie pomalować ścianę w pokoju dziecka oraz zrobić kilka innych rzeczy ;)