Pokazywanie postów oznaczonych etykietą diy. Pokaż wszystkie posty

Pokrowiec na telefon - pomysł na Dzień Ojca :)

Wiem, wiem, do Dnia Ojca jeszcze masa czasu... ale pomysł może być wykorzystany na dowolny inny dzień z okazją lub bez :) W obecnych czasach telefony komórkowe są coraz cieńsze i równocześnie coraz większe. Tym sposobem Tata Kazika nabył nowy gadżet znakomitej wielkości, która spowodowała niemożność zmieszczenia go w jakiejkolwiek kieszeni a także pokrowcu.

Możnaby takiż dokupić - jednak o ile przyjemniej jest zrobić komuś prezent własnoręcznie! :)

Wystarczy odrobina filcu i fantazji!

Jak to się robi?

Będziecie potrzebować:
- filc - najlepiej w dwóch różnych kolorach, o wymiarach taki aby zmieścić telefon
- ewentualnie ozdoby - ja wykonałam aplikację również z fragmentów filcu
- klej szewski - przezroczysty i elastyczny
- igłę i nici

1. Odmierzacie telefon i zakładacie po 5 mm nadmiaru z każdej strony. Docinacie filc - najlepiej przy wykorzystaniu maty kreślarskiej, ostrego nożyka i linijki (aby wyciąć proste linie).
Ja wykorzystałam dwa kolory filcu - czarny na warstwę zewnętrzną oraz zielony na warstwę wewnętrzną (aby powłoka pokrowca była grubsza i zapewniała większą amortyzację dla telefonu), wycięłam więc 4 prostokąty, z czego wewnętrzne były odrobinę mniejsze.

2. Sklejacie wartswę wewnętrzną i zewnętrzną przy użyciu kleju szewskiego, wkładacie między dwie warstwy (np. szklane deski do klejenia - filc nie powinien się do nich przykleić nawet jeśli klej przecieknie) i przykładacie czymś ciężkim (np. książkami) na kilka-kilkanaście godzin.

3. Przygotowujecie aplikację do naklejenia na pokrowiec. Ja wykorzystałam w tym celu symbol Domokuna, który miałam już gotowy - wcześniej przygotowywałam filcowe breloczki w tym kształcie.

4. Naklejacie aplikację na warstwę która ma być wierzchem pokrowca. Ponownie przyciskacie.

5. Po wysuszeniu kleju obie warstwy delikatnie prasujecie żelazkiem (na opakowaniu kleju znajdziecie instrukcję dotyczącą sprasowywania - temperatury i czasu prasowania).

6. Wnętrze warstw smarujecie cienką warstwą kleju tuż przy 3 krawędziach, składacie je równo i przykrywacie ciężkimi przedmiotami - klej przy krawędziach będzie dodatkowo scalał pokrowiec przed zszyciem krawędzi nitką.

7. Po dokładnym wysuszeniu całości zszywacie 3 krawędzie (dodatkowo można obszyć osobno 2 krawędzie górne) - maszynowo lub ręcznie, w zależności od efektu który chcecie uzyskać.

Zrób sobie magnetyczną ścianę

Planując remont poświęciłam sporo czasu na wybór farb, czego właściwie nie widać po wejściu do naszego mieszkania - mieszkanie jak mieszkanie, sufity białe, ściany jasne, z jedynym odstępstwem w pokoju Kazika. To jednak tylko złudzenie - bowiem każdy odcień tego czego nie widać był doskonale przemyślany, poprzedzony researchem, odwiedzinami w sklepach, porównywaniem cen i parametrów... a ostatecznie wyszło na to że farba to farba.

Jednak nie każda. Ponieważ w kuchni wszystko mamy zabudowane, łącznie z lodówką, szybko okazało się że nie będę co miała zrobić z moją słynną ścianą płaczu - czyli pamiątkami, które do tej pory przyklejałam na lodówce właśnie. Polaroidy z przyjaciółmi, magnesy z wakacji, kartki okolicznościowe i wszystko to, co mogło zaznaczyć moją obecność w tej jakże ważnej dla mnie przestrzeni mieszkania.

Wymyśliłam więc farbę mangetyczną - skoro wszyscy używają tak popularnych tablicowych, to coś takiego też musiało istnieć. I rzeczywiście - okazało się że na naszym rynku jest nawet spory wybór, bo aż 6 takich farb. Zaczęłam więc poświęcać całe godziny na poszukiwanie i czytanie kolejnych recenzji i w ten sposób wybrałam tę, która wydała mi się najlepsza - Farbę Magnetyczną Magnetic Primer Rust-Oleum. Według wszelkich recenzji miała wystarczyć na pokrycie 3 metrów kwadratowych minimum 3-krotnie i taka ilość warstw miała zapewnić dość mocne trzymanie się magnesów. Ponieważ w testach wyraźnie była szara - uznałam, że pomaluję nią wybrany fragment ściany przed malowaniem całości kuchni, a następnie pokryjemy całość wybrnaym jasnym kolorem tak, aby farba magnetyczna nie prześwitywała, a zachowała swoje właściwości.


Malowanie

Od razu uprzedzę pytanie - używanie tej farby w ciąży to nie jest najszczęśliwszy pomysł. Podobno idealnie nadaje się do malowania w zamkniętych pomieszczeniach, a jej woń nie jest szczególnie uciążliwa, jednak ja - pomimo stosowania maseczki i wstrzymywania oddechu przy każdym pociągnięciu wałkiem - niemal dostawałam od niej udaru. Wg mnie farba ma intensywny zapach, typowy dla farb rozpuszczalnikowych, i wgryza się w każdy zakamarek mózgu. Po każdej warstwie - obowiązkowe wietrzenie, i pomieszczenia, i własnego nosa.


Jak się za to zabrać?

Otwieramy puszkę i dokładnie mieszamy farbę - prawdopodobnie nie będzie jednolita i chwilę to zajmie. Do mieszania używamy jakiegoś drewnianego patyka czy czegoś, co będzie można później bez żalu wyrzucić. Ze względu na smród i trudność z początkowym rozmieszaniem (moja farba była dość mocno rozwarstwiona - bardzo gęsta na dole) najlepiej poprosić o pomoc jakiegoś pana i zachować świeże nozdrza jak najdłużej :)

Na ścianie przygotowałam obszar roboczy - oddzielenie od płaszczyzn które nie miały być malowane szeroką taśmą malarską.

Następnie nalewamy niewielką ilość farby do kuwety (jeśli chcemy aby była później do odratowania - najpierw owijamy ją streczem. Ta farba jest później nie do zmycia z narzędzi - uprzedzam, bo sama się na to nabrałam) i dokładnie moczymy w niej wałek. Ja używałam niewielkiego gąbczastego. Malujemy wybraną powierzchnię, pamiętając o dokładnym kryciu i o tym aby ostatnie pociągnięcie zawsze było w tym samym kierunku, najlepiej z góry na dół.

Następnie dokładnie czyścimy narzędzia (kuweta i wałek) i czekamy aż pierwsza warstwa dokładnie wyschnie - dopiero wówczas nakładamy drugą! Jeśli nie wyczyścimy wałka i pozwolimy aby farba na nim pozasychała, zrobią się grudki, które będą się przyklejały do ściany przy nakładaniu kolejnej warstwy (to też błąd który popełniłam). Jednak warto pamiętać aby czyszcząc narzędzie używać rękawiczek, bo ta farba to naprawdę jakiś koszmar w zakresie zmywania się ze skóry!

Pomiędzy nakładaniem kolejnych warstw po prostu sprawdzam palcem czy poprzednia wyschła - teoretycznie powinno to nastąpić w ciągu godziny. Kolejne warstwy kładę na siebie w odstępie 60-90 minut.

Po nałożeniu 3 warstw małe magnesy nie są w stanie się utrzymać. Mimo tego że testy internetowe wskazywały dużą magnetyczność i mówiły o niezwykłej wydajności farby, podkreślając to że 3 warstwy wystarczą. Nie wiem czemu u mnie to się nie sprawdza, maluję więc 4 i 5 raz. Po 5 jest zdecydowanie lepiej, jednak ponieważ farby zostało mi już niewiele i nie będę miała co z nią zrobić - postanawiam zamalować moją ścianę do końca. W ten sposób kładę aż 7 warstw (!!!), ale nie ma różnicy w trzymaniu magnesów w stosunku do położenia pięciu warstw.

Farba okazuje się nie szara, lecz... czarna. Efekt tak bardzo nam się podoba, że rezygnujemy z jej zamalowywania i dzięki temu otrzymujemy widoczną strefę magnetyczną :)

W niektórych miejscach cięższe a słabsze magnesy mają problemy z utrzymaniem się, jednak generalnie ściana spełnia nasze oczekiwania i stanowi ciekawe przełamanie w dość standardowej kuchni :)

Generalnie - polecam, aczkolwiek bierzcie pod uwagę to, że Wasze wyliczenia moga się mylić i możecie mieć potrzebę pomalowania ściany więcej niż 3-krotnie, aby uzyskać zadowalający efekt.

Koszt farby: około 140 zł, wg producenta: 9 metrów kwadratowych / litr przy jednej warstwieopakowanie pozwala na wykonanie ok. 3 metrów kwadratowych gotowej powierzchni (3 warstwy)


Lampki z piłeczek ping pongowych

Jakiś czas temu, gdy męczyłam się z pierwszymi własnoręcznie wykonywanymi lampkami cotton balls do pokoju Kazika, Monia ode mnie z pracy pokazała mi pomysł na lampki wykonane z piłeczek ping pongowych. Wystarczyło kupić piłeczki, naciąć je nożykiem i nałożyć na kolorowe lampki choinkowe. W dzień wyglądają średnio (jak to piłeczki ping pongowe naciągnięte na kabel :)), ale w nocy wydawały się ładnie świecić. Postanowiłam więc połączyć obie idee, jednocześnie ograniczając nerwy związane z trudnościami nawijania kordonka na niesforne baloniki wypełnione powietrzem w wypadku cotton balls, i zobaczyć co z tego wyjdzie.

Efekt przerósł moje oczekiwania - wg mnie lampki są fajniejsze nawet od cotton ballsów, które obecnie można znaleźć już w co drugim mieszkaniu.

Śmiem twierdzić że pingpongballsów nie ma jeszcze nikt! :)


Jak to się robi?

Będziecie potrzebować:
- światełka led (ja wybrałam sznur 50 kolorowych światełek do powieszenia w pokoju, na przezroczystym kablu, zasilany na baterie AA + drugi, 20 światełek w kolorze zimno białym do powieszenia na oknie)
- włóczki w wybranym kolorze (ja posłużyłam się kordonkiem, zużyłam około 6 motków 200 metrowych)
- piłeczki ping pongowe (wybrałam białe, bez nadruków, najtańsze - kupione w pakiecie 100 sztuk na allegro)
- klej do rozrobienia z wodą (ze względu na ciążę i toksyczność kleju ja użyłam domowego krochmalu – jest też bardzo tanim rozwiązaniem! tutaj przepis na domowy krochmal>>)
- nożyk do tapet, skalpel, nożyk do prac modelarskich do nacinania piłeczek
- przezroczysty silikon do mocowania kabla ze światełkami


1. Każdą piłeczkę oplatamy wybranym kordonkiem (lub kilkoma kombinacjami). Aby sznurek przyklejał się do piłeczki możemy go zmoczyć wodą. Po nawinięciu na kilkę w jednym miejscu sznurek odsuwamy tak, aby zrobił wolną przestrzeń na późniejsze wycięcie otworu na światełka - robimy to gdy kordonek jest jeszcze mokry, łatwiej go wówczas ułożyć


2. Przygotowujemy krochmal. Po jego ostygnięciu zamaczamy każdą piłeczkę i bardzo dokładnie wcieramy krochmal w kordonek, tak aby krochmal dotarł do każdej warstwy. Odkładamy na godzinę na durszlak, aby resztki krochamlu spłynęły

3. Wykładamy półkę folią, zostawiamy na niej piłeczki na jedną noc - do wyschnięcia

4. Następnego dnia sprawdzamy czy wszystkie nitki trzymają się piłeczek, jeśli coś wyszło lub się rozsunęło - to jest moment aby, jeszcze na mokro, dokonać poprawek. Następnie układamy piłeczki na górze kaloryfera i zostawiamy na kolejną dobę do dokładnego wyschnięcia. Po wyschnięciu kordonek będzie sztywno trzymał się piłeczek

5. Przy pomocy skalpela/nożyka delikatnie nacinamy piłeczkę we wcześniej zostawionym miejscu. W zależności od tego z jakiego materiału wykonane są nasze piłeczki - nożyk albo będzie wchodził w nią bardzo łatwo i wystarczy delikatne nacinanie, albo może okazać się że piłeczki są bardzo twarde, wówczas najlepsze jest wwiercanie się w jej powierzchnię czubkiem nożyka i poprzez spiralne obracanie nożyka - drążenie okrągłego otworu. Ja w paczce miałam piłeczki z 3 różnych tworzyw jak się okazało podczas cięcia :)
6. Do każdego otworu wkładamy lampkę

7. Otwory prawdopodobnie nie wyjdą idealnie równe i niektóre lampki będą w nich tkwiły bardzo ciasno, inne - będą wypadały. Aby uniknąć problemu z kulkami spadającymi z lampek, warto jest zabezpieczyć otwór np. klejem - ja użyłam bezbarwnego silikonu, którego po zakończeniu pracy nie widać na powierzchni piłeczek, światło ładnie też przez niego przenika




 I gotowe :) Jak Wam poszło?






Cotton balls

O tych nastrojowych lampkach słyszał już chyba cały świat.
Moda spowodowała, że zalano nimi sklepy, sypialnie, pokoje dziecięce i wiele innych przestrzeni. Nie ukrywam – są piękne i ja sama również jestem ich fanką, ale… No właśnie J Dotychczas ich cena odstraszała mnie od kupienia sobie takich do domu. Owszem – dla kogoś, na prezent, proszę bardzo. Ale miałabym wydawać tyle kasy na kilka świecących kulek, które przewieszę przez lustro?

Postanowiłam zrobić je samodzielne. Uwaga! Z góry uprzedzam że to DIY jest dla osób odważnych, cierpliwych, posiadających sporo wolnego czasu oraz zręczne palce J Ja sama niekoniecznie jestem w posiadaniu wszystkich tych przymiotów i nieźle się nadenerwowałam podczas ich tworzenia. Ale – było warto i pierwsze własnoręcznie przygotowane cotton balls zostały wręczone w prezencie mojej siostrze. Pisząc po cichu – były kilkukrotnie tańsze, nawet od tych biedronkowych, ale kosztowały mnóstwo pracy!


Jak to się robi?

Będziecie potrzebować:
- światełka led (ja wybrałam sznur 25 światełek, na przezroczystym kablu, zasilany na baterie AA)
- włóczki w wybranym kolorze (ja posłużyłam się kordonkiem, zużyłam około 4 motków 200 metrowych)
- baloniki (najlepsze są takie na wodę, ja miałam zwykłe balony)
- klej do rozrobienia z wodą (ze względu na ciążę i toksyczność kleju ja użyłam domowego krochmalu – jest też bardzo tanim rozwiązaniem!)

1 1 Baloniki pompujemy do takiego rozmiaru, w jakim chcemy robić cotton ballsy. Baloniki na wodę pompują się do w miarę okrągłej postaci, zwykłe będą wymagały od nas większej gimnastyki podczas ich oplatania.

2 2 Gdy mamy przygotowaną odpowiednią liczbę balonów, i wszystkie mają zbliżone rozmiary, bierzemy wybraną włóczkę/kordonek/nici itp. i zaczynamy oplatanie. Podczas oplatania musimy pamiętać o tym, aby nadawać balonom możliwie jak najbardziej okrągły kształt. Początki są trudne, ja pierwsze cotton ballsy rozplatałam i splatałam ponownie kilkukrotnie – ale przy którymś nabiera się wprawy, ważne jest to aby się nie poddawać J Aby łatwiej było oplatać kordonkiem balonik, można nitkę zmoczyć w wodzie, będzie się wówczas łatwiej poddawała i układała na oplatanej powierzchni.

3 3 Po opleceniu całego balonika (nie musi być bardzo ściśle) zawiązujemy koniec nitki wokół niego.


4 4 Po opleceniu wszystkich baloników rozrabiamy klej z wodą tak, aby był niezbyt gęsty lub przygotowujemy krochmal

krochmal:

gotujemy w garnku 4 szklanki wody
jednocześnie rozrabiamy w szklance wody ¼-1/3 szklanki mąki ziemniaczanej
gdy woda w garnku się zagotuje wlewamy do niej rozrobioną mąkę ziemniaczaną i dość energicznie mieszamy, nie dopuszczając do powstania grudek
gotujemy chwilę, wyłączamy, zostawiamy do przestudzenia

5 5 Gdy krochmal przestygnie każdy balonik delikatnie w nim zanurzamy i wcieramy w niego krochmal, tak aby się rozprowadził po całej powierzchni i dotarł też do wewnętrznych warstw nitek

6 6 Tak przygotowane baloniki wieszamy, najlepiej nad grzejnikiem. Ja zawiesiłam je przy pomocy nitki na wieszakach i powiesiłam blisko źródła ciepła. Cotton ballsy będą schły około 1-2 dni, w zależności od temperatury i wilgotności powietrza. Uwaga, jeśli zobaczycie że po wyschnięciu są nadal zbyt miękkie (bo krochmal nie był zbyt mocny lub mieliście słaby klej), zawsze można się poratować spsikując je lakierem do włosów i pozostawiając ponownie do wyschnięcia J

7 7 Gdy cała włóczka na balonach jest już sucha – przy pomocy agrafki przekłuwamy każdy balon i wyciągamy go delikatnie z wnętrza kuli


88. Przez przestrzenie między nitkami wkładamy lampki, jeśli siedzą zbyt luźno możemy je dodatkowo przykleić np. przezroczystym klejem do plastiku lub materiału


      




Wyzwanie: malowanie!

Zanim zabraliśmy się za remont wydawało nam się, że zajmie jakieś dwa dni. No bo w sumie co to jest – szybkie malowanie, celem odświeżenia mieszkania, i już! 

Ostatecznie te dwa dni rozciągnęły się na niemal miesiąc, morderczej pracy po kilkanaście godzin dziennie – amator, kobieta w 7/8 miesiącu ciąży i co jakiś czas koledzy wpadający z pomocą. Niestety, gdy już się zabierzecie za zrobienie czegokolwiek po swojemu, natychmiast okazuje się, że tysiąc innych miejsc się sypie, wygląda gorzej niż powinno, albo wręcz odpada na głowę. No ale nie ma tego złego, udało nam się uporać w podstawowym zakresie z tym co chcieliśmy, zostawiliśmy mnóstwo niedoróbek które kłują nas w oczy, nierówności, plam, niedomalowań – i przesunęliśmy to wszystko na „remont za jakieś 5 lat, gdy uda nam się odłożyć pieniądze i Kazik już podrośnie”.

Jedną z najważniejszych kwestii było przygotowanie pokoju dla naszego przyszłego syna. Wymyśliłam sobie, że chciałabym aby ściana pod którą postawimy łóżeczko kontrastowała z innymi tak, aby wzbudzać jego ciekawość i jednocześnie stworzyć mu ciekawy zakątek, odmienny od zwyczajnych czterech kątów w kolorze „nietuzinkowy ecru”. Jakiś czas sprzeczaliśmy się odnośnie odcienia tego koloru i ostatecznie postanowiłam zaufać Tacie Kazika, który jednak ma większe wyczucie kolorystyczne ode mnie – a przede wszystkim umie sobie wyobrażać przestrzeń (mój mózg posiada jakąś dysfunkcję w tym zakresie). Tym sposobem nabyliśmy farbę Turkusowy Archipelag (do tej pory nie mogę wyjść z podziwu odnośnie tych romantycznych nazw śmierdzących farb do ścian i sufitów!) z serii Kitchen&Bathroom Duluxa. Czemu akurat ta seria? Poza odpowiednim kolorem – staraliśmy się malować mieszkanie farbami jako tako zmywalnymi, biorąc pod uwagę kolejny remont dopiero za kilka lat oraz perspektywę rosnącego brzdąca, uczącego się chodzić i macającymi łapkami wszystko co znajdzie na swojej drodze. Pozostałe ściany pokryliśmy więc serią Easy Care, ale ta nie miała odpowiednio intensywnego turkusowego odcienia, więc postanowiliśmy wykorzystać te przeznaczone do miejsc narażonych na wilgoć i trudne warunki – zważywszy że chodziło o ścianę umiejscowioną przy łóżeczku niemowlaka uznaliśmy że to jak znalazł.

I rzeczywiście było to strzał w dziesiątkę – okazało się że te farby są mniej toksyczne, śmierdzące i nawet ciężarna (oczywiście uzbrojona w maseczkę!) może oddać się malowaniu ściany.
Za puszkę 2,5 litrową zapłaciliśmy około 75 zł, na potrójne pokrycie ściany (wystarczyłyby pewnie 2 warstwy, ale zamalowywaliśmy własne niedociągnięcia, więc trzecia poszła profilaktycznie) wykorzystaliśmy pewnie jakąś 1/5 objętości…

No dobrze, ale jak się za to w ogóle zabrać?

Zaczynamy od zabezpieczenia pomieszczenia – całe dokładnie odkurzamy, następnie podłogę wykładamy folią (lepsza jest gruba, najcieńsza i najtańsza szybko się drze i okropnie ślizga pod nogami, szczególnie jeśli pod nią są panele, deski lub terakota) i przyklejamy do listew przypodłogowych za pomocą szerokiej taśmy malarskiej. Malowaną ścianę dokładnie oddzielamy od niemalowanych poprzez naklejenie na niemalowane powierzchnie taśmy malarskiej – szerokiej, a najlepiej dwóch pasków jeden obok drugiego (wałek lub czasami za daleko polecieć i pomazać nie tą ścianę, którą powinien). Najlepiej przyklejać pasy jak najdłuższe, im więcej łączeń tym więcej szans na nierówności!
Ścianę dokładnie zmiatamy czystą szczotką, aby mieć pewność że nie pozostały na niej żadne paprochy. 

Zakładamy odzież ochronną (w wypadku ciężarnych – najlepiej w ogóle nie malować, ale jeśli się za to zabieracie to koniecznie pamiętajcie o maseczce i rękawiczkach!) i otwieramy farbę, którą musimy najpierw dokładnie rozmieszać, np. starym śrubokrętem itp. (ja do tego użyłam pałeczek do sushi, nic innego nie miałam pod ręką ;)). Gdy farba nie ma już żadnych „nierówności” (kolorystycznych ani strukturalnych) wylewamy trochę na korytko do malowania. Tutaj tip: jeśli korytko wyłożycie dokładnie streczem, po malowaniu wystarczy zdjąć folię i wyrzucić, a korytko będzie niemal jak nowe J

Zanurzamy wałek, rozprowadzamy na nim farbę i zaczynamy malowanie – najlepiej od środka wybranej powierzchni, idąc kolejno w górę, dół i na boki – aczkolwiek tu techniki są różne. Najważniejsze jest to, aby ostatnie pociągnięcia odbywały się w tym samym kierunku (czyli np. z góry na dół) i żeby starać się rozprowadzać farbę równomiernie, dociskając wałek cały czas z taką samą siłą.

Ten Dulux rozprowadza się bardzo dobrze, ale przed nałożeniem drugiej warstwy trzeba zaczekać aż pierwsza dobrze wyschnie – najlepiej kilka godzin. W przeciwnym wypadku może zdarzyć się, że wraz z rozprowadzaniem świeżej warstwy wałek ściągnie poprzednią jeszcze wilgotną i na ścianie powstaną przetarcia.

Po wyschnięciu wszystkich warstw (malujecie do uzyskania żądanego efektu – kolorytu i jednolitości) zdecydowanym ruchem zrywamy warstwy. W naszym wypadku, przy tak kontrastowym kolorze, po zdjęciu taśmy malarskiej wyszły różnego rodzaju niedoróbki – farba przy brzegach była nałożona nierówno i Tata Kazika poprawiał wszystkie krawędzie ręcznie, małym pędzelkiem J

Wyszło idealnie, w dzień farba wygląda na turkusową, po ciemku i przy sztucznym oświetleniu raczej na bardziej stonowaną i niebieską – ale takiego efektu się spodziewaliśmy.





Jeśli do tej pory obawialiście się własnoręcznego odświeżania pokoju dla Waszych (obecnych i przyszłych) dzieciaków – namawiam, bo koszt finansowy jest naprawdę niewielki!