Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kazik. Pokaż wszystkie posty

3 miesiąc

Trzeci miesiąc już za nami! To niesamowite że minął jak pstryknięcie palcami.

Synku, z dnia na dzień umiesz coraz więcej:
- machać łapkami do Eustachego zawieszonego na pałąku nad bujaczkiem
- cieszyć się do zabawek wiszących nad Twoją głową gdy leżysz na macie
- gugać, więcej i głośniej
- śmiać się rano po przebudzeniu i witać nas uśmiechem
- spać w nocy i to czasami aż 6-7 godzin!
- regularniej jeść
- płakać na deszcz
- manifestować niezadowolenie gdy jest zbyt ciepło
- koncentrować wzrok na jednym obiekcie
- oglądać nasze twarze
- zauważać swoje ręce
- robić bańki ze śliny
- oglądać książeczki z bajkami

Całymi dniami pchasz też dłonie do ust, jednocześnie śliniąc wszystko wokół. Ostatnio musiałam przebrać Cię przed wyjściem 3 razy z rzędu, z powodu obślinienia ubrania aż do pępka. Mam nadzieję że kolejny miesiąc przyniesie ze sobą lato i wiele nowych ekscytacji :)

Kolki, płacze i inne nieszczęścia

W ciąży uznałam że po porodzie jakoś to będzie - w końcu każda matka posiada intuicję, czyż nie? Każda także uczyła się tego jak dziecko jest zbudowane i jak dbać o jego higienę. Zrobiła wyprawkę. Pościeliła łóżeczko i wyprasowała ubrania. Zadbała o uwicie gniazda. Czego się więc obawiać? Jedynie czekać na rozwiązanie - a później już tulenie, tulenie i tulenie... Tyle wyobrażeń, a tymczasem rzeczywistość potrafi się z nimi rozminąć.

Dopiero po porodzie usłyszałam termin "kolki" i jakoś skojarzyłam że coś mi to mówi - nie pamiętałam jedynie w którym to kościele dzwoni... To po porodzie przeżyłam najgorszy tydzień, gdy moje dziecko płakało niemal bez przerwy - a ja razem z nim, bo wydawało mi się, że skoro wrzeszczy i krzyczy, dzień i noc, to z pewnością dzieje mu się jakaś okrutna krzywda, a ja również mu ją wyrządzam - brakiem pomocy. W pewnym momencie z przerażeniem zauważyłam jak małe ciałko wygina się we wszystkie strony i napręża. A ponieważ zewsząd grzmiało niczym wyrok: "no tak, chłopcy mają problemy z kolkami", to co widziałam zinterpretowałam jako kolki, a te, idąc za brzmieniem tego wyrazu - jako ból brzucha, który wszystkiemu jest winien.

Jednak obserwacja mojego dziecka, początkowo około 22 godzin na dobę (bo tyle pozostawałam w gotowości) przyniosła mi nieco inne wnioski. Otóż, szaleńczo wg niektórych, doszłam do wniosku że ból brzucha nie jest przyczyną mrożącego krew w żyłach wrzasku. To tylko jeden z przyczynków do histerycznej reakcji, ale wcale nie jedyny.
Wg moich wniosków Kazik wpadał w szał gdy odczuwał że nie jest już w brzuchu. Gdy stykał się z czymś nowym. Gdy zdarzało mu się usłyszeć lub zobaczyć więcej, głośniej, coś innego niż dotychczas. Gdy było mu za chłodno lub za ciepło, gdy bujało za mocno lub nie bujało, gdy było zbyt stabilnie, gdy było plecami do dołu, gdy było daleko od mamy lub pachniało czymś nowym. No i oczywiście gdy mleko wlatywało do brzucha, a to co w brzuchu przesuwało się w stronę pieluchy, ale równocześnie niewyćwiczone zwieracze zaciskały się zamiast otwierać, co powodowało napinanie, wyginanie się, ból - i kolejną dawkę krzyku. Nierozwinięty układ trawienny był dodatkowym powodem, nie główną przyczyną.

Aby nie móc sobie nic zarzucić - i zwiększyć prawdopodobieństwo przyniesienia ulgi dziecku - chwytaliśmy się jednak większości sensownie brzmiących (lub trafiających w intuicję) rozwiązań, w tym tych dotyczących uporania się z bólem brzuszka. W naszym wypadku ostatecznie sprawdził się poniższy zestaw "anty kolkowy". Od razu zaznaczam, że metod jest jeszcze więcej i w wypadku każdego dziecka może podziałać nieco inny zestaw.

- metoda 5s - u mnie na pierwszym miejscu, ponieważ pomagała nam radzić sobie z bólem istnienia dzidziusia i stworzyć mu warunki przypominające te z brzucha - w momentach histerii ("napadów kolkowych")  oraz podczas nocnego usypiania
- tulenie, kangurowanie, noszenie na rękach - nie, nie boję się że dziecko "się przyzwyczai", uważam że gdy zacznie raczkować to samo zejdzie z rąk, a póki co nie umie samo się przemieszczać, jest zupełnie od tych rąk uzależnione. No i póki mogę to tulę, to najpiękniejsze chwile bliskości. Pomagają mu poczuć się bezpiecznie, wyciszyć, uspokoić smutki - ramiona matki powinny być wypisywane na każdej recepcie na kolki
- bujanie, wspólne tańczenie i śpiewanie - jak wyżej
- kropelki - ułatwiające dojrzewanie układu pokarmowego oraz rozbojanie pęcherzyków powietrza i wydalanie gazów. W naszym wypadku jest to probiotyk Biogaia i krople Espumisan 100 - do stosowania od pierwszych dni życia. Wkrótce Kazik skończy 3 miesiące i będziemy odstawiać jedne i drugie
- masaże brzuszka - w internecie można znaleźć filmy instruktażowe pokazujące kierunek wymasowywania z jelit zalegających tam gazów. Dodatkowo robienie "rowerka" nóżkami. I dużo leżenia na brzuchu - Kazik uwielbia spać w tej pozycji
- ciepłe kąpiele - na rozluźnienie i uspokojenie
- ciepłe okłady - my stosowaliśmy zwykły termofor, ale można kupić mały, dopasowany do rozmiarów brzuszka dziecka, np. z pestkami wiśni (wówczas nie stosujecie wody - wrzątek może się rozlać i być niebezpieczny, należy szczególnie uważać stosując zwykłe termofory!)
- czas - już teraz, blisko 3 miesiąca, widzę jak dziecko zmienia się w tym czasie i dorasta psychicznie i fizycznie. Z tego względu zaczęłam wierzyć w teorię 4 trymestru - zwykle po 3 miesiącach problem kolek mija.

Jeśli i Wy szukacie sposobów złagodzenia bólu Waszych dzieci - mam nadzieję że powyższe metody, lub zmodyfikowane i połączone z kilkoma innymi które można znaleźć w poradach innych rodziców, szybko pomogą! Pamiętajcie - z czasem ma być tylko łatwiej :)

Baśń o półce

Dawno, dawno temu, za siedmioma rzekami, ośmioma morzami i wieloma ulicami rósł Magiczny Las. Cały zasadzony był drzewami różnych gatunków - bukami, dębami, brzozami, sosnami, modrzewiami, świerkami, a nawet drzewami owocowymi. Każde z nich miało swoją historię i długie korzenie sięgające wgłąb podłoża. Po środku lasu stało drzewo największe, najpotężniejsze i niezwykłe - było to Magiczne Drzewo o darze mówienia ludzkim głosem.
Poza drzewami las zamieszkiwały mniejsze rośliny a także zwierzęta - wiewiórki, króliki, lisy, wilki, sarenki i kilka jednorożców.
Któegoś dnia do lasu dotarł Drwal. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że zabłądził i nie umiał znaleźć drogi powrotnej. Po kilku godzinach, gdy bliski był już kresu sił, spotkał wiewiórkę wędrującą z zającem.
- Kim jesteś człowieku? - zapytały zwierzęta.
- Jestem Drwalem. Dotarłem do tego lasu w poszukiwaniu jagód, ale zabłądziłem i nie mogę znaleźć wyjścia. Czy możecie mi pomóc? - zapytał z nadzieją w głosie.
- Niestety, my nigdy nie byliśmy na skraju lasu, bo tu nam dobrze. Ale znamy kogoś mądrego kto wie wszystko i może Ci pomóc - powiedziała wiewiórka.
- Bardzo chętnie skorzystam z tej pomocy - odpowiedział Drwal - jednak jestem teraz zbyt słaby aby ujść więcej niż kilka kroków.
Na te słowa wiewiórka i zając przynieśli Drwalowi posiłek - kilka orzechów, korzonków i garść rosy zebranej z liści. Ponieważ dary te pochodziły z Magicznego Lasu, Drwal szybko nabrał sił i był gotowy do dalszej podróży. Po kilku godzinach cała trójka doszła do środka lasu i stanęła przed Magicznym Drzewem.
- Magiczne Drzewo, to jest Drwal i potrzebuje Twojej pomocy - powiedział zając.
- Ależ to jest drzewo, a obiecaliście mi pomóc, a jak drzewo mogłoby mi cokolwiek powiedzieć? - zapytał z troską w głosie Drwal.
- Ja jestem Magiczne Drzewo - odpowiedziało drzewo, z lekkim oburzeniem - wprawdzie moje korzenie sięgają samego dna tego lasu i nie mogę się nigdzie ruszyć, ale wiele wiem. Umiem też pokierować Cię do wyjścia z tej krainy. Powiedz mi jednak, skąd przybywasz?
- Z krainy Siedmiu Snów - odpowiedział Drwal - i bardzo chciałbym trafić do niej znowu gdyż tęsknię za rodziną.
- Zawsze chciałem trafić gdzieś indziej i zobaczyć jak to jest. Wiedzieć jak rozmawiają ze sobą rodziny przy obiedzie, jak chodzą do pracy, jak odpoczywają... Nigdy jednak nie było mi to dane - drzewo zamyśliło się - Mam pomysł. Ja powiem Ci jak trafić do domu, a ty wyświadczysz mi przysługę, dzięki której będę mógł dowiedzieć się jak to jest w innych miejscach.
- Jak miałbym tego dokonać? - zdziwił się Drwal.
- Widzisz, tu mam dwie nieużywane gałęzie. A ty masz siekierę. Oddam Ci je abyś przerobił je na coś użytecznego, co będzie oglądało na codzień życie innych ludzi. Te gałęzie będą w snach przesyłały mi widoki z odległych krain i dzięki temu już nigdy nie zaznam nudy, zawsze będę mieć możliwość zaglądania do ich życia.
- Dobrze - zgodził się Drwal - tak uczynię jak mówisz.

Dzięki wskazówkom Magicznego Drzewa Drwal, taszcząc ze sobą dwie olbrzymie gałęzie, dotarł do skraju lasu, a następnie do krainy Siedmiu Snów. Tam następnego dnia o świcie rozpoczął pracę w swojej szopie. Wtem odwiedził go gość:
- Gdzie byłeś Drwalu? Myślałem że wspólnie popracujemy nad czymś nowym? - zapytał przybysz stając w drzwiach szopy.
- O Stolarzu, dobrze że jesteś! Nie uwierzysz co mi się przydarzyło! Opowiem ci podczas pracy o pewnym magicznym lesie, ale tymczasem chcę cię prosić o pomoc. Widzisz te dwie gałęzie oparte o bok szopy?
- Widzę, są olbrzymie, wyglądają na bardzo ciężkie i ciemne! - odpowiedział Stolarz.
- Tak. Wiele siły kosztowało mnie przytarganie ich tutaj z lasu. Chcę abyś pomógł przerobić mi je na deski. A gdy już to zrobimy - abyś przerobił je na coś użytkowego. Wspaniałe meble, spełniające swoje funkcje i służące ludziom w codziennym życiu!

Tak też zrobili. Najpierw pocięli gałęzie na deski, następnie zanieśli je do pracowni Stolarza i pracowali nad nimi wiele dni, aż w końcu Stolarz pozostał z drewnem sam na sam aby zadbać o każdy szczegół i wykończenie swojej pracy.
Po pewnym czasie Stolarz zjawił się ponownie u drzwi szopy Drwala:
- Drwalu, skończyłem! Chodź ze mną i zobacz!

Oczom Drwala ukazały się niesamowite meble, trzeba przyznać że Stolarz miał fach w ręku i z miłością przyłożył się do swojej pracy. Z desek Magicznego Drzewa wyczarował ciężki, masywny stół przy którym spokojnie mogła pomieścić się cała rodzina. Obok stołu stało 5 krzeseł o litych oparciach pokrytych płaskorzeźbami przedstawiającymi ogromne drzewo i zwierzęta u jego stóp oraz ptaki latające wokół korony. Dalej widać było ławkę, która z powodzeniem mogła stanąć w parku i służyć za miejsce odpoczynku zakochanym, starszym oraz najmłodszym i wysłuchać wielu magicznych historii. Nad ławką na haku wisiała ozdobna drewniana rama na obraz bądź ogromne zdjęcie. A w rogu, oparta o ścianę pracowni, z początku niepozorna półka. Gdy jednak Drwal przyjrzał się jej uważniej, zauważył że tak naprawdę jest to najpiękniejsza półka świata - stworzona z litych desek, dostojna i okrutnie ciężka. Ponad masywnym dołem znajdowała się powierzchnia na postawienie pamiątek, przykryta cieniutką warstwą szkła, ponad którym zamontowano lampki - tak aby światło delikatnie się w nim odbijało. Całość zwieńczona była drewnem pomieszanym ze szklanym błyskiem. Tak, półka zdecydowanie robiła wrażenie.
- Stół i krzesła otrzyma pewna rodzina. Ramę na obraz małżeństwo mieszkające nieopodal. Ławka stanie w parku tak, aby każdy mógł z niej korzystać - powiedział Stolarz.
- Zgadzam się - odpowiedział wciąż zachwycony Drwal - a półka? Co zrobimy z tak piękną półką? - zapytał.
- Półka trafi do kogoś wyjątkowego - odpowiedział Stolarz i równocześnie się do siebie uśmiechnęli.

I tym sposobem nad Twoją głową wisi półka, którą codziennie oglądasz. Gdy będziesz większy nie przejdzie Ci przez myśl że jest w niej coś wyjątkowego, bo nie będziesz już o tym pamiętał. Teraz jednak jesteś jeszcze na tyle mały, że rozumiesz więcej języków niż tylko ludzki i codziennie patrzysz na nią, machasz do niej rączkami i nóżkami i opowiadasz o wspaniałościach tego świata. Półka w zamian opowiada Ci o wspaniałościach dziejących się w Magicznym Lesie, o szumie drzew, świergocie ptaków i wiaterku płynącym ze skrzydeł elfów. I śmiejecie się do siebie nawzajem, a stare mądre Magiczne Drzewo uśmiecha się gdzieś pośrodku lasu...

Pierwszy miesiąc dziecka - must have

Pisałam wcześniej o tym, jak powinna wyglądać wyprawka dla noworodka - na podstawie informacji znalezionych w internecie, porad rodziców i znajomych, komentarzy zawartych na forach itd. Jednak pierwszy miesiąc wspólnego życia zweryfikował i te dane :)

Co w naszym wypadku sprawdziło się najbardziej, z czego korzystamy na codzień, bez czego nie wyobrażam sobie życia świeżo upieczonej mamy?


Ubranka

Nie wyobrażam sobie życia bez pajaców! Takich z rozpinanymi obiema nogawkami. Podczas pierwszych dni, gdy bałam się w ogóle podnieść małego aby go nie "uszkodzić" ubieranie go w cokolwiek wkładanego przez głowę było mordęgą. Podobnie wykręcanie tych maleńkich rączek i wciskanie ich w rękawy umieszczone nad głową - koszmar! Pajace są idealne - kładziecie na takim rozpiętym dziecko, po czym z łatwością chowacie wszystkie kończyny i zapinacie całość. No, delikatną mordęgą może być zapinanie pierdyliarda zatrzasków w środku nocy - wówczas na pewno coś pójdzie nie tak i rano zauważycie, że maluch zapięty jest bez ładu i składu :)

Polecam aby to właśnie pajacyki stanowiły większość wyprawki na pierwsze dni - zarówno do szpitala jak i do domu. Gdy nabierzecie wprawę - wówczas zaczniecie ekspetymentować z innymi ubrankami :)


Pielęgnacja

Dobrym pomysłem okazało się kupienie kilku rodzajów pieluch i sprawdzenie jak na nie reaguje maluch - np. po jednych z nich dostał odparzeń i wysypki, po innych skóra była bardzo ładna, a zapachy i wilgoć dobrze wchłonięte. Polecam więc kupienie kilku małych opakowań "jedynek" na początek i sprawdzenie jak na nie reaguje skóra Waszego noworka.

Jeśli chodzi o kosmetyki, na codzień używamy linomagu na zmianę z bepantenem (do higieny okolic odbytu, nawilżania skóry pośladków i nóżek), zasypki/pudru Johnsons&Johnsons (do zasypania odparzeń pachwin jeśli się pojawią oraz popularnych odparzeń fałdów skórnych na szyjce - uwaga! przed użyciem zasypki musicie skórę dobrze umyć gotowaną wodą i dokładnie wysuszyć), kremu ochronnego Bambino - na buzię, przed wyjściem na dwór w chłodniejsze dni.

Dodatkowo nie wyobrażam sobie dnia bez:
- podkładów na przewijak - pomagają utrzymać go w czystości, odizolować dziecko od tworzywa przewijakowego oraz szybko uporać się z problemem w wypadku zasikania :)
- płatków kosmetycznych - mniejszych do czyszczenia oczu i buzi i większych prostokątnych do czyszczenia pupy (nie używamy gotowych nawilżanych chusteczek ze względu na ilość chemii w nich zawartą - jedynie gotowanej ciepłej wody)
- octaniseptu - idealny do czyszczenia kikuta, a później świeżego pępuszka, ale przydał mi się również podczas zapalenia sutków czy dbania o ranę po cięciu cesarskim
- patyczków do uszu - jednak wykorzystywanych do dbania o higienę kikuta i pępka :)
- woreczków zapachowych na pieluchy - pięknie pachną i zabijają wszelkie nieprzyjemne zapachy, dzięki czemu mieszkanie pozbawione jest "swądu szczocha"
- soli fizjologicznej - idealna do przemywania oczek w wypadku zaropienia, jako krople do nosa w wypadku kataru lub problemów z oddychaniem
- wanienki i gąbki którą umieszczamy na dnie, dzięki czemu maleńki noworodek może leżeć swobodnie w kąpieli
- płynu do kąpieli - korzystamy z Hippa do ciała i włosów

Przydały się nam też:
- termometry - gdy dziecko płacze momentalnie się nagrzewa. Dopóki nie poznacie się nawzajem, spanikujecie tysiąc razy myśląc, że ma gorączkę. Warto mieć możliwość szybkiej wersyfikacji swoich lęków. Ja dla pewności wykonuję dwa pomiary - termometrem do stosowania pod pachę/doodbytniczo i doustnym w smoczku
- mielone siemię lniane - duża część noworodków dostaje po jakimś czasie wysypki, często diagnozowanej jako trądzik niemowlęcy - jednak nawet położnej może sprawić problem jednoznaczna diagnoza. Warto wówczas łagodzić objawy naparem: zalewacie łyżeczkę mielonego siemienia lnianego połową szklanki wrzątku i korzystacie z tego naparu cały dzień, rozcieńczając niewielkie ilości jeszcze mniejszą ilością wrzątku aby uzyskać letnią emulsję do przemywania - wystarczy namoczyć wacik i przemyć skórę, a następnie pozostawić do wyschnięcia. Efekty widoczne są już po 1-2 dobach
- proszek i płyn do prania Lovela, płyn do płukania
- krem Maltan - tak, nie tylko na zmęczone karmieniem sutki, ale również jako.. krem na wysuszone i popękane usta maluszka


Kolki

niestety nas nie ominęły. Tu metody są różne i znajdziecie kilka różnych zestawów, które mają zmniejszyć dolegliwości. U nas sprawdzają się (z rzeczy do kupienia, bo poza tym polecam masaże, ciepłe okłady, dużo kontaktu brzuch do brzucha i uspokajania dziecka):
- probiotyk Biogaja - pierwsze efekty mogą wystąpić już po pierwszej dobie od podania, najczęściej zaleca się podawanie przez 2-3 miesiące
- krople Espumisan 100 - podobno po zużyciu jednej butli będziemy mogli już z niego rezygnować
- termofor - do rozgrzewających okładów
- butelka Lovi - ze smoczkiem imitującym sutek kobiecy, wymuszającym odruch ssania jak podczas ssania piersi - uniemożliwia łapczywe jedzenie i minimalizuje ilość połykanego wówczas jedzenia. Dla mnie numer jeden, dużo lepszy od butelek antykolkowych które już zdążyliśmy przetestować
- rumianek - delikatny napar z rumianku podawany do picia, napar z kopru u nas się nie sprawdził


Inne

- kocyków nigdy dość :) Już pisałam, że biją początkowo wypatrzone przeze mnie rożki na głowę. Dobrze mieć ich kilka - u nas zwykle kocyki są rozłożone w newralgicznych miejscach mieszkania (sypialnia małego, nasza, salon) i w wózku, a zawsze jakiś się zabrudzi :)
- pieluchy tetrowe - niezastąpione do wycierania buźki i podczas odbijania po jedzeniu
- pieluchy flanelowe - czasami warto położyć niemowlaka na czymś innym niż sztuczny kocyk, flanela jest ciepła i miła dla skóry
- cążki i nożyczki do paznokci
- szczotka do włosów
- karuzela na łóżko lub cokolwiek z muzyką/kołysankami co będziecie mogli włączyć podczas usypiania

Pierwsze dni w domu

W szpitalu myślałam tylkoo tym aby wrócić do domu, być już z dala od nie swojej łazienki, naprzemiennego płaczu Kazika i innych dzieci, nocy przerywanej nagłym blaskiem światła o 5 rano na mierzenie temperatury itd..

Jednak nie myślałam o tym, jakie przerażenie czeka mnie we własnych czterech ścianach, z dala od świadomości pomocy medycznej dostępnej na wyciągnięcie ręki,z niepewnością, strachem dotyczącym prawidłowości poszczególnych zachowań, rozchwianiem emocjonalnym i słabym samopoczuciem fizycznym.

Pierwszą przeszkodą było wdrapanie się po schodach na drugie piętro, rozcięte mięśnie brzucha spowodowały że trudność była większa niż w ostatnim dniu ciąży. Później jednak było tylko gorzej - wielkie gorzkie łzy toczyły się po moich policzkach co chwilę. Bo blizna, wiszący brzuch i niejędrne, suche, dziwne ciało. Bo brak pokarmu w piersiach. Bo płacz małego - czemu on tak płacze, płaczę razem z nim, co robię źle jako matka skoro on płacze?!Czy dobrze go przewijam, czy nie za mało karmię, kiedy on chce jeść, kiedy może nasikał do pieluchy, czy to normalne że się podrapał, czy paznokcie obciąć czy zostawić, co to za krostka, czy mogę go wykąpać, czy już wyjść na spacer...

Co chwilę wszystkim sie przejmowaliśmy i chodziliśmy zdenerwowani, a razem z nami - nasze dziecko. Hormony niczego nie ułatwiały, przez tydzień krokodyle łzy lały się po moich policzkach, a tata Kazika dzielnie znosił moje rozchwianie i starał się mnie wspierać. Byłam przerażona dosłownie wszystkim i ciągle.

Co mi i nam pomogło?

1. Wizyta doradcy laktacyjnej - a jednocześnie położnej. Nie tylko pomogła mi w okiełznaniu piersi i uporaniu się z nagłym nawałem i zastojem w jednej z nich (w drugiej nadal nie było pokarmu),ale też z poczuciem winy związanym z za małą ilością pokarmu wątpliwej jakości.
Pomogła nam odpowiedzieć na najbardziej palące kwestie związane z dzieckiem - pokazała jak je prawidłowo nosić, karmić z butelki, przystawiać do piersi, czyścić kikut, sprawdzać czy żółtaczka nie wraca, rozpoznawać rodzaj płaczu... i najważniejsze - wytłumaczyła że to co nam wydaje się niepokojące jest zupełnie normalne. Dzieci śpią, płaczą, krzyczą - to jest normalne. To nie musi oznaczać że Wy robicie coś nie tak.
Dzięki takiemu uspokojeniu emocje opadły z nas na dobre dwa dni i dziecko od razu poczuło się lepiej :)

2. Wizyta położnej patronażowej - od razu po powrocie do domu tata Kazika pojechał zarejestrować go w przychodni. Niestety okazało się że na pierwszą wizytę u pediatry musimy czekać dwa tygodnie, ale dość szybko odezwała się do nas położna, która jeszcze przez telefon rozwiała pierwsze wątpliwości - akurat byłam w fazie niespania i przerażenia ponieważ Kazik nie zrobił cały dzień kupki. Ja już dostawałam rozstroju nerwowego z powodu czegoś, co okazało się normalne. Dzieci mogą robić 10 kupek dziennie a mogą nie robić ich przez 3 dni, w należności od różnych czynników. Położna zaleciła mi przez telefon stosowanie kropli probiotycznych mających na celu złagodzenie problemów z brzuszkiem, a podczas samej wizyty obejrzała dokładnie i mnie i małego i udzieliła odpowiedzi na wszystkie nasze pytania.

3. Rozmowy z mamą oraz z koleżankami, które mają kolejne dziecko - zadawanie konkretnych pytań i uzyskiwanie porad - np. jak trzymać dziecko do odbicia (wcale nie było to dla mnie oczywiste), jakich pieluch używać, które mleko modyfikowane jest najlepsze, czy inne dzieci często sikają/płaczą/śpią itd. Takie porównania pozwalają wysnuć wnioski - że każde dziecko jest inne, ale że są pewne kwestie powtarzalne. I znowu - pewne zachowania u noworodków są NORMALNE.

Nie namawiam do bagatelizowania niczego, co wydaje się Wam podejrzane czy niepokojące - namawiam do tego aby korzystać z pomocy osób doświadczonych i zajmujących się noworodkami profesjonalnie. To pozwoli rozwiać wątpliwości i ukoić Wasze skołatane nerwy, a co za tym idzie - lepiej zająć się dzieckiem.

Powodzenia - i Wam i sobie :)

Recenzja: Bralczyk i Ogórek, Na drugie Stanisław, Nowa księga imion

Tę książkę polecam w szczególności przyszłym rodzicom, któzy nie wiedzą jakie imię nadać dziecku i kłócą się o znaczenie, które toż będzie ze sobą niosło, jaką rolę odegra w nadaniu dziecku charakteru.

Imię najczęściej dostaje się po kimś - z rodziny, znajomym, bohaterze serialu, historii. Czasami dlatego bo podoba nam się brzmienie poszczególnych głosek. Niekiedy ze względu na charakter jaki ze sobą niesie według przypowieści lub podań historycznych.

Jerzy Bralczyk i Michał Ogórek prowadząc dialog przybliżają znaczenie poszczególnych imion i tłumaczą, czemu niosą nas one przez życie, zwracając jednocześnie uwagę na modę zmieniającą się w zakresie nazywania kolejnych pokoleń.

Warto zajrzeć do tej pozycji i sprawdzić również co niesie ze sobą nasze własne imię :)

"
O: Bo Kazimierz jest i Wielki, i Atrakcyjny jest Kazimierz.
B: Najlepszy polski król to też Kazimierz, Jagiellończyk.
O: Najlepszy polski król?
B: Oczywiście. Polska była największą potęgą właśnie za Kazimierza Jagiellończyka.
(...)
O: Z królów Kazimierzów był jeszcze Kazimierz Dejmek - król teatru.
B: Już myślałem, że powiesz: Kazimierz Deyna.
O: Też. Tyle że on do teatru chyba nie chodził.
B: Ale czy coś ich łączyło poza imieniem?
O: Może siła? Ponoć Deyna strzelił bramkę Włochom z taką siłą, że mu pękł but. Dejmek też nie ułomek. Obydwaj mieli też niewyparzony język. "Aktor jest do grania tak jak dupa do..." - mówił Dejmek. Dosyć poniżał aktorów, ale osiągał rewelacyjne rezultaty.
"

TEN dzień: poród!

Kilka miesięcy przygotowań - ciała, psychiki, otoczenia. A i tak w 9 miesiącu szaleństwo - jak to będzie, co to będzie, jak rozpoznać, kiedy nastąpi, co wtedy robić, jak nie zwariować, a najlepiej - jak to przespać i obudzić się z grzecznym, odchowanym, dużym i niewymagającym dzieckiem u boku?

Zanim jednak dojdzie co do czego - zastanawiam się kiedy TO nastąpi. Dwa tygodnie przed terminem zaczynam denerwować się tym faktem. Torba spakowana, pokój urządzony, miśki z karuzeli fruwają tyłkami do góry i czekają. Teoretycznie Kazik może już do nas wychodzić. Czuję że mu niewygodnie i ciasno, nie ma się nawet jak obrócić, a próby przesunięcia kończyn powodują niezły ból u mnie i wściek w środku nocy.
Zaczynam odczuwać nacisk na dół macicy, tak jakby nasz syn postanowił jednak się wydostać z zza małego środowiska, pachwiny bolą, biodra promieniują na całe ciało, bóle miesiączkowe obecne, po schodach na nasze drugie piętro z dnia na dzień bardziej się wciągam niż wchodzę, z podłogi mojego samochodu to już nic nie podniosę bo się nie schylę, a skurcze mendy jedne nadal nie nadchodzą. Co jest grane, przecież mogłoby się już zacząć?

Pierwszego dnia 38 tygodnia na KTG pielęgniarka mówi: "pójdzie pani teraz do pana doktora, zapis jest  w normie, ale skurcze jeszcze nie występują, a pewnie by pani już chciała?". Pewnie że bym chciała, myślę sobie, ale bez takiego ostatecznego przekonania, bo z drugiej strony poród, krew, nieczystości, łzy i przeciskanie arbuza przez cytrynę... Ale tydzień później bardzo chcę zobaczyć choć cień po tych skurczach, bo normalnie nie mam już sił.

No ile można być taką grubą kluchą, która nie ma na nic siły, w dodatku nie może zjeść niczego na co ma ochotę i dostaje świra gdy dzieciak szaleje i jeszcze większego gdy tego nie robi?

Zastanawiam się czy rozpoznam skurcze, czy odejdą mi wody, czy może ten obrzydliwy czop o którym tyle się mówi, czy zwyczajnie - w dniu terminu będę musiała stawić się na izbie przyjęć na indukcję porodu, która jest stosowana w wypadku ciąży cukrzycowej, ze względu na szybko starzejące się łożysko. Kwestia zakładania cewnika-balonika, wlewania oksytocyny i wywoływania porodu nie przemawia do mnie, szczególnie że spodziewam się, że jeśli do niej dojdzie to znając życie potrwa to minimum kilka dni.

Dlatego namawiam Kazika, w myślach oraz na głos, aby zechciał wyskoczyć do nas jeszcze w lutym.

Szpital
Szpital wybieram właściwie na początku ciąży - mój wybór pada na Żelazną, ze względu na dobre opinie krążące wśród znajomcyh, ale i w zakamarkach internetu. Im jednak bliżej końca ciąży tym więcej mam wątpliwości, głównie związanych z tym że w terminie mojego porodu tych porodów zwykle jest sporo (luty/marzec to niezły ruch w interesie!) i że istnieją spore szanse, że zostanę w najmniej oczekiwanym momencie odesłana gdzie indziej. Tak więc gorączkowo zaczynam szukać alternatywy.
Właściwie nie wiem czemu decyduję się na Inflancką - gnana jakimś instynktem, wybieram spośród wspomnianej Żelaznej, Starynkiewicza oraz Orłowskiego. W ostatniej możliwej chwili nachodzi mnie taka myśl, a ponieważ wyznaję zasadę że jakakolwiek myśl jest lepsza od żadnej - postanawiam się jej trzymać. Od 36 tygodnia muszę jeździć na regularne KTG, tak więc postanawiam jeździć tam właśnie.

Szpital nie ma zaktualizowanej strony internetowej (powiedzmy sobie szczerze - nie ma żadnej funkcjonującej w ogóle), ale za to posiada numer na infolinię. Jak jest z infolinią - wiadomo, ale nie poddaję się i w końcu uzyskuję połączenie. Okazuje się że pani odpowie mi na wszystkie pytania. Dzięki temu nie tylko zapisuję się na konkretny termin i godzinę KTG, ale dowiaduję również o warunkach szpitalnych, warunkach porodu itp. Jeśli ten nie zacznie się samoistnie, to w dniu terminu mam się stawić ze wszystkimi dokumentami i wynikami badań oraz torbą na izbie przyjęć - do indukcji. Pasków cukrzycowych nie otrzymam, muszę zapewnić je sobie na czas pobytu w swoim zakresie, ale obejmie mnie dieta cukrzycowa - pani jednak napomyka że warto mieć jeszcze "coś tam swojego". Ponieważ równolegle z cukrzycową mam dietę wegetariańską, to już tymbardziej "coś tam swojego" powinno zaistnieć... Niewiele dowiaduję się na temat wymaganej wyprawki ("sprawdzi sobie pani na stronie jakiegoś innego szpitala"), ale postanawiam jechać na KTG i zobaczyć jak to wszystko wygląda.

Szpital był odnowiony w zeszłym roku i standardem przypomina bardziej prywatną klinikę - to moje pierwsze wrażenie, kontrast po doświadczeniu z innymi szpitalami.
KTG odbywa się w przychodni przyszpitalnej, tak więc nie mam szans obejrzeć wcześniej izby przyjęć. Przychodnia jest przestronna, jasna, z elementami pomarańczu, z wygodnymi skórzanymi fotelami (pomarańczowymi oczywiście). Na KTG zaprasza miła pani pielęgniarka, do przestronnego gabinetu z 4 stanowiskami - każde łóżko oddzielone jest od innych zasłonkami, panuje atmosfera intymności i szacunku. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to niezbyt miły lekarz opisujący badanie, ale świat nie jest przecież doskonały.

Ostatni tydzień
Ostatnie dni są najgorsze. Nie tylko ze względu na ogólne poddenerwowanie i oczekiwanie na poród i sam jego fakt. Z dnia na dzień robi się coraz ciężej, zawartość brzucha naciska na podbrzusze i wszystko co się tam znajduje, nigdy nie wiem czy muszę iść do toalety czy tylko mi się wydaje, z dnia na dzień przestaję móc się schylić i sięgnąć do podłogi, nawet wstanie z kanapy jest trudne - stawy się rozluźniają, a jednocześnie rozszerzają i bolą, nie mogę wytrzymać z powodu bólu pachwin, miednicy, bioder, krzyża, nawet dłoni. Nie chcę zamieniać się w jęczącą i biadolącą kulę nieszczęścia, ale trochę tak się czuję.
Wypróbowuję chyba wszystkie znane mi domowe metody na przyspieszenie porodu (no może poza tymi związanymi z różnymi potrawami, nadal raczej przestrzegam diety cukrzycowej), ale nic nie działa, a jedynym efektem jest moje zmęczenie i jeszcze mniejsza możliwość poruszania się. Nagle po prostu bycie staje się problemem. I do tego stres związany z tym jak to będzie w trakcie porodu, jak będzie po porodzie, lęk o to czy Kazik na pewno jest zdrowy i kiedy w końcu go zobaczymy...
Dramat!

Symptomy
W 39 tc odwiedzamy naszą panią ginekolog, która podczas badania postanawia namówić Kazika do powolnego opuszczania brzucha - wstępny masaż szyjki macicy jest bardzo bolesny i sprawia że naprawdę zaczynam bać się porodu! Leżąc na fotelu pocę się, płaczę i jestem cała czerwona. Badanie do przyjemności nie należy. Ale faktycznie coś zaczyna się dziać, całą noc mam skurcze, brzuch pręży się i twardnieje, odchodzi chyba pierwsza część czopu. Myślę że coś zacznie się dziać, ale niestety - rano objawy ustępują i rozpoczyna się najgorszy okres poddenerwowania. Nie mogę wygodnie siedzieć ani leżeć i wszystkie objawy ostatniego tygodnia w zależności od dnia są silniejsze lub silne nie do wytrzymania.
Końcówka 40 tygodnia to przeziębienie - podwyższenie temperatury, zupełne zmęczenie i chwilowe skoki cukru powiązane ze skokami ciśnienia i tętna.
W czwartek i piątek Kazik postanawia być spokojniejszy, chyba ze względu na choróbsko męczące mamę, a ja nadal nie mogę się go doczekać, ale przesypiam większość dni.

Jedziemy na Izbę Przyjęć
Dwa dni przed terminem przez połowę czasu mecze się ze skurczami i twardniejącym brzuchem, nie jestem w stanie wziąć nawet prysznica bez pomocy. Jednak rano wszystkie objawy mijają i dzień przed wstaje tak zestresowana, ze czyszczę ponownie cale mieszkanie, zmywam, szoruje, piorę a nawet prasuje. Po kilku godzinach takiej nadaktywności mieszkanie jest gotowe na moje ewentualne go opuszczenie a ja opadam z sil. Stres powoduje ze nie jestem w stanie nawet rozmawiać przez telefon, niesamowicie boje się tego co ma nadejść choć jednocześnie chce żeby Kazik w końcu znalazł się poza brzuchem. Niemal wariuje. Jednak 29 lutego mija bez jakiejkolwiek akcji, wręcz z ustąpieniem wszystkich objawów - i nie ma już przebacz, następnego dnia musze zjawić się na Izbie Przyjęć. W poniedziałek dzwonię na IP aby dowiedzieć się o której mam się stawić we wtorek 1 marca 2016 - tego dnia mija ostateczny termin w którym miałam rodzić naturalnie i zgodnie z przykazaniem lekarza prowadzącego muszę zgłosić się na indukcję porodu.

1 marca
IP, godz. 11, przede mną w kolejce teoretycznie tylko jedna pacjentka, w praktyce wchodzę dopiero o 11:50. Panie, wbrew internetowej opinii, są sympatyczne i odpowiadają na wszystkie moje pytania. Zbierają wywiad, niezbędne badania, mierzą mnie i prowadza na ktg. Po 40-minutowym zapisie przejmują mnie 2 ginekolożki, z czego jedna się uczy i każda jej czynności jest powtarzana przez starszą koleżankę. Badanie ginekologiczne wskazuje na zamknięta i długa szyjkę, dowiaduję się więc że trafię na patologię i pewnie spokojnie będę czekała na dalsze badania. Przebieram się i salowa odwozi mnie na wózku (strasznie mi głupio ze musi mnie wieźć, taką ciężką...) na oddział. Tam przechwytuje mnie pielęgniarka która pyta o rodzaj diety i już mamy wypełniać odpowiednie kratki, gdy przez ramię zerka jej ordynator oddziału i mówi że ja nie idę na żaden oddział a na przedporodowy. Nie wiem o co chodzi, nikt mi nic nie mówi, tata Kazika nie może ze mną wejść, jedynie przekazuje rzeczy przez położną od której dowiaduję się że o 16tej (jest 14) będę miała indukowany poród. Nic nie mogę jeść choć nie jem już od rana i powoli zaczyna mi rozsadzać głowę. Podłączają mnie pod ktg i tak leżę. Dopiero godzinę później podczas kolejnego badania dowiaduję się od innej lekarki że ordynator uznał iż podczas pierwszego ktg tętno dziecka było zbyt niskie. Obecne badanie tego nie potwierdza ale i tak szykuję się na indukcje.
O 15.40 podłączają mi kroplówkę z oksytocyną po której nic się nie dzieje, nawet minimalne skurcze się wyciszają a ja umieram z głodu, bólu głowy i całego ciała od leżenia na boku.
Przed 22 koniec próby indukcji, zakończony zupełnym brakiem sukcesu, po badaniu które stwierdza ze z szyjką też się nic nie dzieje przechodzę na oddział patologii z informacją że następnego dnia poczekamy na rozwój wydarzeń.
Na oddziale 3osobowe sale z oddzielnymi łazienkami, warunki niezłe, choć warto pamiętać o tym że po każdym badaniu może dojść do krwawienia i mieć ze sobą zapas wkładek lub podpasek.

2 marca
Ale nie czekamy. Najpierw jem wyśmienite śniadanie dla bezmięsnej cukrzycówki (choć przyznaję że nawet niezbyt świeże ale pieczywo po takim czasie to prawdziwy rarytas!), później podczas badania dowiaduję się że mam duże spadki cukru, a dziecko za mało miejsca w brzuchu i okresowo spada mu tętno - muszę urodzić dziś. Ponieważ inne metody nie przyniosły żadnego skutku będę miała przebijany pęcherz płodowy. Poprzednie dwa dni stresu są niczym w porównaniu z tą wiadomością, boję się tak że nie jestem w stanie powstrzymać płynącego potoku łez. Od 10-tej leżę pod ktg i czekam do indukcji wyznaczonej na 13-14ta.

W międzyczasie trafiam na jednoosobową salę porodową i tu już tata Kazika może być ze mną, co jest znaczącą ulga. Sala jest wygodna i przestronna, z dużą łazienką, a w dodatku bardzo mila położna uspokaja mnie i tłumaczy na czym polega zabieg - lekarz podczas badania wewnętrznego niewielkim narzędziem przebija pęcherz, co ma doprowadzić do rozpoczęcia akcji skurczowej i samego porodu. Czasami trwa to kilka godzin, czasami kilkanaście - trudno powiedzieć jak zareaguje akurat mój organizm.
W międzyczasie zmienia się dyżur położnych i przejmuje mnie kolejna, z którą chętnie kontynuowałabym poród do końca. Po 13 przychodzi lekarz na przebicie pęcherza - podczas wewnętrznego badania ginekologicznego wprowadza narzędzie i przebija powłokę. Zajmuje to trochę czasu, szyjka jest nierozwarta i długa co jest problematyczne (przebijanie odbywa się zwykle przy zgładzonej szyjce i minimum 2 cm rozwarcia) ale w końcu jakoś idzie i czuję jak spomiędzy nóg wylewa mi się potok gorącego płynu. Położna naciska pupę dziecka i wyciska ze mnie jak najwięcej się da. Po tym zabiegu zostaję na łóżku, z podkładami między nogami, z cieknącymi wodami i czekam na skurcze.
Początkowo przychodzą te co zawsze od kilku dni, przypominające bardzo silny ból miesiączkowy, ale ściskające na dole brzucha. Jednak niedługo później zaczynają się również te idące od góry brzucha, regularne, połączone z krzyżowymi które są bezwzględnie najgorsze. Cały czas muszę leżeć pod zapisem ktg, który ciężko wychwycić przy ruchliwym dziecku, leżę więc nieruchomo a dodatkowo ręką musze dociskać czujnik tętna dziecka. Wszystko boli niewyobrażalnie od samej pozycji a każdy kolejny skurcz jest udręką dla krzyża. W międzyczasie spada mi cukier i co godzinę dostaję do wypicia herbatę z 2 łyżeczkami cukru, która jest dla mnie tak słodka ze aż robi mi się niedobrze. Jednak po takiej dawce cukier dobija do 80, po czym za każdym razem spada znów do 60. Około 18tej udaje mi się zyskać pół godziny ulgi - mogę usiąść na piłce i jest to najprzyjemniejsza cześć porodu ponieważ daje ulgę plecom. Jednak za chwilę znów wracam pod ktg ze względu na nieprawidłowe zapisy, wracam więc do nieruchomego leżenia i nowej położnej która już nie bardzo ma ochotę robić mi herbatę. Zmienia się również lekarz który decyduje o podaniu kolejnego wlewu oksytocyny aby przyspieszyć rozszerzanie szyjki. Po 20tej mam skurcze co 3 minuty, cukier bez herbaty spada, dostaję drgawek z zimna, a szyjka ma ledwie 4 cm...
Około 20.35 przychodzi lekarz i bez ogródek przedstawia mi sytuację - z każdym moim skurczem tętno dziecka zanika, muszę zgodzić się na cesarkę.

Wszystko dzieje się błyskawicznie - dostaję dokumenty do podpisu, zdejmuję swoją koszulę i zakładam szpitalną, położna zakłada mi cewnik i wiezie na salę operacyjną a tata Kazika w tym czasie pakuje nasze rzeczy. Na sali operacyjnej muszę wejść na stół oraz wytrzymać na nim z wypiętym kręgosłupem do znieczulenia co jest niełatwe bo oksytocyna zaczęła właśnie działać na całego i mam skurcz za skurczem. Po zastrzyku między kręgi zostaję położona na plecach, przed twarzą stawiają mi parawan, umieram ze strachu o Kazika i płaczę. Na szczęście u szczytu głowy staje anestezjolog który rzeczowo i spokojnie tłumaczy mi każdy kolejny krok. Nie czuję nic do szyi, w klatce piersiowej ogromny ucisk, zawroty głowy są nieporównywalne z żadnymi innymi, przestaję słyszeć Zostaje rozkrojona niemal natychmiast i czuję jak lekarze wyjmują Kazika na zewnątrz ale go nie słyszę. Po chwili dobiega mnie cichy kwik i nad parawanem widzę ciałko mojego chłopca: "wszystko w porządku, dziecko żyje". Wpadam w spazmatyczny ryk, nie mogę powstrzymać łez, zaczynam się dusić i dostaję tlen.

Kazik zostaje zbadany i przekazany do kangurowania Tacie. Mnie po zszyciu przewożą na salę pooperacyjna i podłączają pod kroplówki. Nie jestem w stanie nic powiedzieć ani się ruszać ale po jakimś czasie pielęgniarka przynosi do mnie Kazika, podnosi moje ramię i przystawia go do piersi. Spędzamy tak całą noc. Nie mam jak podnieść głowy i go obejrzeć, nie wiem jak wygląda mój synek, ale całą noc nie śpię tylko słucham jego oddechu i mimo wielu godzin poprzedzających ten moment - uznaję że jest to najpiękniejsza noc mojego życia. Nie umiem opisać słowami uczucia które towarzyszy pierwszej nocy spędzanej z dzieckiem przytulonym do boku.




Lampki z piłeczek ping pongowych

Jakiś czas temu, gdy męczyłam się z pierwszymi własnoręcznie wykonywanymi lampkami cotton balls do pokoju Kazika, Monia ode mnie z pracy pokazała mi pomysł na lampki wykonane z piłeczek ping pongowych. Wystarczyło kupić piłeczki, naciąć je nożykiem i nałożyć na kolorowe lampki choinkowe. W dzień wyglądają średnio (jak to piłeczki ping pongowe naciągnięte na kabel :)), ale w nocy wydawały się ładnie świecić. Postanowiłam więc połączyć obie idee, jednocześnie ograniczając nerwy związane z trudnościami nawijania kordonka na niesforne baloniki wypełnione powietrzem w wypadku cotton balls, i zobaczyć co z tego wyjdzie.

Efekt przerósł moje oczekiwania - wg mnie lampki są fajniejsze nawet od cotton ballsów, które obecnie można znaleźć już w co drugim mieszkaniu.

Śmiem twierdzić że pingpongballsów nie ma jeszcze nikt! :)


Jak to się robi?

Będziecie potrzebować:
- światełka led (ja wybrałam sznur 50 kolorowych światełek do powieszenia w pokoju, na przezroczystym kablu, zasilany na baterie AA + drugi, 20 światełek w kolorze zimno białym do powieszenia na oknie)
- włóczki w wybranym kolorze (ja posłużyłam się kordonkiem, zużyłam około 6 motków 200 metrowych)
- piłeczki ping pongowe (wybrałam białe, bez nadruków, najtańsze - kupione w pakiecie 100 sztuk na allegro)
- klej do rozrobienia z wodą (ze względu na ciążę i toksyczność kleju ja użyłam domowego krochmalu – jest też bardzo tanim rozwiązaniem! tutaj przepis na domowy krochmal>>)
- nożyk do tapet, skalpel, nożyk do prac modelarskich do nacinania piłeczek
- przezroczysty silikon do mocowania kabla ze światełkami


1. Każdą piłeczkę oplatamy wybranym kordonkiem (lub kilkoma kombinacjami). Aby sznurek przyklejał się do piłeczki możemy go zmoczyć wodą. Po nawinięciu na kilkę w jednym miejscu sznurek odsuwamy tak, aby zrobił wolną przestrzeń na późniejsze wycięcie otworu na światełka - robimy to gdy kordonek jest jeszcze mokry, łatwiej go wówczas ułożyć


2. Przygotowujemy krochmal. Po jego ostygnięciu zamaczamy każdą piłeczkę i bardzo dokładnie wcieramy krochmal w kordonek, tak aby krochmal dotarł do każdej warstwy. Odkładamy na godzinę na durszlak, aby resztki krochamlu spłynęły

3. Wykładamy półkę folią, zostawiamy na niej piłeczki na jedną noc - do wyschnięcia

4. Następnego dnia sprawdzamy czy wszystkie nitki trzymają się piłeczek, jeśli coś wyszło lub się rozsunęło - to jest moment aby, jeszcze na mokro, dokonać poprawek. Następnie układamy piłeczki na górze kaloryfera i zostawiamy na kolejną dobę do dokładnego wyschnięcia. Po wyschnięciu kordonek będzie sztywno trzymał się piłeczek

5. Przy pomocy skalpela/nożyka delikatnie nacinamy piłeczkę we wcześniej zostawionym miejscu. W zależności od tego z jakiego materiału wykonane są nasze piłeczki - nożyk albo będzie wchodził w nią bardzo łatwo i wystarczy delikatne nacinanie, albo może okazać się że piłeczki są bardzo twarde, wówczas najlepsze jest wwiercanie się w jej powierzchnię czubkiem nożyka i poprzez spiralne obracanie nożyka - drążenie okrągłego otworu. Ja w paczce miałam piłeczki z 3 różnych tworzyw jak się okazało podczas cięcia :)
6. Do każdego otworu wkładamy lampkę

7. Otwory prawdopodobnie nie wyjdą idealnie równe i niektóre lampki będą w nich tkwiły bardzo ciasno, inne - będą wypadały. Aby uniknąć problemu z kulkami spadającymi z lampek, warto jest zabezpieczyć otwór np. klejem - ja użyłam bezbarwnego silikonu, którego po zakończeniu pracy nie widać na powierzchni piłeczek, światło ładnie też przez niego przenika




 I gotowe :) Jak Wam poszło?






Miesiące 4, 5 i 6...

Szyjka macicy skraca się coraz bardziej, mam absolutny zakaz jakiejkolwiek aktywności. Nie mogę biegać, używać orbitreka, robić treningów, ani nawet chodzić na spacery!

W pracy proszę o skrócenie dnia do ośmiogodzinnego, a po powrocie do domu leżę, trzymając nogi na oparciu kanapy. Sprzątam w weekendy, gdy nie muszę wychodzić do biura, uważając na każdy krok. 

Straszy mnie perspektywa dziecka wypadającego ze zbyt płytkiej macicy. Regularnie przyjmuję Luteinę, jest to niefajne i męczące i nie wyobrażam sobie że będę musiała to robić jeszcze przez kilka miesięcy. W coraz większej ilości czynności wymagam pomocy, nawet stanie bywa problemem. Chodzę do pracy i staram się żyć jak wcześniej, ale ciężko idzie mi przywiązanie się do kanapy. Czuję jak mięśnie mi zanikają, a tkanka tłuszczowa nagle przypomina sobie o możliwości rozrostu, choć bardzo uważam na swoją dietę. Mdłości powoli ustępują, staram się więc jeść coraz więcej rzeczy i myślę, że to fajnie że mój dzieciak w końcu poczuje smak brokułów, nabiału, i wielu całkiem niezłych warzyw. Nadchodzi też niezły moment na wspólne zamieszkanie. Wiąże się to ze zbędnymi emocjami, krzykami i uniesieniami, ale postanawiamy dać radę. W końcu fajnie będzie mieć rodzinę J

Powoli przekonuję się do tego że coś tam we mnie rośnie, choć wydaje mi się że to jakiś obcy.

a brzuch powoli zaczyna wchodzić wszędzie przede mnąNagle na początku 5 miesiąca tyję 5 kg, a pod jego koniec kolejnych 5. Wiem że coś jest nie w porządku, jestem w stanie zabić za najmniejszy kawałek słodycza który znajdę na swojej drodze (przecież ja nie lubię słodyczy!!!), ale po ich zjedzeniu jest mi słabo, serce kołacze, ciśnienie skacze, a ja usypiam w miejscu. Podobnie rzecz ma się z pieczywem i cięższymi potrawami. Muszę jednak czekać na wykonanie krzywej cukrowej do 26 tygodnia ciąży. Postanawiam przejąć się tym nagłym tyciem i przejść na dietę jeszcze przed badaniami – odstawiam słodycze i to, po czym czuję się źle – większość pieczywa, makaronów, białego ryżu itd.

W 26tc. zapada wyrok – wyniki są jakie są, dopadła mnie cukrzyca ciążowa. Od tej pory czekają mnie wizyty u diabetologa lub dietetyka, zaprzyjaźnienie się z glukometrem, regularne kłucie palca i pomiary cukru wskazujące co mogę jeść a czego nie. Nie wiem jeszcze, że z każdym kolejnym tygodniem będzie coraz gorzej i będę musiała eliminować coraz więcej i więcej aż prawie nic mi nie zostanie.

Wszyscy mówią o przypływie energii w drugim trymestrze. Ja mimo ograniczeń ruchowych rzucam się w wir pracy aby nie myśleć o tych wszystkich przeciwnościach i aby przygotować wszystkich na moją przerwę w pracy i jestem coraz bardziej zmęczona. Niestety zastrzyk energii przegapiam – przysłania go moje przemęczenie. Jeśli macie możliwość skoncentrować się w tym czasie na sobie, wyjechać na długi urlop, odpoczywać z książką, chodzić do teatru – gorąco Was do tego zachęcam. Ta energia nie przełoży się w cudowny sposób na później, nie zaczeka aż do niej dołączycie.

W tym czasie nasz Dzieciak zyskuje imię. Początkowo miał być dziewczynką, jednak intuicyjnie dostał imię „Dzieciak”. Któregoś dnia moja mama oburzyła się, że nie mówimy dzidzia, czy w jakiś inny pieszczotliwy sposób który nie przyszedł mi do głowy i trochę na przekór odpowiedziałam: „ok, skoro musi mieć imię, to będzie Mirek, pasuje?” (z tym imieniem wiąże się pewnego rodzaju anegdota z bohaterem nazywającym się w wysublimowany sposób Mirek Cierucha). Nie przypuszczałam jednak, że to odwróci się przeciwko mnie, bo gdy tylko okazało się że to chłopak to cała rodzina zaczęła nazywać go Mirkiem, a my sami – mówić tak do brzucha.
Wybór imienia okazał się trudniejszy niż myśleliśmy, a tworzenie kolejnych kilometrowych list wiele nie wnosiło, bowiem mieliśmy te listy dwie różne.
Ostatecznie znaleźliśmy imię które podobało się nam wspólnie, a w dodatku wydawało się pasować do człowieka zamkniętego w moim brzuchu.

Któregoś wieczoru podjęliśmy decyzję – mieliśmy zostać rodzicami Kazika.