Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty

Recenzja: Harvey Karp, Najszczęśliwsze niemowlę w okolicy

Tę książkę poleciła mi jedna z mam z mojej ulubionej grupy na FB, w momencie gdy zrozpaczona zapytałam pewnej nocy o sposoby radzenia sobie z kolką. Miałam za sobą wszelkiej maści kropelki, masaże, termofory, kąpiele, suszarki i inne metody, z których działała żadna. Wprawdzie nie dażę zaufaniem lektur poradnikowych dla rodziców, jednak ta mama wzbudzała moje zaufanie, w dodatku również ma syna Kazika - intuicja podpowiedziała mi, że warto spróbować. Jeszcze tej samej nocy odnalazłam książkę w księgarni internetowej i zamówiłam priorytetem.

Jedyne czego żałuję to to, że nie przeczytałam tej pozycji wcześniej. Najlepiej jeszcze w ciąży, aby od pierwszego dnia po porodzie rozumieć więcej.

Dr Harvey Karp to uznany pediatra oraz ekspert od rozwoju dziecka, ma za sobą przebadane tysiące małych ludzi. Na podstawie własnych obserwacji opracował system postępowania z płaczącymi dziećmi oraz wytłumaczył, w jego rozumieniu w sposób właściwy, fenomen kolki. W pierwszej chwili teoria brzmi dość szamańsko, ale muszę przyznać - ja jej ufam. W naszym wypadku porady się sprawdziły, a to co stosowaliśmy intuicyjnie ustawione w lepszą kolejność i wykończone lepszą jakością w końcu przyniosło sukces!

Osobiście uważam, że kolki to nie, jak powszechnie się uważa, bóle brzucha. Wg mnie jest to reakcja niedojrzałego układu emocjonalnego dziecka na fakt znalezienia się poza brzuchem matki, a to co odczytujemy za problemy z małym brzuszkiem - to tylko jeden z elementów, w dodatku nadmierna reakcja na drobne problemy, które wraz z upływem tygodni przestają być za nie postrzegane przez samo dziecko.

Książka pomogła mi nie tylko się uspokoić i dała ukojenie w potwierdzeniu powyższej teorii, ale także podała mi na talerzu rozwiązanie pewnych problemów. Możecie to uważać za szamaństwo i praktyki czarownic (niektóre metody w pierwszym momencie wyglądają przerażająco) - najważniejsze, że u nas się sprawdziło. Kazik się uspokoił, a ja zyskałam odrobinę szczęścia - w końcu byłam w stanie ukoić moje płaczące dziecko, dać mu chwilę odpoczynku i odegnać przerażenie. A nie ma nic ważniejszego w wypadku młodej matki, nieprzespanych nocy i zapłakanego noworodka.

Dr Karp przytacza swoją metodę, która opiera się na czterech teoriach:
- czwartego trymestru - wg której pierwsze trzy miesiące są dla dziecka przejściem ze stanu z brzucha do świata na zewnątrz - w tym czasie warto dać dziecku ukojenie poprzez odtworzenie atmosfery maminego brzucha
- odruchu uspokajania się - jako wyłącznika płaczu, z którym dzieci się rodzą, należy "tylko" go odnaleźć i umiejętnie włączać
- metody "5s" - wynalazku, któremu długo będę wdzięczna, który pozwolił nam zapanować nad histerią i "kolkami", dał ukojenie, uspokoił płacz i pomógł Kazikowi zasypiać - to pięć sposobów, które wykonywane w określony sposób i w określonej kolejności pomagają włączyć dziecku odruch uspokajania się
- przytulaczenia - jako dopełnienie "5s" - wspólnie pozwalają uspokoić niemowlę.

Polecam, gorąco polecam wszystkim obecnym i przyszłym  mamom niemowląt - tym, które szukają sposobu na ograniczenie płaczu i uspokojenie dziecka (ale również siebie i pytań "czy to normalne? czy ten płacz oznacza coś strasznego?"), a również tym które chcą wiedzieć co może spotkać je po narodzinach i jak próbować sobie poradzić w trudnych chwilach.


TEN dzień: poród!

Kilka miesięcy przygotowań - ciała, psychiki, otoczenia. A i tak w 9 miesiącu szaleństwo - jak to będzie, co to będzie, jak rozpoznać, kiedy nastąpi, co wtedy robić, jak nie zwariować, a najlepiej - jak to przespać i obudzić się z grzecznym, odchowanym, dużym i niewymagającym dzieckiem u boku?

Zanim jednak dojdzie co do czego - zastanawiam się kiedy TO nastąpi. Dwa tygodnie przed terminem zaczynam denerwować się tym faktem. Torba spakowana, pokój urządzony, miśki z karuzeli fruwają tyłkami do góry i czekają. Teoretycznie Kazik może już do nas wychodzić. Czuję że mu niewygodnie i ciasno, nie ma się nawet jak obrócić, a próby przesunięcia kończyn powodują niezły ból u mnie i wściek w środku nocy.
Zaczynam odczuwać nacisk na dół macicy, tak jakby nasz syn postanowił jednak się wydostać z zza małego środowiska, pachwiny bolą, biodra promieniują na całe ciało, bóle miesiączkowe obecne, po schodach na nasze drugie piętro z dnia na dzień bardziej się wciągam niż wchodzę, z podłogi mojego samochodu to już nic nie podniosę bo się nie schylę, a skurcze mendy jedne nadal nie nadchodzą. Co jest grane, przecież mogłoby się już zacząć?

Pierwszego dnia 38 tygodnia na KTG pielęgniarka mówi: "pójdzie pani teraz do pana doktora, zapis jest  w normie, ale skurcze jeszcze nie występują, a pewnie by pani już chciała?". Pewnie że bym chciała, myślę sobie, ale bez takiego ostatecznego przekonania, bo z drugiej strony poród, krew, nieczystości, łzy i przeciskanie arbuza przez cytrynę... Ale tydzień później bardzo chcę zobaczyć choć cień po tych skurczach, bo normalnie nie mam już sił.

No ile można być taką grubą kluchą, która nie ma na nic siły, w dodatku nie może zjeść niczego na co ma ochotę i dostaje świra gdy dzieciak szaleje i jeszcze większego gdy tego nie robi?

Zastanawiam się czy rozpoznam skurcze, czy odejdą mi wody, czy może ten obrzydliwy czop o którym tyle się mówi, czy zwyczajnie - w dniu terminu będę musiała stawić się na izbie przyjęć na indukcję porodu, która jest stosowana w wypadku ciąży cukrzycowej, ze względu na szybko starzejące się łożysko. Kwestia zakładania cewnika-balonika, wlewania oksytocyny i wywoływania porodu nie przemawia do mnie, szczególnie że spodziewam się, że jeśli do niej dojdzie to znając życie potrwa to minimum kilka dni.

Dlatego namawiam Kazika, w myślach oraz na głos, aby zechciał wyskoczyć do nas jeszcze w lutym.

Szpital
Szpital wybieram właściwie na początku ciąży - mój wybór pada na Żelazną, ze względu na dobre opinie krążące wśród znajomcyh, ale i w zakamarkach internetu. Im jednak bliżej końca ciąży tym więcej mam wątpliwości, głównie związanych z tym że w terminie mojego porodu tych porodów zwykle jest sporo (luty/marzec to niezły ruch w interesie!) i że istnieją spore szanse, że zostanę w najmniej oczekiwanym momencie odesłana gdzie indziej. Tak więc gorączkowo zaczynam szukać alternatywy.
Właściwie nie wiem czemu decyduję się na Inflancką - gnana jakimś instynktem, wybieram spośród wspomnianej Żelaznej, Starynkiewicza oraz Orłowskiego. W ostatniej możliwej chwili nachodzi mnie taka myśl, a ponieważ wyznaję zasadę że jakakolwiek myśl jest lepsza od żadnej - postanawiam się jej trzymać. Od 36 tygodnia muszę jeździć na regularne KTG, tak więc postanawiam jeździć tam właśnie.

Szpital nie ma zaktualizowanej strony internetowej (powiedzmy sobie szczerze - nie ma żadnej funkcjonującej w ogóle), ale za to posiada numer na infolinię. Jak jest z infolinią - wiadomo, ale nie poddaję się i w końcu uzyskuję połączenie. Okazuje się że pani odpowie mi na wszystkie pytania. Dzięki temu nie tylko zapisuję się na konkretny termin i godzinę KTG, ale dowiaduję również o warunkach szpitalnych, warunkach porodu itp. Jeśli ten nie zacznie się samoistnie, to w dniu terminu mam się stawić ze wszystkimi dokumentami i wynikami badań oraz torbą na izbie przyjęć - do indukcji. Pasków cukrzycowych nie otrzymam, muszę zapewnić je sobie na czas pobytu w swoim zakresie, ale obejmie mnie dieta cukrzycowa - pani jednak napomyka że warto mieć jeszcze "coś tam swojego". Ponieważ równolegle z cukrzycową mam dietę wegetariańską, to już tymbardziej "coś tam swojego" powinno zaistnieć... Niewiele dowiaduję się na temat wymaganej wyprawki ("sprawdzi sobie pani na stronie jakiegoś innego szpitala"), ale postanawiam jechać na KTG i zobaczyć jak to wszystko wygląda.

Szpital był odnowiony w zeszłym roku i standardem przypomina bardziej prywatną klinikę - to moje pierwsze wrażenie, kontrast po doświadczeniu z innymi szpitalami.
KTG odbywa się w przychodni przyszpitalnej, tak więc nie mam szans obejrzeć wcześniej izby przyjęć. Przychodnia jest przestronna, jasna, z elementami pomarańczu, z wygodnymi skórzanymi fotelami (pomarańczowymi oczywiście). Na KTG zaprasza miła pani pielęgniarka, do przestronnego gabinetu z 4 stanowiskami - każde łóżko oddzielone jest od innych zasłonkami, panuje atmosfera intymności i szacunku. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to niezbyt miły lekarz opisujący badanie, ale świat nie jest przecież doskonały.

Ostatni tydzień
Ostatnie dni są najgorsze. Nie tylko ze względu na ogólne poddenerwowanie i oczekiwanie na poród i sam jego fakt. Z dnia na dzień robi się coraz ciężej, zawartość brzucha naciska na podbrzusze i wszystko co się tam znajduje, nigdy nie wiem czy muszę iść do toalety czy tylko mi się wydaje, z dnia na dzień przestaję móc się schylić i sięgnąć do podłogi, nawet wstanie z kanapy jest trudne - stawy się rozluźniają, a jednocześnie rozszerzają i bolą, nie mogę wytrzymać z powodu bólu pachwin, miednicy, bioder, krzyża, nawet dłoni. Nie chcę zamieniać się w jęczącą i biadolącą kulę nieszczęścia, ale trochę tak się czuję.
Wypróbowuję chyba wszystkie znane mi domowe metody na przyspieszenie porodu (no może poza tymi związanymi z różnymi potrawami, nadal raczej przestrzegam diety cukrzycowej), ale nic nie działa, a jedynym efektem jest moje zmęczenie i jeszcze mniejsza możliwość poruszania się. Nagle po prostu bycie staje się problemem. I do tego stres związany z tym jak to będzie w trakcie porodu, jak będzie po porodzie, lęk o to czy Kazik na pewno jest zdrowy i kiedy w końcu go zobaczymy...
Dramat!

Symptomy
W 39 tc odwiedzamy naszą panią ginekolog, która podczas badania postanawia namówić Kazika do powolnego opuszczania brzucha - wstępny masaż szyjki macicy jest bardzo bolesny i sprawia że naprawdę zaczynam bać się porodu! Leżąc na fotelu pocę się, płaczę i jestem cała czerwona. Badanie do przyjemności nie należy. Ale faktycznie coś zaczyna się dziać, całą noc mam skurcze, brzuch pręży się i twardnieje, odchodzi chyba pierwsza część czopu. Myślę że coś zacznie się dziać, ale niestety - rano objawy ustępują i rozpoczyna się najgorszy okres poddenerwowania. Nie mogę wygodnie siedzieć ani leżeć i wszystkie objawy ostatniego tygodnia w zależności od dnia są silniejsze lub silne nie do wytrzymania.
Końcówka 40 tygodnia to przeziębienie - podwyższenie temperatury, zupełne zmęczenie i chwilowe skoki cukru powiązane ze skokami ciśnienia i tętna.
W czwartek i piątek Kazik postanawia być spokojniejszy, chyba ze względu na choróbsko męczące mamę, a ja nadal nie mogę się go doczekać, ale przesypiam większość dni.

Jedziemy na Izbę Przyjęć
Dwa dni przed terminem przez połowę czasu mecze się ze skurczami i twardniejącym brzuchem, nie jestem w stanie wziąć nawet prysznica bez pomocy. Jednak rano wszystkie objawy mijają i dzień przed wstaje tak zestresowana, ze czyszczę ponownie cale mieszkanie, zmywam, szoruje, piorę a nawet prasuje. Po kilku godzinach takiej nadaktywności mieszkanie jest gotowe na moje ewentualne go opuszczenie a ja opadam z sil. Stres powoduje ze nie jestem w stanie nawet rozmawiać przez telefon, niesamowicie boje się tego co ma nadejść choć jednocześnie chce żeby Kazik w końcu znalazł się poza brzuchem. Niemal wariuje. Jednak 29 lutego mija bez jakiejkolwiek akcji, wręcz z ustąpieniem wszystkich objawów - i nie ma już przebacz, następnego dnia musze zjawić się na Izbie Przyjęć. W poniedziałek dzwonię na IP aby dowiedzieć się o której mam się stawić we wtorek 1 marca 2016 - tego dnia mija ostateczny termin w którym miałam rodzić naturalnie i zgodnie z przykazaniem lekarza prowadzącego muszę zgłosić się na indukcję porodu.

1 marca
IP, godz. 11, przede mną w kolejce teoretycznie tylko jedna pacjentka, w praktyce wchodzę dopiero o 11:50. Panie, wbrew internetowej opinii, są sympatyczne i odpowiadają na wszystkie moje pytania. Zbierają wywiad, niezbędne badania, mierzą mnie i prowadza na ktg. Po 40-minutowym zapisie przejmują mnie 2 ginekolożki, z czego jedna się uczy i każda jej czynności jest powtarzana przez starszą koleżankę. Badanie ginekologiczne wskazuje na zamknięta i długa szyjkę, dowiaduję się więc że trafię na patologię i pewnie spokojnie będę czekała na dalsze badania. Przebieram się i salowa odwozi mnie na wózku (strasznie mi głupio ze musi mnie wieźć, taką ciężką...) na oddział. Tam przechwytuje mnie pielęgniarka która pyta o rodzaj diety i już mamy wypełniać odpowiednie kratki, gdy przez ramię zerka jej ordynator oddziału i mówi że ja nie idę na żaden oddział a na przedporodowy. Nie wiem o co chodzi, nikt mi nic nie mówi, tata Kazika nie może ze mną wejść, jedynie przekazuje rzeczy przez położną od której dowiaduję się że o 16tej (jest 14) będę miała indukowany poród. Nic nie mogę jeść choć nie jem już od rana i powoli zaczyna mi rozsadzać głowę. Podłączają mnie pod ktg i tak leżę. Dopiero godzinę później podczas kolejnego badania dowiaduję się od innej lekarki że ordynator uznał iż podczas pierwszego ktg tętno dziecka było zbyt niskie. Obecne badanie tego nie potwierdza ale i tak szykuję się na indukcje.
O 15.40 podłączają mi kroplówkę z oksytocyną po której nic się nie dzieje, nawet minimalne skurcze się wyciszają a ja umieram z głodu, bólu głowy i całego ciała od leżenia na boku.
Przed 22 koniec próby indukcji, zakończony zupełnym brakiem sukcesu, po badaniu które stwierdza ze z szyjką też się nic nie dzieje przechodzę na oddział patologii z informacją że następnego dnia poczekamy na rozwój wydarzeń.
Na oddziale 3osobowe sale z oddzielnymi łazienkami, warunki niezłe, choć warto pamiętać o tym że po każdym badaniu może dojść do krwawienia i mieć ze sobą zapas wkładek lub podpasek.

2 marca
Ale nie czekamy. Najpierw jem wyśmienite śniadanie dla bezmięsnej cukrzycówki (choć przyznaję że nawet niezbyt świeże ale pieczywo po takim czasie to prawdziwy rarytas!), później podczas badania dowiaduję się że mam duże spadki cukru, a dziecko za mało miejsca w brzuchu i okresowo spada mu tętno - muszę urodzić dziś. Ponieważ inne metody nie przyniosły żadnego skutku będę miała przebijany pęcherz płodowy. Poprzednie dwa dni stresu są niczym w porównaniu z tą wiadomością, boję się tak że nie jestem w stanie powstrzymać płynącego potoku łez. Od 10-tej leżę pod ktg i czekam do indukcji wyznaczonej na 13-14ta.

W międzyczasie trafiam na jednoosobową salę porodową i tu już tata Kazika może być ze mną, co jest znaczącą ulga. Sala jest wygodna i przestronna, z dużą łazienką, a w dodatku bardzo mila położna uspokaja mnie i tłumaczy na czym polega zabieg - lekarz podczas badania wewnętrznego niewielkim narzędziem przebija pęcherz, co ma doprowadzić do rozpoczęcia akcji skurczowej i samego porodu. Czasami trwa to kilka godzin, czasami kilkanaście - trudno powiedzieć jak zareaguje akurat mój organizm.
W międzyczasie zmienia się dyżur położnych i przejmuje mnie kolejna, z którą chętnie kontynuowałabym poród do końca. Po 13 przychodzi lekarz na przebicie pęcherza - podczas wewnętrznego badania ginekologicznego wprowadza narzędzie i przebija powłokę. Zajmuje to trochę czasu, szyjka jest nierozwarta i długa co jest problematyczne (przebijanie odbywa się zwykle przy zgładzonej szyjce i minimum 2 cm rozwarcia) ale w końcu jakoś idzie i czuję jak spomiędzy nóg wylewa mi się potok gorącego płynu. Położna naciska pupę dziecka i wyciska ze mnie jak najwięcej się da. Po tym zabiegu zostaję na łóżku, z podkładami między nogami, z cieknącymi wodami i czekam na skurcze.
Początkowo przychodzą te co zawsze od kilku dni, przypominające bardzo silny ból miesiączkowy, ale ściskające na dole brzucha. Jednak niedługo później zaczynają się również te idące od góry brzucha, regularne, połączone z krzyżowymi które są bezwzględnie najgorsze. Cały czas muszę leżeć pod zapisem ktg, który ciężko wychwycić przy ruchliwym dziecku, leżę więc nieruchomo a dodatkowo ręką musze dociskać czujnik tętna dziecka. Wszystko boli niewyobrażalnie od samej pozycji a każdy kolejny skurcz jest udręką dla krzyża. W międzyczasie spada mi cukier i co godzinę dostaję do wypicia herbatę z 2 łyżeczkami cukru, która jest dla mnie tak słodka ze aż robi mi się niedobrze. Jednak po takiej dawce cukier dobija do 80, po czym za każdym razem spada znów do 60. Około 18tej udaje mi się zyskać pół godziny ulgi - mogę usiąść na piłce i jest to najprzyjemniejsza cześć porodu ponieważ daje ulgę plecom. Jednak za chwilę znów wracam pod ktg ze względu na nieprawidłowe zapisy, wracam więc do nieruchomego leżenia i nowej położnej która już nie bardzo ma ochotę robić mi herbatę. Zmienia się również lekarz który decyduje o podaniu kolejnego wlewu oksytocyny aby przyspieszyć rozszerzanie szyjki. Po 20tej mam skurcze co 3 minuty, cukier bez herbaty spada, dostaję drgawek z zimna, a szyjka ma ledwie 4 cm...
Około 20.35 przychodzi lekarz i bez ogródek przedstawia mi sytuację - z każdym moim skurczem tętno dziecka zanika, muszę zgodzić się na cesarkę.

Wszystko dzieje się błyskawicznie - dostaję dokumenty do podpisu, zdejmuję swoją koszulę i zakładam szpitalną, położna zakłada mi cewnik i wiezie na salę operacyjną a tata Kazika w tym czasie pakuje nasze rzeczy. Na sali operacyjnej muszę wejść na stół oraz wytrzymać na nim z wypiętym kręgosłupem do znieczulenia co jest niełatwe bo oksytocyna zaczęła właśnie działać na całego i mam skurcz za skurczem. Po zastrzyku między kręgi zostaję położona na plecach, przed twarzą stawiają mi parawan, umieram ze strachu o Kazika i płaczę. Na szczęście u szczytu głowy staje anestezjolog który rzeczowo i spokojnie tłumaczy mi każdy kolejny krok. Nie czuję nic do szyi, w klatce piersiowej ogromny ucisk, zawroty głowy są nieporównywalne z żadnymi innymi, przestaję słyszeć Zostaje rozkrojona niemal natychmiast i czuję jak lekarze wyjmują Kazika na zewnątrz ale go nie słyszę. Po chwili dobiega mnie cichy kwik i nad parawanem widzę ciałko mojego chłopca: "wszystko w porządku, dziecko żyje". Wpadam w spazmatyczny ryk, nie mogę powstrzymać łez, zaczynam się dusić i dostaję tlen.

Kazik zostaje zbadany i przekazany do kangurowania Tacie. Mnie po zszyciu przewożą na salę pooperacyjna i podłączają pod kroplówki. Nie jestem w stanie nic powiedzieć ani się ruszać ale po jakimś czasie pielęgniarka przynosi do mnie Kazika, podnosi moje ramię i przystawia go do piersi. Spędzamy tak całą noc. Nie mam jak podnieść głowy i go obejrzeć, nie wiem jak wygląda mój synek, ale całą noc nie śpię tylko słucham jego oddechu i mimo wielu godzin poprzedzających ten moment - uznaję że jest to najpiękniejsza noc mojego życia. Nie umiem opisać słowami uczucia które towarzyszy pierwszej nocy spędzanej z dzieckiem przytulonym do boku.




Cukrzyca ciążowa - moja historia

Informacja o cukrzycy ciążowej spadła na mnie jak grom z jasnego nieba.

Oczywiście na począktu towarzyszył mi strach - o zdrowie dziecka. To nie był pierwszy strach, bowiem jak wiecie już wcześniej wiele rzeczy nie układało się pomyślnie i szaleństwo hormonów sprawiało że miałam się czego bać - a teraz dołożyło do tego nową jednostkę chorobową, okazało się że łożysko produkuje takie ilości insuliny, że mój organizm w obliczu wszystkich wyzwań nie jest w stanie poradzić sobie z przecukrzeniem. I niestety, niewiele miało to wspólnego z zajadaniem się lodami czy czekoladkami :), a przyznaję - w mojej ignorancji niezbyt wiele wiedziałam o tej jednostce chorobowej i to była moja pierwsza myśl: "przecież ja nawet nie lubię słodyczy"!


Przez pierwsze miesiące męczyłam się z nudnościami, wymiotami, wstrętem do zapachów i jedzenia - skutek był taki że przez mniej więcej 3 miesiące nie jadłam kompletnie nic poza ciemnym pieczywem i pomidorami, w każdej możliwej postaci - świeżymi, w całości, w plasterkach, przecieranymi, duszonymi, sprowadzanymi do postaci zupy pomidorowej itp. Nie tyłam wcale. Do 5 miesiąca wprawdzie moje ciało uległo zmianie, talia zaczęła zanikać i czułam ogólne osłabienie (musiałam odstawić jakąkolwiek aktywność fizyczną i mięśnie zaczęły zanikać, ciało tęskniło do jakiegokolwiek ruchu i czułam dosłownie z tygodnia na tydzień spadającą wydolność fizyczną), jednak przyrostu na wadze prawie nie było. I nagle - łup, grom z jasnego nieba! Nie dość że zapałałam miłością do wszelkich ciast i najchętniej zjadłabym każde które znalazło się w zasięgu mojego wzroku (powstrzymywał mnie jedynie zdrowy rozsądek i brak przyzwyczajenia do niezdrowego odżywania), najchętniej robiłabym zakupy w każdej napotkanej cukierni. Oczywiście na drugim krańcu była strach przed przybraniem na wadze i skrajne uważanie na ilość i jakość spożywanych potraw oraz chęć karmienia dziecka zdrowymi potrawami. To jednak nie pomogło zapobiec tragedii: w 5 miesiącu przytyłam nagle prawie 6 kg. Niewiadomo skąd. Lekarka zasugerowała że moga być to zmiany na granicy cukrzycy, mimo braku kwalifikacji do grupy wysokiego ryzyka. Gdy tylko to usłyszałam - postanowiłam zadbać o dietę. Zaczęłam czytać o cukrzycy ciążowej i oczywiście przeraziłam się - te wszystkie rzeczy które mogły grozić rozwijającemu się dziecku, ciężkie porody, ogromna masa urodzeniowa... To wszystko przemawiało do mnie bardzo wyraźnie, zaczęłam wystrzegać się wszystkiego co słodkie, a także zawierające złe węglowodany i generalnie uznawane za niewskazane w diecie "słodkiej ciężarnej".

W międzyczasie, w 22 tygodniu ciąży, wykonałam krzywą cukrzycową, przy obciążeniu 75mg glukozy. Jak to wyglądało w moim przypadku?

Obciążenie glukozą - badanie w mojej przychodni (cmp Warszawa)
Zgłosiłam się rano, na czczo, do gabinetu zabiegowego gdzie pobrano mi krew z żyły. Następnie pielęgniarka przygotowała roztwór (nie musiałam sama kupować glukozy w aptece!) - przy okazji dowiedziałam się, że mogłam przyjść z cytryną do wciśnięcia do niego, aby łatwiej mi się go piło. Nie wiem wprawdzie jaki wpływ miałoby to na wynik, wówczas jedynie żałowałam że tego nie zrobiłam. Wypicie małego kubeczka tej substancji nie należy do najłatwiejszych - jakbyście piły płynny cukier puder. Dla osób nieprzyzwyczajonych do słodyczy może to stanowić wyzwanie.
Następnie należy wyjść i poczekać godzinę na korytarzu. Nie należy nigdzie chodzić, nie wolno niczego pić ani jeść - jakikolwiek wysiłek może wpłynąć na wyniki.
Po godzinie znów pobierana jest krew z żyły, po dwóch kolejny raz.

Wyniki
Wyniki zwykle czekają na Was jeszcze tego samego dnia wieczorem - choć to zależy od przychodni i laboratorium które dokonuje analizy.
Moje były dla mnie niejednoznaczne: glukoza na czczo i godzinę po w normie, dwie godziny po - przekroczenie o 3 jednostki. 3 jednostki. Z jednej strony strach, z drugiej uspokajanie samej siebie dotyczące niewielkiego przekroczenia - ale tymbardziej postanowiłam zapoznać się z jeszcze większą ilością szczegółów na temat cukrzycy ciążowej i na wszelki wypadek trzymać dietę do najbliższej wizyty u ginekologa.

Dieta
Wyeliminowałam wszystko co mogłoby mi szkodzić. W międzyczasie zaczęłam odczuwać uderzenia cukru - np. po zjedzeniu chleba żytniego. Objawiały się silnymi zawrotami głowy, wzrostem ciśnienia, mroczkami przed oczami, tym że robiło mi się generalnie słabo i... zasypiałam. Samo to uczucie jest niezłym motywatorem do zmiany nawyków żywieniowych.
Postawiłam głównie na warzywa, choć nadal jadłam sporo owoców (głównie jabłek i mandarynek oraz grapefruitów), chudy nabiał, kasze, brązowe makarony.
Nie uchroniło mnie to przed... przytyciem kolejnych 6 kg w 6 miesiącu ciąży! Byłam zrozpaczona, zresztą kto by nie był przy takim tempie przybierania na wadze :)
Od lekarza prowadzącego moją ciążę otrzymałam skierowanie do poradni diabetologicznej - niestety okazało się, że zapisanie się na wizytę nie będzie takie proste. Ze względu na opinie o warszawskich placówkach chciałam dostać się do kliniki przy Starynkiewicza - niestety nie miała wolnych terminów do końca roku. Ostatecznie udało mi się zapisać na Karową - wizyta przypadała na 31 tydzień ciąży. Tak więc trzymałam dietę na podstawie intuicji i czekałam na konsultację z diabetologiem...

Klinika Jednego Dnia - Oddział Patologi Ciąży, Szpital przy ul. Karowej (Warszawa)
Często pytacie w Internecie o to jak wyglądają konsultacje w klinice przy Karowej w wypadku rozpoznania cukrzycy ciążowej. Otrzymujecie skierowanie od lekarza, następnie dzwonicie do dowolnej kliniki z poradnią w zakresie prowadzenia ciąży cukrzycowej (w moim wypadku tylko Karowa miała miejsca na 2015 rok) i umawiacie się na wizytę - otrzymujecie instrukcje.
Przyjeżdżacie na Karową na umówioną godzinę - albo nieco później :) Zostawiacie okrycie wierzchnie w szatni na dole, idziecie do windy znajdującej się po lewej stronie za rejestracją i wjeżdżacie na 2 piętro. Tam udajecie się do rejestracji, gdzie zbierany jest wstępny wywiad i zakładana karta - oficjalnie zostajecie przyjęte na 1 dzień do szpitala. Następnie siadacie na korytarzu i czekacie na swoją kolej na badanie KTG. To najgorsza część - ja zgłosiłam się na umówioną 8:30, a na KTG weszłam 3 godziny później... Proponuję więc uzbroić się w cierpliwość oraz koniecznie wziąć coś do czytania.. i jedzenia :)
Samo KTG trwa około 20 minut i jest raczej formalnością (o ile nie dzieje się nic niepokojącego), jednak nie dostaniecie nawet pasów podtrzymujących czujniki, trzeba więc nastawić się na chwilę niewygody.
Po KTG otrzymujecie opis badania i przechodzicie na oddział patologii ciąży do wspólnego pokoju, w którym czekacie na wywołanie przez lekarza, a następnie spotkanie z dietetykiem. Sam oddział to klasa w porównaniu z czekaniem na KTG na niewygodnej drewnianej ławeczce - skórzane fotele uszaki, a w pokoju gorąca herbata i kanapki z chudą wędliną :)
Ginekolog przeprowadza z Wami wywiad oraz przeprowadza badanie i pobiera wymaz z pochwy w celu sprawdzenia zakażenia paciorkowcami (badanie GBS, potrzebne do przyjęcia do szpitala podczas porodu, standardowo wykonywany po 34 tygodniu ciąży, ale dzięki temu będziecie miały to już z głowy).
Na koniec następuje pogodanka z dietetykiem - tłumaczy ona zasady żywienia podczas ciąży cukrzycowej, instruuje jak mierzyć cukry, co robić w wypadku przekroczeń, jak używać glukometru.
Po zakończeniu szkolenia każda z dziewczyn otrzymuje wypis z Kliniki z dalszymi instrukcjami (m. in. - konieczność zgłoszenia się w określonym terminie po wyniki badania GBS, kontaktu w wypadku przekroczeń cukrów) oraz receptę na paski do określonego glukomentru (sam glukometr otrzymujecie bezpłatnie w pobliskiej aptece na Mariensztacie, kupno 3 opakowań igieł i pasków na otrzymaną receptę to koszt około 50 zł).
Muszę tu zaznaczyć, że wprawdzie nie dowiedziałam się zbyt wielu rzeczy i miałam ogromne poczucie straconego czasu przez bezproduktywne oczekiwanie na KTG, jednak każda osoba z personelu była niezmiernie miła, życzliwa, konkretna i udzielała mi odpowiedzi na wszystkie moje pytania.
Co więcej - gdy po tygodniu nie udało mi się unormować wyników, nie miałam problemów ze zgłoszeniem się do dietetyka w celu uzyskania porady co mam robić dalej, podobnie jak kolejne dwa razy gdy uzyskiwałam porady drogą telefoniczną.

Pomiary cukru
Same pomiary nie są trudne, choć za pierwszym razem użycie glukometru może wydać się nieco przerażające - należy pokonać barierę i nakłuwać palce kilka razy dziennie, tylko po to aby zebrać kroplę krwi na pasek i sprawdzić wynik jaki wskaże urządzenie.
Dla mnie trudnością okazał się fakt, że mimo kilku tygodni diety nie miałam unormowanych cukrów. O ile po posiłkach byłam w stanie w ciągu tygodnia uzyskać zadowalające wyniki, na podstawie dość szybkiej eliminacji produktów podnoszących cukier, o tyle na czczo codziennie miałam przekroczenia. Było to bardzo frustrujące po tak długim czasie i po trzymaniu się dość rygorystycznej diety. Tu z pomocą przyszła mi dietetyk z Karowej, która powiedziała mi coś, co nie od razu było dla mnie logiczne - za mało jadłam, a to powodowało zbyt wysokie wskazania. Otóż jeśli trzustka nie pracuje zbyt długo - poziom cukru wzrasta. Gdy jemy za mało (w obawie o podwyższenie cukru) - nie tylko dziecko się denerwuje, ale również trzustka nie ma czego przerabiać, zasypia i organizm zalewa wyrzut cukru. Tak więc w moim wypadku skończyło się na czymś, czego nie wyobrażałam sobie w "normalnym", przedciążowym, życiu - 8 posiłkach na dobę.

Rytm dnia został podporządkowany cukrzycy:
7.30 - pobudka i mierzenie cukru na czczo
7.35 - leki hormonalne i pół godziny odpoczynku
8.30 - pierwsze śniadanie
9.30 - drugie śniadanie
11.00 - trzecie śniadanie
13.30 - zupa
16.00 - obiad
19.00 - podwieczorek
22.00 - kolacja
01:00 - posiłek przed snem

Brzmi jak wariactwo? Owszem, a jeśli dodam do tego, że z czasem coraz więcej rzeczy "wywala" cukier i dieta staje się coraz bardziej ograniczona, co prowadzi do kłopotów z utrzymaniem sensownej dobowej wartości kalorycznej przy tylu posiłkach... no cóż.
Przyjmowanie insuliny nie jest szkodliwe dla matki ani dla dziecka - w wypadku cukrzycy ciążowej niejednokrotnie spotkanie się z tym zdaniem. Jednak ja osobiście chciałam uniknąć jej przyjmowania, dlatego z całych sił skoncentrowałam się na sterowaniu dietą w taki sposób, aby tego dokonać. Spowodowało to tyle że w 8 miesiącu ciąży ledwo udawało mi się dobijać do 1500 kcal, a w 9 miesiącu poziom ten waha się w zależności od dnia 800-1400 kcal, ale decyduję się na to tylko ze względu na to, że wyniki badań dziecka są prawidłowe, a Kazik w końcu zaczął prawidłowo przybierać na wadze (wcześniej był nieco poniżej średniej centylowej). Wprawdzie ja nadal tyję (fakt że już nie tak wiele, ale jednak będę miała przed sobą ogrom pracy po porodzie), ale Kazik ma się świetnie, a ja unikam przyjmowania insuliny. Dlatego, mimo tego że zdarza mi się chodzić głodnej, złej, a po nocach śnią mi się kanapki z pieczywem, serem żółtym i pomidorami - zamierzam dotrwać do końca, nie zostało już zbyt wiele :)

Z czego musiałam zrezygnować?
Oczywiście ze słodyczy, w następnej kolejności ze wszystkiego co zawierało mąkę - makaronów, ciast, pieczywa (nawet pieczywa IG), później z kolejnych rzeczy - ryżu, ryżu dzikiego i brązowego, makaronów durum, ziemniaków, większości gotowanych warzyw, płatków, zbóż, większości kasz...

W 39 tygodniu ciąży mój przykładowy jadłospis wygląda tak:
1. śniadanie - 1 kromka pieczywa chrupkiego + 1/2 plasterka sera żółtego + ogórek kwaszony
2. śniadanie - 2 kromki pieczywa chrupkiego + 1 plasterek sera żółtego + ogórek kwaszony + świeży ogórek
3. śniadanie - serek wiejski + papryka lub kefir
zupa - krem z brokułów lub zupa grzybowa lub zupa kalafiorowa
obiad - 50 gram kaszy gryczanej lub 40 gram makaronu durum plus warzywa duszone lub duszona kapusta kwaszona plus dużo surówki
podwieczorek - 150 gram twarogu białego zmieszanego z łyżką kakao gorzkiego i z cynamonem lub łyżka masła orzechowego i mandarynka lub starte jabłko z cynamonem
kolacja - mały niedojrzały banan + gorzkie kakao lub wasa z serem białym i warzywami lub surówka
posiłek przed snem - gorzkie kakao lub twaróg lub kawałek wasy

Czemu śniadanie dzielę na 3? Bo większe porcje na określony posiłek powodują wzrost cukru. To oznacza, że nie mogę na pierwsze śniadanie zjeść np. 2 kawałków wasy, albo że w pierwszej części dnia nie mogę zjeść sera białego itd.

I wiecie co? To kwestia przyzwyczajenia :) Większość dziewczyn, o ile trafią do diabetologa wcześniej i mają możliwość dokonywania poziomów cukru od wczesnych tygodni - podczas ciąży tyją niewiele, a w niektórych okresach nawet chudną. I mimo tego, że wszystkie śnimy po nocach o tym, czego nie możemy zjeść, a na co w ciąży mamy tak ogromną ochotę (konieczność przebywania na diecie w ciąży to prawdziwe okrucieństwo :)) - po porodzie będziemy miały zdrowe nawyki, a nasze dzieci nie są obarczane podczas tych kilku miesięcy śmiecowym jedzeniem. Tak więc - nie ma tego złego, i z tego założenia powinnyście wychodzić jeśli zapadnie diagnoza! :) Wszystko to tylko kwestia przyzwyczajenia i nie poddawania się.

Co mi pomogło
Na pewno rozmowy z innymi dziewczynami, które znalazły się w tej samej sytuacji. Bardzo szybko trafiłam na grupę słodkich ciężarnych na FB - na początku tylko czytałam, ale było to wystarczające. Na grupie znalazłam wiele cennych porad, dokumentów dotyczących tego czym jest choroba, jadłospisów, sposobów na liczenie wymienników węglowodanowych, listy produktów i czynności obniżających poziom cukru po posiłkach - słowem kopalnię wiedzy, która jest niezbędna na początku, gdy czujemy się pozostawione same sobie i zagubione w tym wszystkim.
Grupa przydaje się również w wypadku wątpliwości - zawsze znajdzie się osoba, która już przerabiała daną sytuację i podzieli się radami :)
I przede wszystkim - w końcu mamy z kim porozmawiać na temat niepokojów które nas dręczą (co robię źle? czy dziecko na tym nie ucierpi?) w atmosferze zrozumienia ("zwyczajni" znajomi zwykle uważają że nasza dieta to ograniczenie słodyczy, nic więcej, i nie widzą w tym niczego trudnego), łatwiej jest również utrzymać motywację do prawidłowego postępowania, chwalić się postępami, unikać niepowodzeń itd.
Dziewczyny - dziękuję Wam za te wspólne tygodnie! :)

Pamiętaj - jeśli podejrzewasz u siebie cukrzycę - porozmawiaj o tym z lekarzem.
Jeśli dojdzie do pozytywnej diagnozy - nie załamuj się, kiedyś tej jednostki chorobowej nie diagnozowano, a słodkie ciężarne rodziły zdrowe dzieci. Nie pobłażaj sobie jednak - zrób wszystko aby zachować zdrowie swoje i swojego dziecka.
Poświęć tyle czasu ile potrzebujesz na dokształcanie się. Pogódź się z tym że przynajmniej na początku życie będzie się kręciło wokół jedzenia, jego przygotowywania i pomiarów cukru. Wkrótce wszystkiego się nauczysz i ten cały chaos nie będzie taki straszny.
Powodzenia!

Sprawdźcie na początek:
http://slodkiemamy.edu.pl/
Grupa Cukrzyca Ciążowa na FB
Dieta dla Ciężarnej Cukrzycowej - wg szpitala Karowa


Kilka przydatnych przepisów:
- surówki dla cukrzycówek
- krem brokułowy
- pizza z kalafiora
- sernik bez mąki i cukru
- deser kakaowo-truskawkowy
- orzeźwiająca woda
- pasztet z pora
- zupa miso
- zupa grzybowa
- kiszone cytryny
- bazyliowe guacamole
- zupa kalafiorowa
- mus imbirowy
- sałatka z avocado

Strachy końca ciąży

Porodu bałam się całe życie, na długo przed zajściem w ciążę, na długo przed staraniami o dziecko, na długo przed wszystkim. To taki rodzaj paranoicznego wrodzonego lęku przed nieznanym. Do tej pory wydarzenie to jawi mi się jako jedno z najbardziej obrzydliwych i krępujących w życiu, ale fakt że natura nieźle to wszystko wykombinowała - wraz z ciążą skrępowanie nieco ustępuje (wraz z kolejnymi wizytami podczas których spaceruje się przed kolejnymi obcymi osobami z gołym tyłkiem) a jej końcówka sprawia, że ma się jej na tyle dość, że za wszelkę cenę pragnie się aby nastąpił jej koniec :)

Nie oznacza to jednak, że siedzę spokojna na kanapie przed telewizorem, pozbawiona wszelkich lęków. Jednak ku mojemy zdziwieniu te główne nie są wcale związane z porodem - którego oczywiście nadal się boję (bólu, tego jak to będzie wyglądało w rzeczywistości, tego że nie da się tego uniknąć, jak dam sobie radę, czy zachowam się z godnością, czy nie zacznę miotać słowami których będę się później wstydziła...) - ale z tym co nastąpi po nim.

Jaką będę matką?

Czy dam radę sama przewinąć moje dziecko, z którym nie wiem co się robi? Jak go ubiorę po raz pierwszy? Czy będę umiała wziąć na ręce?
Czy nie dam skrzywdzić tego maleństwa i czy sama tego nie zrobię?

Jak wychować młodego człowieka i ukształtować w nim wartości moralne? Jak przygotować go na twarde życie, jednocześnie dając to co zdołam? Czy to nie będzie zbyt mało?

Ale przede wszystkim - patrzę na mój brzuch i ciągle się boję o to co się tam dzieje. Czy to że zjadłam coś z większą zawartością cukru mu nie zaszkodziło? Czemu danego dnia jest pobudzony, czy to oznacza że jest szczęśliwy, czy wręcz przeciwnie? Czemu nie umiem rozpoznać nastrojów wnętrza mojego brzucha? Ba, często nie umiem rozpoznać czym mnie akurat zaczepia ani jak jest ułożony - czy to oznacza że brakuje mi elementarnego instynktu macierzyńskiego?

Najgorsze są jednak pobudki w środku nocy - gdy nareszcie udaje mi się zasnąć i w moim brzuchu następuje spokój - budzę się z lękiem o to czy wszystko jest w porządku i czemu on się nie rusza?!

Tak więc - ten 9 miesiąc to nie tylko lęk o to jak będzie przebiegał poród i jak dam radę. To więcej wątpliwości dotyczących tego co będzie po nim, ale również ogromne pragnienie aby w końcu nastąpił - żeby można było mieć dziecko na wierzchu i w każdym momencie na nie spojrzeć, zobaczyć jak oddycha, a nawet płaci czy grymasi. Niewiedza jest jednak najgorsza.


Cukrzyca ciążowa - fakty

Co jakiś czas wspominam tu czy tam o ograniczeniach wynikających z tej dziwnej jednostki chorobowej, która sprawia, że śniadanie takie jak na widocznym obrazku staje się niemożliwe do zjedzenia - 3 kromki chrupkiego pieczywa w pewnym momencie to zbyt wiele, ale utrzymać cukry na stabilnym poziomie...

Jednak zacznijmy opowieść od początku. Na pierwszy ogień fakty - czyli to czego najczęściej szukają ciężąrne dowiadujące się o swojej chorobie.


Co to jest?
Cukrzyca ciążowa to stan który charakteryzuje się wysokim stężeniem cukru we krwi (glukozy), po raz pierwszy rozpoznawany jest w trakcie ciąży.


Liczby

Według europejskich badań epidemiologicznych, na cukrzycę w okresie ciąży cierpi 3-5% kobiet (dane ze strony parenting.pl). 10% tej liczby stanowią kobiety z cukrzycą rozpoznaną jeszcze przed zajściem w ciążę. Pozostałe ciężarne cierpią na cukrzycę wywołaną ciążą. Jest to tak zwana cukrzyca GDM – gestationaldiabetesmellitus.


Objawy
Mogą być różne, w zalezności od indywidualnego przypadku (a podobno niekiedy choroba przebiega bezobjawowo!), jednak najczęściej wymienia się:
- zawroty głowy i omdlenia,
- silne pragnienie,
- częste oddawanie moczu,
- infekcje pochwy,
- ciągłe zmęczenie,
- zaburzenia widzenia,
- napady głodu,
- nadmierny przyrost wagi ciężarnej i płodu,
- spadek wagi ciężarnej


Kto może zachorować?
Każda ciężarna. Określa się grupy ryzyka (należą do nich m. in. osoby otyłe oraz takie w których rodzinach występowały osoby chorujące na cukrzycę), jednak choroba ta zależy od zmian hormonalnych związanych z przebiegiem ciąży i może wystąpić niezależnie od kwalifikacji do takiej grupy.

Czynniki zwiększające ryzyko zachorowania (za stroną leczymysie.pl):
  • nadwaga przed zajściem w ciążę (jeśli 20% lub więcej na swojej idealnej wagi ciała);
  • przynależność do grupy etnicznej wysokiego ryzyka, w tym: Latynosi, osoby czarnoskóre, Indianie i Azjaci;
  • występowanie cukru w moczu;
  • upośledzona tolerancja glukozy lub nieprawidłowa glikemia na czczo (poziom cukru we krwi jest wysoki, ale nie na tyle wysoki, aby być doszło do cukrzycy);
  • występowanie cukrzycy w rodzinie matki (jeśli rodzice lub rodzeństwo chorują na cukrzycę);
  • urodzenie poprzedniego dziecka ważącego powyżej 4-5 kg;
  • wcześniejsze urodzenie martwego dziecka;
  • cukrzyca ciążowa podczas poprzedniej ciąży;
  • zbyt duża ilość płynu owodniowego (stan zwany wielowodzie)

Leczenie
Podstawowe metody leczenia to:
- stosowanie diety cukrzycowej
- przyjmowanie insuliny
- kombinacja tych dwóch czynników.

Kontrola postępów wiąże się z codziennym badaniem poziomu cukru we krwi - wg wskazań, najczęściej na czczo oraz po głównych posiłkach, przy pomocy glukometru, igieł i pasków. Wyniki powinny być zapisywane w tzw. dzienniczkach samokontroli i na bieżąco analizowane, celem wyeliminowania produktów podnoszących cukier.
Dieta opiera się o liczenie tzw. wymienników węglowodanowych, którą określoną ilość każda ciężarna powinna dostarczać sobie oraz dziecku, oraz ograniczanie cukrów do utrzymania poziomu zgodnego z normammi, które są niższe niż w wypadku osób nie będących w ciąży.


Normy
Normy dotyczące poziomu cukru we krwi to sprawa dyskusyjna - są one bowiem co jakiś czas zmieniane (od kilku lat obniżane), co powoduje występowanie dyskusji, czy nie dzieje się tak z powodu nakręcania rynku farmaceutycznego... Dodatkowo pikanterii nadaje fakt, że za granicą normy te są często o kilkadziesiąt jednostek wyższe, co oznacza, że ciężarne u nas diagnozowane jako cukrzycowe np. w Niemczech nimi nie są, albo te które u nas kwalifikują się do podawania insuliny - za granicą stosują z powodzeniem samą dietę.
Tu trzymając się jedynie suchych faktów - obecne normy ciążowe w zakresie prawidłowych poziomów cukru we krwi to:
na czczo: 70-90 mg/dl (3.3-5.0 mmol/l)
1 godzinę po posiłku: poniżej 120 mg/dl (6.7 mmol/l)
między 2:00 a 4:00 nad ranem: powyżej 60 mg/dl (3.3 mmol/l)


Powikłania
Pytanie, które budzi największy strach: "Z czym się to wiąże i co grozi dziecku?". Nie chcę rozwodzić się nad powikłaniami, bowiem w internecie można znaleźć całe mnóstwo straszaków, które moim zdaniem niczego nie wnoszą - trzeba zrobić wszystko aby poradzić sobie z chorobą i utrzymać cukry na odpowiednim poziomie od pierwszego momentu w którym dowiemy się o cukrzycy. Zamartwianie się nie jest wskazane. Dlaczego? Ponieważ stres znacząco podnosi poziom cukru we krwi...
Oczywiście cukrzyca może wpływać na płód przez cały okres ciąży, dlatego tak ważne są regularne badania - i ciężarnej i dziecka. W pierwszych miesiącach ciąży cukrzyca matki może być przyczyną wad wrodzonych i zwiększać ryzyko poronienia. Wiele występujących wad wrodzonych wpływa na główne narządy, takie jak mózg czy serce. Dodatkowo gdy wysoki poziom cukru we krwi matki powoduje wysoki poziom insuliny (hiperinsulinemia) u dziecka, stężenieu cukru we krwi dziecka może spaść bardzo nisko po urodzeniu, ponieważ nie będzie otrzymywać wysokie stężenie cukru we krwi.
Jednak wiele cukrzycowych matek rodzi zupełnie zdrowe dzieci - szczególnie jeśli dbają o dietę, a przekroczenia cukru nie są znaczące i nie utrzymują się stale. Powtarzajmy to sobie zawsze, gdy zaczynamy drżeć o zdrowie dzidziusia - wystarczy zapoznać się z grupami ciężarnych, które opowiadają o własnych doświadczeniach. Warto szukać ukojenia nerwów tam gdzie to możliwe.


Diagnoza
Badania zleca ginekolog prowadzący ciążę - w wypadku koboiet z wysokiej grupy ryzyka już na jej początku, a standardowo między 22 a 24 tygodniem ciąży. Badanie polega na teście toleracji glukozy za pomocą obciążenia doustnego Test ten polega na szybkim wypiciu słodkiego płynu, który zawiera 50g cukru. Organizm wchłania ten cukier gwałtownie powodując, że poziom cukru we krwi wzrasta w ciągu 30-60 minut. Próbka krwi zostanie pobrana z żyły po 1 godzinie od wypicia roztworu. Badanie krwi ukazuje jak bardzo roztwór cukru został przetworzony przez organizm.

Poziom glukozy we krwi większy niż lub równy 140mg/dL jest uznawany za nieprawidłowy. Jeżeli wyniki są nieprawidłowe na podstawie doustnego testu tolerancji glukozy, zostanie przeprowadzony kolejny test, obciążenia 75g glukozy.

Uwaga, czasami lekarze kierują od razu na test obciążenia 75g. W tym wypadku roztwór jest słodszy, a krew pobierana jest na czczo, godzinę po obciążeniu oraz dwie godziny po nim. Ważne jest to aby po wypiciu roztworu glukozy nie chodzić, nie pić - musicie uzbroić się w cierpliwość i dwie godziny przeczekać pod gabinetem pielęgniarki, bowiem jakakolwiek aktywność mogłaby zaburzyć prawidłowość wyników.

Obecnie PTD zaleca wykonywanie 3-punktowego testu obciążenia glukozą (czyli jak wyżej - na czczo, godzinę i 2 po wypiciu roztworu, wcześniej wykonywano 2-punktowy). Na podstawie wyników tego testu cukrzycę ciążową rozpoznaje się, gdy spełnione jest co najmniej jedno z 3 niżej przedstawionych kryteriów:

- stężenie glukozy w osoczu na czczo od 92 do 125 mg/dl (5,1-6,9 mmol/l)
- stężenie glukozy po 60 minutach ≥180 mg/dl (10,0 mmol/l)
- stężenie glukozy po 120 minutach od 153 do 199 mg/dl (8,5-11,0 mml/l)

Wystarczy spełnienie jednego z powyższych kryteriów do zdiagnozowania cukrzycy ciążowej - dalsze kroki ustalane są wspólnie z lekarzem prowadzącym, najczęściej nieprawidłowe wyniki oznaczają skierowanie do poradni diabetologicznej i stosowanie się do wskazówek dietetyka i diabetologa.


Już wkrótce wpis z moją historią i kilkoma przydatnymi poradami - jak sobie radzić i nie dać się zwariować :)

Wyprawka dla malucha

Nie spodziewaliśmy się, że dziecko to prawdziwy nowy człowiek, który potrzebuje zgromadzenia wszystkich rzeczy. Gdy zaczęliśmy o tym myśleć, okazało się, że będzie ich dość sporo.

Jeśli czekacie na pierwsze dziecko - polecam przemyślenie tego tematu z wyprzedzeniem, pozwoli Wam to przygotować się na nadchodzące obowiązki (bieganie po sklepach, wyszukiwanie promocji, serfowanie po internecie w poszukiwaniu okazji) oraz wydatki (my większość rzeczy kupiliśmy używanych, meble odremontowaliśmy itp.) i zaplanować wszystko w czasie (ja chwalę sobie rozłożenie zakupów na poszczególne miesiące dzięki rozłożeniu budżetu - no i im wcześniej tym łatwiej pod względem ciężaru brzucha :))


Ubrania

Tu zaszaleliśmy aż za bardzo, jestem przekonana że w większości ubrań Kazik nie zdąży nawet pochodzić zanim z nich wyrośnie... Nasza radość związana z tym że będziemy mieli syna była jednak ogromna i nie mogliśmy oprzeć się pokusie. Na pewno na początek warto kupić ubranka w dwóch rozmiarach (0-3 i 3+), bowiem nie wiadomo jak duże będzie dziecko. Potrzebujecie po kilka sztuk:
- pajacyków
- body z krótkim i z długim rękawem
- kaftaników
- śpiochów i rajstop
- czapeczek
- rękawiczek niedrapek
- skarpetek

My kupiliśmy lub dostaliśmy dodatkowo bluzy, koszulki, swetry, spodenki, kurteczki, kombinezony, dresy, piżamki, śliniaki... no jednym słowem całe multum rozkosznych maleńkich ubranek, których jest więcej niż naszych razem wziętych :)

Większość ubrań kupiłam na Instagramie :) sporą część mamy też z różnych mamowych grup na Facebooku. Nówki to głównie Tesco oraz Pepco. Plus trochę sprezentowanych :)




Łóżeczko i okolice

Łóżeczko mamy z odzysku. Chciałam kupić takie z trójstopniową regulacją i wyjmowanymi szczebelkami, ostatecznie mamy najprostsze z Ikei, z dwustopniową regulacją i nieruchomymi szczebelkami, bez szuflady i dodatkowych pojemników ale za to gdy dziecko podrośnie można zdjąć jedną ścianę aby dziecko miało do niego swobodny dostęp.
Łóżeczko spolerowałam (częściowo mechanicznie, częściowo ręcznie papierem ściernym), odtłuściłam i pomalowałam farbą przeznaczoną do mebli dziecięcych (nietoksyczna, więc dobrze sprawdziła się jako środek do malowania podczas ciąży ;)). Mała puszka farby kosztowała około 12,50 i spokojnie wystarczyła na 3 warstwy - i jeszcze została :)

Łóżeczko ustawiliśmy pod kontrastową ścianą, której malowanie już opisywałam>>, dlatego postanowiliśmy dobrać pościel pod jej kolor a pozostałe dodatki zostawić stonowane.

Pościel - zamówiłam na wymiar przez Internet w firmie Bajka Beata, którą serdecznie polecam - ochraniacz na łóżeczko, poduszki chmurki, kocyk minky, rożki. Dodatkowo pod kocykiem leży nieprzemakalne prześcieradło na gumkę, zamocowane na materacu (wybraliśmy budżetową opcję gryka-kokos, zobaczymy jak się sprawdzi). Do tego w zapasie czeka zmiana pościeli (w tym poszewki na poduszki i kołderkę dla starszego dziecka - nie mamy jeszcze wypełnienia do nich) i dodatkowe 2 prześcieradła frotte na gumkę.

Na łóżeczku pojawiły się również 3 plastikowe pojemniki z Ikei (sprzadawane w komplecie z koszem na pieluchy, cały komplet około 25 zł) - będę w nich trzymała kosmetyki, chusteczki i inne, które warto mieć pod ręką podczas przemywania buzi czy zmiany pieluch. Żałuję że są białe, ale tylko takie były.

Brakuje nam jeszcze karuzeli, która mam nadzieję wkrótce się pojawi - znalezienie stonowanej kolorystycznie nie jest takie proste :)


MebleTu wykorzystaliśmy nasze stare - zaadoptowaliśmy komodę (na ciuszki i pościel), półkę z 4 szufladami z Ikei (na kosmetyki, ręczniki itp.), szafę (na powieszenie ubrań, schowanie wanienki, przechowywanie pieluch i wszystkiego co nie powinno się kurzyć) i mój stary regał na książki (na ubrania i to co powinno stać tak aby Kazik mógł sobie na to patrzeć :)Z "nowych" rzeczy dokupiłam tylko używany przewijak + pokrowiec frotte na niego i lampy - sufitową rozkładaną "gwiazdę śmierci" wypatrzoną dla Kazika przez tatę, stojącą lampę dającą punktowe światło (osobno kupiliśmy podstawę oraz klosz, tak wyszło dużo taniej) i małą lampkę solną aby jonizowała powietrze.

 











Kosmetyki i pielęgnacja

Opinie są różne, ja wybrałam to co sama uznałam za słuszne, a resztę będę kupowała po wypróbowaniu obecnych kosmetyków. Emolientów i oliwek nie kupowałam - uważam że nie ma sensu ich stosować jeśli ze skórą dziecka wszystko jest ok, tak więc czekamy na narodziny i ocenę jej kondycji już po nich.

- Hipp - 2 w 1, mydło do kąpieli i szampon
- pieluchy - 4 różne opakowania "jedynek" aby wypróbować z których będziemy chcieli korzystać w przyszłości + "dwójki" kupione na promocji
- wilgotne chusteczki do pielęgnacji - również 4 różne do wypróbowania, na późniejszym etapie chcę korzystać z wody
- linomag, bepanthen, sudocrem - do pupki i okolic
- octanisept - do czyszczenia pępka ale również do ran poporodowych
- waciki dla niemowlaków do czyszczenia uszu
- płatki kosmetyczne do przemywania buzi i oczu
- gaziki do przemywania pępka
- wanienka, my dokupiliśmy również gąbkę do położenia na dnie aby łatwiej było trzymać dziecko
- proszek do prania (Lovela do koloru i do białego)
- płyn do płukania ubrań (Bobini dla noworodków)
- smoczki dla niemowlaków - 2
- butelki - 2
- podgrzewacz do butelek - dostaliśmy w prezencie, inaczej chyba bym się nie zdecydowała
- ręczniki - 1-2 duże z kapturkiem, do zawijania po kąpieli (można wykorzystać też zwykłe "dorosłych") + kilka małych
- pieluchy tetrowe + flanelowe
- podkłady do przewijania
- miękka szczotka do czesania włosów
- aspirator

Przed dokonaniem zakupów warto pojeździć i posprawdzać ceny - dzięki promocjom można zaoszczędzić naprawdę wiele pieniędzy! Różnice dochodzą niekiedy do kilkudziesięciu złotych w obrębie jednych zakupów


Wózek

Temat rzeka :) Okazuje się, że wybór jest trudniejszy niż by się pozornie wydawało - a przeciez wózek to tylko wózek, prawda? :) Otóż nie, to trudniejsze niż kupno samochodu! My najpierw wybraliśmy kilka modeli na podstawie opinii z internetu + obejrzanych filmów na YouTubie, ale gdy pojechaliśmy do sklepu i zaczęliśmy nimi jeździć, okazało się że nie spełniają naszych oczekiwań. Przez kolejne weekendy zwiedzaliśmy sklepy i kłóciliśmy się dosłownie o każdy drobiazg.

Ostatniecznie uznaliśmy, że wg nas (podkreślam, to subiektywne, każdy może mieć inne priorytety) wózek powinien:
- być 3 w 1 - gondola + spacerówka + fotelik do samochodu
- mieć dużą gondolę aby nawet dość spore dziecko czuło się w niej komfortowo
- mieć możliwość podnoszenia części główkowej w gondoli
- mieć duży daszek, chroniący przed deszczem i słońcem w razie potrzeby
- mieć łatwo wpinalne i wypinalne elementy + mocowanie i przodem i tyłem
- mieć regulację wysokości rączki (ja jestem sporo niższa)
- mieć porządny hamulec, ale taki który można zablokować/odblokować damską stopą
- mieć skrętne przednie koła ale z możliwością blokady jazdy na wprost
- mieć pompowane koła
- mieć niezłe amortyzatory aby poruszać się nim nie tylko po gładkiej powierzchni
- łatwo się składać, do niewielkich rozmiarów (mój nieduży bagażnik)
- być w miarę lekki (perspektywa wnoszenia na drugie piętro)
- być ładny
- mieścić się w założonym budżecie :P

Z tych punktów nie udało nam się zrealizować kryterium wagi - dla mnie wózek jest zbyt ciężki abym mogła go wnosić do mieszkania, ale poza tym wygląda na stabilny i chyba będzie się bardzo dobrze prowadził. Zobaczymy co pokaże praktyka :)

Wybraliśmy model Expander Mondo Ecco + fotelik Jedo Fyn (kolejny dokupimy za kilka miesięcy, być może już z bazą do mocowania)

Ważne! Poszukiwania mogą być czascohłonne nie tylko z powodu skrupulatności - okazało się, że w większości sklepów wózki nie są dostępne od ręki... My mieliśmy czekać na realizację zamówienia około miesiąca, czekaliśmy ponad 6 tygodni. Warto zająć się tym tematem z wyprzedzeniem :)

Do wózka dostaliśmy też super pościel od mojej siostry - rysowaną specjalnie dla Kazika :)


Inne
- np. książki - czytanie do brzucha pozwala podobno nawiązać więć z dzieckiem. W praktyce czytaliśmy Kazikowi raptem dwukrotnie, całe wieczory poświęcamy na bawienie się z brzuchem, całowanie go i opowiadanie mu o minionym dniu, sprawia nam to dużo więcej frajdy niż czytanie baśni :) i pozwala zbudować więź - i między nami i między nami a dzieckiem
- wiele innych, na które na razie się nie zdecydowaliśmy - np. nosidełko, chusta, zabawki dla starszego dziecka, misie szumisie itp. Na to przyjdzie pora gdy przetestujemy dotychczasowe zakupy i poznamy nasze dziecko, sprawdzając co lubi, jak się zachowuje i czego jeszcze mu brakuje :)


Dla mamy
- tantum rosa - przydatne po porodzie
- podkłady poporodowe
- podpaski
- majtki poporodowe
- wkłady poporodowe
- koszula
- kosmetyki
- wkładki laktacyjne
- laktator - dostałam w prezencie, ręczny, zobaczymy jak się będzie sprawował
- dobra książka, żeby chwilę odpocząć :)

Wyprawka do szpitala

Teoretycznie każdy szpital powinien mieć listę z wyprawką umieszczoną na swojej stronie. W praktyce jednak podobno okazuje się, że nie zawsze pokrywa się ona z tym czego młoda mama i dziecko potrzebują w rzeczywistości, albo dochodzi do sytuacji takiej jak u mnie – szpital od niewiadomo jak dawna ma stronę w renowacji, a infolinia mówi: „proszę sobie popatrzeć na strony innych szpitali i coś wybrać”.

No więc wybieramy, mam nadzieję że to co rzeczywiście będzie potrzebne J Uspokaja mnie to że w moim szpitalu na dole znajduje się sklepik, w którym zawsze można dokupić brakujące drobiazgi oraz to, że w przyszłym pokoju Kazika wszystko jest dość skrupulatnie ułożone, a ja pamiętam gdzie i co – najwyżej będę instruowała jego tatę co ma nam dowieźć J



Dla dziecka
- 5 pajacyków rozpinanych po całości – na początku naszykowałam ładne kaftaniki, bluzeczki i rajstopki, ale uznałam że w tych pierwszych dniach będę na tyle zestresowana, że im mniej przekładania czegokolwiek przez główkę i komplikacji tym lepiej  (uwaga, niektóre mamy zwracają uwagę na to że gdzieniegdzie może być jeszcze chłodno - asekuracyjnie dokładam do torby skarpetki i body, zobaczymy) J
- paczka pieluch – kupiłam na próbę 4 różne małe opakowania i zobaczymy, które najbardziej nam podpasują. Do szpitala wybieram te z wycięciem na pępek
- 2 czapeczki – bez sznurków w które dziecko mogłoby się zaplątać
- 2 rękawiczki niedrapki
- rożek – nasz synek na początku nie będzie spał pod kołderkami, ale właśnie w rożku
- kilka pieluch tetrowych
- pielucha flanelowa (może zastąpić kocyk, ręcznik itp.)
- 2 małe ręczniczki – dużego na razie nie biorę, ponieważ i tak przez pierwsze 3 doby dziecko w szpitalu nie jest kąpane, a więc liczę na to że pierwsza kąpiel odbędzie się już w domu
- mała butelka – bo nigdy nie wiadomo…
- smoczek - na wszelki wypadek
- nawilżone chusteczki do pupy – tu również kupiłam kilka opakowań, choć szykuję się na to że po kilku pierwszych dniach w szpitalu itp. przerzucimy się na mycie pupy wodą, a nie nawilżanymi chusteczkami, które zawierają dużo chemii
- kosmetyki powinny być w szpitalu, ale na wszelki wypadek biorę też małe opakowania: linomagu, octaniseptu do pępka, bepanthenu

Na wyjście szykujemy:
- fotelik
- kocyk
- pluszowy kombinezon
- grubszą czapeczkę i rękawiczki



Dla mamy
- 3 koszule (jedna do porodu, dwie na zmianę)
- leginsy i tunika (liczę na to że nie będę musiała jednak łazić nonstop w koszulach ;) poza tym jeśli Kazik nie zechce nas odwiedzić w lutym to przede mną indukcja porodu więc być może kilka dodatkowych dni pobytu w szpitalu)
- miękkie kapcie
- klapki pod prysznic
- szlafrok (właściwie to biorę tylko dresową narzutkę, bo szlafrok mam gruby i ogromny)
- ręcznik
- kosmetyki
- podpaski – 2-3 opakowania na wszelki wypadek
- 3 podkłady poporodowe – żeby nie prosić o nie za każdym razem pań pielęgniarek
- majtki poporodowe – kupiłam 4 pary wielokrotnego użytku, do prania + majtki jednorazowe
- wkłady poporodowe
- wkładki laktacyjne – póki co mleka nie widać L Ale liczę na to że jeszcze się pojawi
- stanik aby gdzieś te wkładki umieszczać
- do porodu – woda w butelce z dozownikiem
- książka
- ładowarka do telefonu
+ ubrania na wyjście
+ bardzo ważne - dokumenty + wyniki badań

Jedna z mam zwróciła również uwagę na to, że przydaje się laktator - ja póki co mam taki ręczny, zostawiam go pod ręką na wszelki wypadek.


No i dodatkowo, ze względu na cukrzycę, muszę wziąć ze sobą jakiś prowiant J

Kosmetyki w ciąży – moje must have


Ciąża to czas, w którym nasze ciało narażone jest na mnóstwo zmian – o ile rosnący brzuszek czy piersi należą do tych miłych, o tyle wiotkość skóry czy rozstępy raczej nie są pożądane. Dlatego szczególnie w trakcie tych kilku miesięcy należy dbać o dobry dobór kosmetyków.

Oczywiście jest to kwestia niezwykle subiektywna i nie każdej z nas będzie pasowało to samo, jednak chcę pokazać Wam moje must have.

Charakteryzuję się skórą wrażliwą, skłonną do przesuszeń, z okresowymi nawrotami azs – a więc spore wyzwanie J O ile na co dzień byłam uzależniona od nawilżania, o tyle w trakcie ciąży postanowiłam częściowo zastąpić je natłuszczaniem, aby jeszcze mocniej wesprzeć elastyczność skóry i próbować zapobiegać rozstępom, z którymi niestety miałam już do czynienia we wcześniejszych okresach życia.

Poza wymienionymi poniżej stosowałam kosmetyki których używałam przed ciążą i nie czułam potrzeby ich zmiany na tych kilka miesięcy J (płyny do kąpieli, mydła, żele, szampony, odżywki, kosmetyki pachnące i kolorowe).



Ciało

Teoretycznie dbanie o skórę powinno rozpoczynać się od około 4 miesiąca ciąży. Ja o mojej wiedziałam bardzo wcześnie i dość szybko kupiłam kosmetyki dedykowane przyszłym mamom – w tym momencie odrzuciłam balsamy uelastyczniające skórę i przeciwdziałające cellulitowi, od których byłam uzależniona (ze względu na dużą zawartość kofeiny lub działania silnie rozgrzewające lub chłodzące) i wybrałam łagodniejsze, nawilżające.

Przez pierwsze cztery miesiące, ze względu na problem z nadwrażliwością na zapachy, często miałam problem z posmarowaniem skóry czymkolwiek, bo wszystko brzydko mi pachniało – stosowałam więc na zmianę, w zależności od tego co przeszkadzało mi mniej, poniższe – każda z Was powinna sama powąchać i stwierdzić który zapach jej odpowiada J
- Bielenda, Sexy Mama, Balsam ujędrniający do ciała antycellulit – do stosowania w ciąży i po porodzie – działający nawilżająco
- Lirene, Będę Mamą, Wygładzający balsam antycellulitowy – zawierający masło kakaowe i witaminę PP
- Efektima Pharmacare, Mama Care, Kuracja zapobiegająca rozstępom dla kobiet w ciąży – zmniejszający ryzyko pojawienia się rozstępów
Wszystkie charakteryzują się dość delikatnym zapachem (pod warunkiem że nie jesteście w pierwszym trymestrze ciąży – w takim wypadku same musicie wybrać ten najmniej drażniący) i szybko się wchłaniają. Raczej nie zauważyłam specjalnego działania antycellulitowego czy zmniejszającego ilość gromadzącej się wody, ale działanie nawilżające utrzymuje się od kilku godzin do wieczora. Poranne kremowanie pomaga również wyrobić nawyk używania kremów, bardzo potrzebny w późniejszym etapie ciąży.

Od piątego miesiąca zaczęłam bardzo dbać o to, aby używać kosmetyków i rano i wieczorem, systematycznie, przy czym na wieczór wybierałam te natłuszczające. Do absolutnych hitów zaliczam dwa poniższe, nie umiem określić który jest lepszy, stosuję naprzemiennie do końca ciąży i jestem przekonana że po niej również te kosmetyki znajdą miejsce na mojej półce:
- olej kokosowy – dziewczyny zwykle wybierają ten pachnący, ja ze względu na nadwrażliwość wolałam wersję rafinowaną na zimno, bezzapachową. O właściwościach oleju kokosowego pisano już wiele – jest zdrowy jako tłuszcz dodawany do potraw, ale ma również świetne właściwości kosmetyczne, można z niego przyrządzać maski na włosy, paznokcie i stosować zamiast balsamu do ciała. Wersja którą prezentuję jest naprawdę niedroga – koszt około 10-20 zł np. w sklepach Biedronka. W temperaturze pokojowej ma konsystencję stałą, jednak wystarczy ogrzać go w dłoniach aby zmienił się w olej. Ja zwykle przekładałam niewielkie porcje do słoiczka po dżemie i ogrzewałam go pod strumieniem ciepłej wody, aby był gotowy do aplikacji na ciało. Polecam smarowanie się nim po kąpieli, po delikatnym osuszeniu ciała ale przed wyjściem spod prysznica. W przeciwnym wypadku, szczególnie gdy brzuszek zacznie już przeszkadzać, możecie nieźle zachlapać i zatłuścić łazienkę J
Olej uelastycznia skórę, nawilża ją i natłuszcza, w wypadku już powstałych rozstępów pomaga w ich zmniejszeniu i rozjaśnieniu – genialny naturalny kosmetyk! Po porodzie można go używać także do pielęgnacji suchej skóry maluszka
- olejek BabyDream z Rossmana – kupiłam go na wypróbowanie ze względu na promocyjną cenę i.. tak już zostało, do końca ciąży kupowałam kolejne buteleczki po skończeniu poprzednich J Ma przyjemny zapach, mimo tego że jest dość intensywny to nie drażnił mnie  w żadnym momencie ciąży. Łatwo się aplikuje, doskonale rozprowadza na skórze, natłuszcza ją i pozostawia delikatny aromat na skórze. Stosuję wymiennie z olejem kokosowym

Przede mną jeszcze dwa tygodnie do terminu porodu, ale (odpukać!) na moim ciele, mimo znacznego rozciągnięcia skóry, przybrania na wadze i zwiększenia obwodów – nie pojawiły się żadne rozstępy.

Pamiętajcie aby dbać o swoją skórę – oczywiście skłonności do rozstępów mogą być dziedziczne i nawet smarowanie się 5 razy na dobę może Was przed nimi nie uchronić, jednak warto minimalizować ryzyko i dbać o elastyczność skóry, która po porodzie będzie musiała wrócić do odpowiedniej formy.



Twarz

Nie zmieniłam tu znacznie kosmetyków, więc poniżej widzicie to bez czego nie mogę obyć się również na codzień J
- Apis, Peeling do twarzy – enzymatyczny, a więc bez ścieralnych drobinek, a dzięki temu idealny do skóry skłonnej do podrażnień – po jego użyciu nie pojawiają się podrażnienia, a skóra jest oczyszczona. Jestem ogromną fanką kosmetyków żurawinowych z firmy Apis, ze względu na uczucie świeżości które pozostawiają po użyciu. To naturalne kosmetyki, bez parabenów, świetnie sprawdzają się u osób z nadwrażliwością na intensywne dodatki do kosmetyków. Niestety nie tak łatwo je dostać, u mnie zwykle kończy się zamawianiem przez internet
- Pharmaceris A, multilipidowy krem odżywczy – polecany właśnie do pielęgnacji skóry nadwrażliwej, skłonnej do przesuszania i podrażnień – dla mnie jest neutralny, fajnie nawilża, nadaje się do stosowania pod podkłady, prawie nie pachnie
- Loreal, Woda micelarna – idealna do codziennego oczyszczania twarzy i demakijażu
- Nivea, Care – lekki krem nawilżający, idealny do stosowania z innym na zmianę



Włosy

Dwa kosmetyki bez których nie wyobrażam sobie okresu ciąży… ani żadnego innego J
- Schwarzkopf, Gliss Kur – odżywka do włosów w płynie, posiada atomizer dzięki któremu w łatwy sposób aplikujemy mgiełkę na wilgotne włosy, doskonale je nawilża i pozostawia ładny zapach. Wprawdzie dzięki ciąży moje włosy prawie przestały wypadać (czekam teraz z niepokojem na ten moment pół roku po porodzie gdy wszystkie mają podobno wypaść w jednym momencie ;)), ale uzależnienie od stosowania odżywek pozostało – włosy ładnie się układają, są dość gęste i błyszczące

- Batiste, suchy szampon – jestem zakochana w tych kosmetykach. Niestety również w okresie ciąży zdarzają się gorsze momenty, dni gdy nie mamy siły na mycie i suszenie włosów, które po całej nocy spędzonej na mdłościach mogą nie wyglądać zbyt pięknie. Z pomocą przychodzą tzw. suche szampony – wystarczy uczesać włosy i rozprowadzić preparat w spreju u ich podstawy, a następnie wyczesać preparat. Oczywiście nic nie zastąpi mycia J ale jako doraźny środek Batiste jest szybki i skuteczny, pozostawia ładny zapach a włosy wyglądają świeżo. Ten sposób na pewno pozwoli nam przetrwać dzień w dobrym nastroju i odczekać z myciem włosów do wieczora

9 miesiąc

36 tydzień, ostatnia prosta. No i tkwię tu w środku nocy, nie żebym specjalnie miała ochotę chodzić później niewyspana i nie żeby nastąpił nagły przypływ energii końca ciąży, o którym wszyscy dookoła tyle mi mówią. 

Nie. Kazik jest pilnym dzieckiem i postanowił wyćwiczyć się w wyciąganiu, przeciąganiu oraz robieniu rowerków przed narodzinami. Niestety, mój brzuch nie jest zbyt wielki i pojemny i zwyczajnie trudno się w nim pomieścić choćby nieruchomo, a w wypadku nocnych harców czuję jak prawa strona żeber niemal poddaje się pod naporem (jestem przekonana że to by nastąpiło gdybym nie podtrzymywała ich dłońmi i nie wciskała jego maleńkich słodkich stópek siejących spustoszenie pod nie), a lewy jajnik puchnie od boksowania. Wzmożona aktywność przypada na najlepsze godziny, bo po co ktoś miałby odpoczywać między 23 a 5 nad ranem?

Efekt jest taki, że ledwo udaje mi się zwlec z łóżka w okolicach 9 na pomiar cukru, który oczywiście po takiej przemęczonej nocy jest za wysoki, biorę leki, po półgodzinie podsypiania zjadam pierwsze śniadanie w imponującym rozmiarze (1 wasa + ½ plasterka żółtego sera + ogórek kiszony) i choć wiem że nie powinnam po jedzeniu iść spać, to… z zamkniętymi (jeszcze!) oczami wracam pod cieplutką kołderkę.

Bywają oczywiście dni gdy udaje mi się zwlec o jakiejś kulturalnej porze w rodzaju 7 czy 8 i zmusić do tego aby nie wrócić natychmiast do wyrka, jednak wiąże się to z koniecznością drzemki w okolicach południa, a najdalej wczesnego wieczoru, co bezczelnie rozbija cały dzień i czyni go nieco bezproduktywnym.

Oczywiście, mogłabym próbować powstrzymać drzemki w ciągu dnia i po prostu paść na twarz mimo nocnego „tanu tanu” mojego brzucha, pewnie że bym mogła – właśnie wytrzymuję tak drugi dzień z rzędu, sińce pod oczami mam już niemal do podbródka, a żebra wymagają natychmiastowego uciskania i ratowania przed połamaniem. Tak więc jutro chrzanię zasady i idę spać nawet jeśli słońce będzie świeciło mi prosto w twarz – wtedy kiedy mały uzna że się nudzi i też zaśnie. Trzeba korzystać z dobrodziejstwa czasu póki jeszcze można J


A co do napływu energii… błagam, nie chcę już słyszeć od dziewczyn które nie mają żadnych dzieci: „ ech, powinnaś się cieszyć, pod koniec ciąży nie masz nic do robienia i jeszcze ta energia wynikająca z wiecznego wypoczynku!”. Cieszę się doświadczeniem innych, naprawdę na zdrowie, ale jednak ja mam nieco inne doświadczenia. Choć nadal liczę na to że ostatnie tygodnie jeszcze mnie zaskoczą i przeniosę góry J

Trymestr 3 na kartonach!

Miesiąc 7 to absolutnie najlepszy czas ciąży :)

Chodzę jeszcze do pracy i wprawdzie często muszę zwalniać tempo, ale nadal jestem użyteczna. W dodatku w końcu wyraźnie widać mój brzuch, z którym nagle, z dnia na dzień połączyła mnie jakaś więź. Uwielbiam się po nim głaskać (może nie wtedy gdy ktoś patrzy…) i wyglądam jak wariatka kiedy z nim rozmawiam. Nie chce mi się już tak mocno spać, nadwrażliwość na zapachy w końcu ustąpiła, przyzwyczaiłam się do brania tych wszystkich leków, jedzenie nie jest jeszcze aż tak mocno ograniczone, włosy w końcu naprawdę przestały mi wypadać i wyglądają całkiem nieźle (tak, wiem że po porodzie wszystkie wypadną nagle i nieoczekiwanie, ale póki co całkiem je lubię), czuję się uspokojona tym że donosiłam ciążę tak długo i w końcu pozwalam sobie na nieśmiałe oznaki radości ze względu na to że rośnie we mnie Dzieciak.

Jednak miesiąc 8 przynosi wiele zmęczenia. Bierzemy się za przeprowadzkę (nie było wyjścia...), remont, przygotowanie świąt, w grudniu czeka mnie również ostatnie przekazywanie obowiązków w pracy przed przejściem na obowiązkowy urlop, a to wszystko w atmosferze przymusowego wypoczynku... Doba jednak się nie rozciąga i niestety ale na nogach jestem nonstop. Niekiedy na kolanach, na podłodze nowego mieszkania, albo na drabinie pod sufitem. To wszystko skutkuje tym, że w tygodniu przedświątecznym przez tydzień nie jestem w stanie chodzić z powodu obrzęku wszystkiego - stopy przypominają kopyta słonia (czy słoń ma kopyta? hmmm...), a jedyną porządną metodą jest , smarowanie ich na noc maścią końską i podkładanie pod nie kolejnych poduszek. I tak kilka dni pod rząd. Na szczęście po tygodniu zaczynam odczuwać ulgę, a dzięki naszym doświadczeniom będę w stanie napisać Wam jak skutecznie pomalować ścianę w pokoju dziecka oraz zrobić kilka innych rzeczy ;)


Miesiące 4, 5 i 6...

Szyjka macicy skraca się coraz bardziej, mam absolutny zakaz jakiejkolwiek aktywności. Nie mogę biegać, używać orbitreka, robić treningów, ani nawet chodzić na spacery!

W pracy proszę o skrócenie dnia do ośmiogodzinnego, a po powrocie do domu leżę, trzymając nogi na oparciu kanapy. Sprzątam w weekendy, gdy nie muszę wychodzić do biura, uważając na każdy krok. 

Straszy mnie perspektywa dziecka wypadającego ze zbyt płytkiej macicy. Regularnie przyjmuję Luteinę, jest to niefajne i męczące i nie wyobrażam sobie że będę musiała to robić jeszcze przez kilka miesięcy. W coraz większej ilości czynności wymagam pomocy, nawet stanie bywa problemem. Chodzę do pracy i staram się żyć jak wcześniej, ale ciężko idzie mi przywiązanie się do kanapy. Czuję jak mięśnie mi zanikają, a tkanka tłuszczowa nagle przypomina sobie o możliwości rozrostu, choć bardzo uważam na swoją dietę. Mdłości powoli ustępują, staram się więc jeść coraz więcej rzeczy i myślę, że to fajnie że mój dzieciak w końcu poczuje smak brokułów, nabiału, i wielu całkiem niezłych warzyw. Nadchodzi też niezły moment na wspólne zamieszkanie. Wiąże się to ze zbędnymi emocjami, krzykami i uniesieniami, ale postanawiamy dać radę. W końcu fajnie będzie mieć rodzinę J

Powoli przekonuję się do tego że coś tam we mnie rośnie, choć wydaje mi się że to jakiś obcy.

a brzuch powoli zaczyna wchodzić wszędzie przede mnąNagle na początku 5 miesiąca tyję 5 kg, a pod jego koniec kolejnych 5. Wiem że coś jest nie w porządku, jestem w stanie zabić za najmniejszy kawałek słodycza który znajdę na swojej drodze (przecież ja nie lubię słodyczy!!!), ale po ich zjedzeniu jest mi słabo, serce kołacze, ciśnienie skacze, a ja usypiam w miejscu. Podobnie rzecz ma się z pieczywem i cięższymi potrawami. Muszę jednak czekać na wykonanie krzywej cukrowej do 26 tygodnia ciąży. Postanawiam przejąć się tym nagłym tyciem i przejść na dietę jeszcze przed badaniami – odstawiam słodycze i to, po czym czuję się źle – większość pieczywa, makaronów, białego ryżu itd.

W 26tc. zapada wyrok – wyniki są jakie są, dopadła mnie cukrzyca ciążowa. Od tej pory czekają mnie wizyty u diabetologa lub dietetyka, zaprzyjaźnienie się z glukometrem, regularne kłucie palca i pomiary cukru wskazujące co mogę jeść a czego nie. Nie wiem jeszcze, że z każdym kolejnym tygodniem będzie coraz gorzej i będę musiała eliminować coraz więcej i więcej aż prawie nic mi nie zostanie.

Wszyscy mówią o przypływie energii w drugim trymestrze. Ja mimo ograniczeń ruchowych rzucam się w wir pracy aby nie myśleć o tych wszystkich przeciwnościach i aby przygotować wszystkich na moją przerwę w pracy i jestem coraz bardziej zmęczona. Niestety zastrzyk energii przegapiam – przysłania go moje przemęczenie. Jeśli macie możliwość skoncentrować się w tym czasie na sobie, wyjechać na długi urlop, odpoczywać z książką, chodzić do teatru – gorąco Was do tego zachęcam. Ta energia nie przełoży się w cudowny sposób na później, nie zaczeka aż do niej dołączycie.

W tym czasie nasz Dzieciak zyskuje imię. Początkowo miał być dziewczynką, jednak intuicyjnie dostał imię „Dzieciak”. Któregoś dnia moja mama oburzyła się, że nie mówimy dzidzia, czy w jakiś inny pieszczotliwy sposób który nie przyszedł mi do głowy i trochę na przekór odpowiedziałam: „ok, skoro musi mieć imię, to będzie Mirek, pasuje?” (z tym imieniem wiąże się pewnego rodzaju anegdota z bohaterem nazywającym się w wysublimowany sposób Mirek Cierucha). Nie przypuszczałam jednak, że to odwróci się przeciwko mnie, bo gdy tylko okazało się że to chłopak to cała rodzina zaczęła nazywać go Mirkiem, a my sami – mówić tak do brzucha.
Wybór imienia okazał się trudniejszy niż myśleliśmy, a tworzenie kolejnych kilometrowych list wiele nie wnosiło, bowiem mieliśmy te listy dwie różne.
Ostatecznie znaleźliśmy imię które podobało się nam wspólnie, a w dodatku wydawało się pasować do człowieka zamkniętego w moim brzuchu.

Któregoś wieczoru podjęliśmy decyzję – mieliśmy zostać rodzicami Kazika.