Kosmetyki w ciąży – moje must have


Ciąża to czas, w którym nasze ciało narażone jest na mnóstwo zmian – o ile rosnący brzuszek czy piersi należą do tych miłych, o tyle wiotkość skóry czy rozstępy raczej nie są pożądane. Dlatego szczególnie w trakcie tych kilku miesięcy należy dbać o dobry dobór kosmetyków.

Oczywiście jest to kwestia niezwykle subiektywna i nie każdej z nas będzie pasowało to samo, jednak chcę pokazać Wam moje must have.

Charakteryzuję się skórą wrażliwą, skłonną do przesuszeń, z okresowymi nawrotami azs – a więc spore wyzwanie J O ile na co dzień byłam uzależniona od nawilżania, o tyle w trakcie ciąży postanowiłam częściowo zastąpić je natłuszczaniem, aby jeszcze mocniej wesprzeć elastyczność skóry i próbować zapobiegać rozstępom, z którymi niestety miałam już do czynienia we wcześniejszych okresach życia.

Poza wymienionymi poniżej stosowałam kosmetyki których używałam przed ciążą i nie czułam potrzeby ich zmiany na tych kilka miesięcy J (płyny do kąpieli, mydła, żele, szampony, odżywki, kosmetyki pachnące i kolorowe).



Ciało

Teoretycznie dbanie o skórę powinno rozpoczynać się od około 4 miesiąca ciąży. Ja o mojej wiedziałam bardzo wcześnie i dość szybko kupiłam kosmetyki dedykowane przyszłym mamom – w tym momencie odrzuciłam balsamy uelastyczniające skórę i przeciwdziałające cellulitowi, od których byłam uzależniona (ze względu na dużą zawartość kofeiny lub działania silnie rozgrzewające lub chłodzące) i wybrałam łagodniejsze, nawilżające.

Przez pierwsze cztery miesiące, ze względu na problem z nadwrażliwością na zapachy, często miałam problem z posmarowaniem skóry czymkolwiek, bo wszystko brzydko mi pachniało – stosowałam więc na zmianę, w zależności od tego co przeszkadzało mi mniej, poniższe – każda z Was powinna sama powąchać i stwierdzić który zapach jej odpowiada J
- Bielenda, Sexy Mama, Balsam ujędrniający do ciała antycellulit – do stosowania w ciąży i po porodzie – działający nawilżająco
- Lirene, Będę Mamą, Wygładzający balsam antycellulitowy – zawierający masło kakaowe i witaminę PP
- Efektima Pharmacare, Mama Care, Kuracja zapobiegająca rozstępom dla kobiet w ciąży – zmniejszający ryzyko pojawienia się rozstępów
Wszystkie charakteryzują się dość delikatnym zapachem (pod warunkiem że nie jesteście w pierwszym trymestrze ciąży – w takim wypadku same musicie wybrać ten najmniej drażniący) i szybko się wchłaniają. Raczej nie zauważyłam specjalnego działania antycellulitowego czy zmniejszającego ilość gromadzącej się wody, ale działanie nawilżające utrzymuje się od kilku godzin do wieczora. Poranne kremowanie pomaga również wyrobić nawyk używania kremów, bardzo potrzebny w późniejszym etapie ciąży.

Od piątego miesiąca zaczęłam bardzo dbać o to, aby używać kosmetyków i rano i wieczorem, systematycznie, przy czym na wieczór wybierałam te natłuszczające. Do absolutnych hitów zaliczam dwa poniższe, nie umiem określić który jest lepszy, stosuję naprzemiennie do końca ciąży i jestem przekonana że po niej również te kosmetyki znajdą miejsce na mojej półce:
- olej kokosowy – dziewczyny zwykle wybierają ten pachnący, ja ze względu na nadwrażliwość wolałam wersję rafinowaną na zimno, bezzapachową. O właściwościach oleju kokosowego pisano już wiele – jest zdrowy jako tłuszcz dodawany do potraw, ale ma również świetne właściwości kosmetyczne, można z niego przyrządzać maski na włosy, paznokcie i stosować zamiast balsamu do ciała. Wersja którą prezentuję jest naprawdę niedroga – koszt około 10-20 zł np. w sklepach Biedronka. W temperaturze pokojowej ma konsystencję stałą, jednak wystarczy ogrzać go w dłoniach aby zmienił się w olej. Ja zwykle przekładałam niewielkie porcje do słoiczka po dżemie i ogrzewałam go pod strumieniem ciepłej wody, aby był gotowy do aplikacji na ciało. Polecam smarowanie się nim po kąpieli, po delikatnym osuszeniu ciała ale przed wyjściem spod prysznica. W przeciwnym wypadku, szczególnie gdy brzuszek zacznie już przeszkadzać, możecie nieźle zachlapać i zatłuścić łazienkę J
Olej uelastycznia skórę, nawilża ją i natłuszcza, w wypadku już powstałych rozstępów pomaga w ich zmniejszeniu i rozjaśnieniu – genialny naturalny kosmetyk! Po porodzie można go używać także do pielęgnacji suchej skóry maluszka
- olejek BabyDream z Rossmana – kupiłam go na wypróbowanie ze względu na promocyjną cenę i.. tak już zostało, do końca ciąży kupowałam kolejne buteleczki po skończeniu poprzednich J Ma przyjemny zapach, mimo tego że jest dość intensywny to nie drażnił mnie  w żadnym momencie ciąży. Łatwo się aplikuje, doskonale rozprowadza na skórze, natłuszcza ją i pozostawia delikatny aromat na skórze. Stosuję wymiennie z olejem kokosowym

Przede mną jeszcze dwa tygodnie do terminu porodu, ale (odpukać!) na moim ciele, mimo znacznego rozciągnięcia skóry, przybrania na wadze i zwiększenia obwodów – nie pojawiły się żadne rozstępy.

Pamiętajcie aby dbać o swoją skórę – oczywiście skłonności do rozstępów mogą być dziedziczne i nawet smarowanie się 5 razy na dobę może Was przed nimi nie uchronić, jednak warto minimalizować ryzyko i dbać o elastyczność skóry, która po porodzie będzie musiała wrócić do odpowiedniej formy.



Twarz

Nie zmieniłam tu znacznie kosmetyków, więc poniżej widzicie to bez czego nie mogę obyć się również na codzień J
- Apis, Peeling do twarzy – enzymatyczny, a więc bez ścieralnych drobinek, a dzięki temu idealny do skóry skłonnej do podrażnień – po jego użyciu nie pojawiają się podrażnienia, a skóra jest oczyszczona. Jestem ogromną fanką kosmetyków żurawinowych z firmy Apis, ze względu na uczucie świeżości które pozostawiają po użyciu. To naturalne kosmetyki, bez parabenów, świetnie sprawdzają się u osób z nadwrażliwością na intensywne dodatki do kosmetyków. Niestety nie tak łatwo je dostać, u mnie zwykle kończy się zamawianiem przez internet
- Pharmaceris A, multilipidowy krem odżywczy – polecany właśnie do pielęgnacji skóry nadwrażliwej, skłonnej do przesuszania i podrażnień – dla mnie jest neutralny, fajnie nawilża, nadaje się do stosowania pod podkłady, prawie nie pachnie
- Loreal, Woda micelarna – idealna do codziennego oczyszczania twarzy i demakijażu
- Nivea, Care – lekki krem nawilżający, idealny do stosowania z innym na zmianę



Włosy

Dwa kosmetyki bez których nie wyobrażam sobie okresu ciąży… ani żadnego innego J
- Schwarzkopf, Gliss Kur – odżywka do włosów w płynie, posiada atomizer dzięki któremu w łatwy sposób aplikujemy mgiełkę na wilgotne włosy, doskonale je nawilża i pozostawia ładny zapach. Wprawdzie dzięki ciąży moje włosy prawie przestały wypadać (czekam teraz z niepokojem na ten moment pół roku po porodzie gdy wszystkie mają podobno wypaść w jednym momencie ;)), ale uzależnienie od stosowania odżywek pozostało – włosy ładnie się układają, są dość gęste i błyszczące

- Batiste, suchy szampon – jestem zakochana w tych kosmetykach. Niestety również w okresie ciąży zdarzają się gorsze momenty, dni gdy nie mamy siły na mycie i suszenie włosów, które po całej nocy spędzonej na mdłościach mogą nie wyglądać zbyt pięknie. Z pomocą przychodzą tzw. suche szampony – wystarczy uczesać włosy i rozprowadzić preparat w spreju u ich podstawy, a następnie wyczesać preparat. Oczywiście nic nie zastąpi mycia J ale jako doraźny środek Batiste jest szybki i skuteczny, pozostawia ładny zapach a włosy wyglądają świeżo. Ten sposób na pewno pozwoli nam przetrwać dzień w dobrym nastroju i odczekać z myciem włosów do wieczora

Cotton balls

O tych nastrojowych lampkach słyszał już chyba cały świat.
Moda spowodowała, że zalano nimi sklepy, sypialnie, pokoje dziecięce i wiele innych przestrzeni. Nie ukrywam – są piękne i ja sama również jestem ich fanką, ale… No właśnie J Dotychczas ich cena odstraszała mnie od kupienia sobie takich do domu. Owszem – dla kogoś, na prezent, proszę bardzo. Ale miałabym wydawać tyle kasy na kilka świecących kulek, które przewieszę przez lustro?

Postanowiłam zrobić je samodzielne. Uwaga! Z góry uprzedzam że to DIY jest dla osób odważnych, cierpliwych, posiadających sporo wolnego czasu oraz zręczne palce J Ja sama niekoniecznie jestem w posiadaniu wszystkich tych przymiotów i nieźle się nadenerwowałam podczas ich tworzenia. Ale – było warto i pierwsze własnoręcznie przygotowane cotton balls zostały wręczone w prezencie mojej siostrze. Pisząc po cichu – były kilkukrotnie tańsze, nawet od tych biedronkowych, ale kosztowały mnóstwo pracy!


Jak to się robi?

Będziecie potrzebować:
- światełka led (ja wybrałam sznur 25 światełek, na przezroczystym kablu, zasilany na baterie AA)
- włóczki w wybranym kolorze (ja posłużyłam się kordonkiem, zużyłam około 4 motków 200 metrowych)
- baloniki (najlepsze są takie na wodę, ja miałam zwykłe balony)
- klej do rozrobienia z wodą (ze względu na ciążę i toksyczność kleju ja użyłam domowego krochmalu – jest też bardzo tanim rozwiązaniem!)

1 1 Baloniki pompujemy do takiego rozmiaru, w jakim chcemy robić cotton ballsy. Baloniki na wodę pompują się do w miarę okrągłej postaci, zwykłe będą wymagały od nas większej gimnastyki podczas ich oplatania.

2 2 Gdy mamy przygotowaną odpowiednią liczbę balonów, i wszystkie mają zbliżone rozmiary, bierzemy wybraną włóczkę/kordonek/nici itp. i zaczynamy oplatanie. Podczas oplatania musimy pamiętać o tym, aby nadawać balonom możliwie jak najbardziej okrągły kształt. Początki są trudne, ja pierwsze cotton ballsy rozplatałam i splatałam ponownie kilkukrotnie – ale przy którymś nabiera się wprawy, ważne jest to aby się nie poddawać J Aby łatwiej było oplatać kordonkiem balonik, można nitkę zmoczyć w wodzie, będzie się wówczas łatwiej poddawała i układała na oplatanej powierzchni.

3 3 Po opleceniu całego balonika (nie musi być bardzo ściśle) zawiązujemy koniec nitki wokół niego.


4 4 Po opleceniu wszystkich baloników rozrabiamy klej z wodą tak, aby był niezbyt gęsty lub przygotowujemy krochmal

krochmal:

gotujemy w garnku 4 szklanki wody
jednocześnie rozrabiamy w szklance wody ¼-1/3 szklanki mąki ziemniaczanej
gdy woda w garnku się zagotuje wlewamy do niej rozrobioną mąkę ziemniaczaną i dość energicznie mieszamy, nie dopuszczając do powstania grudek
gotujemy chwilę, wyłączamy, zostawiamy do przestudzenia

5 5 Gdy krochmal przestygnie każdy balonik delikatnie w nim zanurzamy i wcieramy w niego krochmal, tak aby się rozprowadził po całej powierzchni i dotarł też do wewnętrznych warstw nitek

6 6 Tak przygotowane baloniki wieszamy, najlepiej nad grzejnikiem. Ja zawiesiłam je przy pomocy nitki na wieszakach i powiesiłam blisko źródła ciepła. Cotton ballsy będą schły około 1-2 dni, w zależności od temperatury i wilgotności powietrza. Uwaga, jeśli zobaczycie że po wyschnięciu są nadal zbyt miękkie (bo krochmal nie był zbyt mocny lub mieliście słaby klej), zawsze można się poratować spsikując je lakierem do włosów i pozostawiając ponownie do wyschnięcia J

7 7 Gdy cała włóczka na balonach jest już sucha – przy pomocy agrafki przekłuwamy każdy balon i wyciągamy go delikatnie z wnętrza kuli


88. Przez przestrzenie między nitkami wkładamy lampki, jeśli siedzą zbyt luźno możemy je dodatkowo przykleić np. przezroczystym klejem do plastiku lub materiału


      




9 miesiąc

36 tydzień, ostatnia prosta. No i tkwię tu w środku nocy, nie żebym specjalnie miała ochotę chodzić później niewyspana i nie żeby nastąpił nagły przypływ energii końca ciąży, o którym wszyscy dookoła tyle mi mówią. 

Nie. Kazik jest pilnym dzieckiem i postanowił wyćwiczyć się w wyciąganiu, przeciąganiu oraz robieniu rowerków przed narodzinami. Niestety, mój brzuch nie jest zbyt wielki i pojemny i zwyczajnie trudno się w nim pomieścić choćby nieruchomo, a w wypadku nocnych harców czuję jak prawa strona żeber niemal poddaje się pod naporem (jestem przekonana że to by nastąpiło gdybym nie podtrzymywała ich dłońmi i nie wciskała jego maleńkich słodkich stópek siejących spustoszenie pod nie), a lewy jajnik puchnie od boksowania. Wzmożona aktywność przypada na najlepsze godziny, bo po co ktoś miałby odpoczywać między 23 a 5 nad ranem?

Efekt jest taki, że ledwo udaje mi się zwlec z łóżka w okolicach 9 na pomiar cukru, który oczywiście po takiej przemęczonej nocy jest za wysoki, biorę leki, po półgodzinie podsypiania zjadam pierwsze śniadanie w imponującym rozmiarze (1 wasa + ½ plasterka żółtego sera + ogórek kiszony) i choć wiem że nie powinnam po jedzeniu iść spać, to… z zamkniętymi (jeszcze!) oczami wracam pod cieplutką kołderkę.

Bywają oczywiście dni gdy udaje mi się zwlec o jakiejś kulturalnej porze w rodzaju 7 czy 8 i zmusić do tego aby nie wrócić natychmiast do wyrka, jednak wiąże się to z koniecznością drzemki w okolicach południa, a najdalej wczesnego wieczoru, co bezczelnie rozbija cały dzień i czyni go nieco bezproduktywnym.

Oczywiście, mogłabym próbować powstrzymać drzemki w ciągu dnia i po prostu paść na twarz mimo nocnego „tanu tanu” mojego brzucha, pewnie że bym mogła – właśnie wytrzymuję tak drugi dzień z rzędu, sińce pod oczami mam już niemal do podbródka, a żebra wymagają natychmiastowego uciskania i ratowania przed połamaniem. Tak więc jutro chrzanię zasady i idę spać nawet jeśli słońce będzie świeciło mi prosto w twarz – wtedy kiedy mały uzna że się nudzi i też zaśnie. Trzeba korzystać z dobrodziejstwa czasu póki jeszcze można J


A co do napływu energii… błagam, nie chcę już słyszeć od dziewczyn które nie mają żadnych dzieci: „ ech, powinnaś się cieszyć, pod koniec ciąży nie masz nic do robienia i jeszcze ta energia wynikająca z wiecznego wypoczynku!”. Cieszę się doświadczeniem innych, naprawdę na zdrowie, ale jednak ja mam nieco inne doświadczenia. Choć nadal liczę na to że ostatnie tygodnie jeszcze mnie zaskoczą i przeniosę góry J

Wyzwanie: malowanie!

Zanim zabraliśmy się za remont wydawało nam się, że zajmie jakieś dwa dni. No bo w sumie co to jest – szybkie malowanie, celem odświeżenia mieszkania, i już! 

Ostatecznie te dwa dni rozciągnęły się na niemal miesiąc, morderczej pracy po kilkanaście godzin dziennie – amator, kobieta w 7/8 miesiącu ciąży i co jakiś czas koledzy wpadający z pomocą. Niestety, gdy już się zabierzecie za zrobienie czegokolwiek po swojemu, natychmiast okazuje się, że tysiąc innych miejsc się sypie, wygląda gorzej niż powinno, albo wręcz odpada na głowę. No ale nie ma tego złego, udało nam się uporać w podstawowym zakresie z tym co chcieliśmy, zostawiliśmy mnóstwo niedoróbek które kłują nas w oczy, nierówności, plam, niedomalowań – i przesunęliśmy to wszystko na „remont za jakieś 5 lat, gdy uda nam się odłożyć pieniądze i Kazik już podrośnie”.

Jedną z najważniejszych kwestii było przygotowanie pokoju dla naszego przyszłego syna. Wymyśliłam sobie, że chciałabym aby ściana pod którą postawimy łóżeczko kontrastowała z innymi tak, aby wzbudzać jego ciekawość i jednocześnie stworzyć mu ciekawy zakątek, odmienny od zwyczajnych czterech kątów w kolorze „nietuzinkowy ecru”. Jakiś czas sprzeczaliśmy się odnośnie odcienia tego koloru i ostatecznie postanowiłam zaufać Tacie Kazika, który jednak ma większe wyczucie kolorystyczne ode mnie – a przede wszystkim umie sobie wyobrażać przestrzeń (mój mózg posiada jakąś dysfunkcję w tym zakresie). Tym sposobem nabyliśmy farbę Turkusowy Archipelag (do tej pory nie mogę wyjść z podziwu odnośnie tych romantycznych nazw śmierdzących farb do ścian i sufitów!) z serii Kitchen&Bathroom Duluxa. Czemu akurat ta seria? Poza odpowiednim kolorem – staraliśmy się malować mieszkanie farbami jako tako zmywalnymi, biorąc pod uwagę kolejny remont dopiero za kilka lat oraz perspektywę rosnącego brzdąca, uczącego się chodzić i macającymi łapkami wszystko co znajdzie na swojej drodze. Pozostałe ściany pokryliśmy więc serią Easy Care, ale ta nie miała odpowiednio intensywnego turkusowego odcienia, więc postanowiliśmy wykorzystać te przeznaczone do miejsc narażonych na wilgoć i trudne warunki – zważywszy że chodziło o ścianę umiejscowioną przy łóżeczku niemowlaka uznaliśmy że to jak znalazł.

I rzeczywiście było to strzał w dziesiątkę – okazało się że te farby są mniej toksyczne, śmierdzące i nawet ciężarna (oczywiście uzbrojona w maseczkę!) może oddać się malowaniu ściany.
Za puszkę 2,5 litrową zapłaciliśmy około 75 zł, na potrójne pokrycie ściany (wystarczyłyby pewnie 2 warstwy, ale zamalowywaliśmy własne niedociągnięcia, więc trzecia poszła profilaktycznie) wykorzystaliśmy pewnie jakąś 1/5 objętości…

No dobrze, ale jak się za to w ogóle zabrać?

Zaczynamy od zabezpieczenia pomieszczenia – całe dokładnie odkurzamy, następnie podłogę wykładamy folią (lepsza jest gruba, najcieńsza i najtańsza szybko się drze i okropnie ślizga pod nogami, szczególnie jeśli pod nią są panele, deski lub terakota) i przyklejamy do listew przypodłogowych za pomocą szerokiej taśmy malarskiej. Malowaną ścianę dokładnie oddzielamy od niemalowanych poprzez naklejenie na niemalowane powierzchnie taśmy malarskiej – szerokiej, a najlepiej dwóch pasków jeden obok drugiego (wałek lub czasami za daleko polecieć i pomazać nie tą ścianę, którą powinien). Najlepiej przyklejać pasy jak najdłuższe, im więcej łączeń tym więcej szans na nierówności!
Ścianę dokładnie zmiatamy czystą szczotką, aby mieć pewność że nie pozostały na niej żadne paprochy. 

Zakładamy odzież ochronną (w wypadku ciężarnych – najlepiej w ogóle nie malować, ale jeśli się za to zabieracie to koniecznie pamiętajcie o maseczce i rękawiczkach!) i otwieramy farbę, którą musimy najpierw dokładnie rozmieszać, np. starym śrubokrętem itp. (ja do tego użyłam pałeczek do sushi, nic innego nie miałam pod ręką ;)). Gdy farba nie ma już żadnych „nierówności” (kolorystycznych ani strukturalnych) wylewamy trochę na korytko do malowania. Tutaj tip: jeśli korytko wyłożycie dokładnie streczem, po malowaniu wystarczy zdjąć folię i wyrzucić, a korytko będzie niemal jak nowe J

Zanurzamy wałek, rozprowadzamy na nim farbę i zaczynamy malowanie – najlepiej od środka wybranej powierzchni, idąc kolejno w górę, dół i na boki – aczkolwiek tu techniki są różne. Najważniejsze jest to, aby ostatnie pociągnięcia odbywały się w tym samym kierunku (czyli np. z góry na dół) i żeby starać się rozprowadzać farbę równomiernie, dociskając wałek cały czas z taką samą siłą.

Ten Dulux rozprowadza się bardzo dobrze, ale przed nałożeniem drugiej warstwy trzeba zaczekać aż pierwsza dobrze wyschnie – najlepiej kilka godzin. W przeciwnym wypadku może zdarzyć się, że wraz z rozprowadzaniem świeżej warstwy wałek ściągnie poprzednią jeszcze wilgotną i na ścianie powstaną przetarcia.

Po wyschnięciu wszystkich warstw (malujecie do uzyskania żądanego efektu – kolorytu i jednolitości) zdecydowanym ruchem zrywamy warstwy. W naszym wypadku, przy tak kontrastowym kolorze, po zdjęciu taśmy malarskiej wyszły różnego rodzaju niedoróbki – farba przy brzegach była nałożona nierówno i Tata Kazika poprawiał wszystkie krawędzie ręcznie, małym pędzelkiem J

Wyszło idealnie, w dzień farba wygląda na turkusową, po ciemku i przy sztucznym oświetleniu raczej na bardziej stonowaną i niebieską – ale takiego efektu się spodziewaliśmy.





Jeśli do tej pory obawialiście się własnoręcznego odświeżania pokoju dla Waszych (obecnych i przyszłych) dzieciaków – namawiam, bo koszt finansowy jest naprawdę niewielki!

Trymestr 3 na kartonach!

Miesiąc 7 to absolutnie najlepszy czas ciąży :)

Chodzę jeszcze do pracy i wprawdzie często muszę zwalniać tempo, ale nadal jestem użyteczna. W dodatku w końcu wyraźnie widać mój brzuch, z którym nagle, z dnia na dzień połączyła mnie jakaś więź. Uwielbiam się po nim głaskać (może nie wtedy gdy ktoś patrzy…) i wyglądam jak wariatka kiedy z nim rozmawiam. Nie chce mi się już tak mocno spać, nadwrażliwość na zapachy w końcu ustąpiła, przyzwyczaiłam się do brania tych wszystkich leków, jedzenie nie jest jeszcze aż tak mocno ograniczone, włosy w końcu naprawdę przestały mi wypadać i wyglądają całkiem nieźle (tak, wiem że po porodzie wszystkie wypadną nagle i nieoczekiwanie, ale póki co całkiem je lubię), czuję się uspokojona tym że donosiłam ciążę tak długo i w końcu pozwalam sobie na nieśmiałe oznaki radości ze względu na to że rośnie we mnie Dzieciak.

Jednak miesiąc 8 przynosi wiele zmęczenia. Bierzemy się za przeprowadzkę (nie było wyjścia...), remont, przygotowanie świąt, w grudniu czeka mnie również ostatnie przekazywanie obowiązków w pracy przed przejściem na obowiązkowy urlop, a to wszystko w atmosferze przymusowego wypoczynku... Doba jednak się nie rozciąga i niestety ale na nogach jestem nonstop. Niekiedy na kolanach, na podłodze nowego mieszkania, albo na drabinie pod sufitem. To wszystko skutkuje tym, że w tygodniu przedświątecznym przez tydzień nie jestem w stanie chodzić z powodu obrzęku wszystkiego - stopy przypominają kopyta słonia (czy słoń ma kopyta? hmmm...), a jedyną porządną metodą jest , smarowanie ich na noc maścią końską i podkładanie pod nie kolejnych poduszek. I tak kilka dni pod rząd. Na szczęście po tygodniu zaczynam odczuwać ulgę, a dzięki naszym doświadczeniom będę w stanie napisać Wam jak skutecznie pomalować ścianę w pokoju dziecka oraz zrobić kilka innych rzeczy ;)


Miesiące 4, 5 i 6...

Szyjka macicy skraca się coraz bardziej, mam absolutny zakaz jakiejkolwiek aktywności. Nie mogę biegać, używać orbitreka, robić treningów, ani nawet chodzić na spacery!

W pracy proszę o skrócenie dnia do ośmiogodzinnego, a po powrocie do domu leżę, trzymając nogi na oparciu kanapy. Sprzątam w weekendy, gdy nie muszę wychodzić do biura, uważając na każdy krok. 

Straszy mnie perspektywa dziecka wypadającego ze zbyt płytkiej macicy. Regularnie przyjmuję Luteinę, jest to niefajne i męczące i nie wyobrażam sobie że będę musiała to robić jeszcze przez kilka miesięcy. W coraz większej ilości czynności wymagam pomocy, nawet stanie bywa problemem. Chodzę do pracy i staram się żyć jak wcześniej, ale ciężko idzie mi przywiązanie się do kanapy. Czuję jak mięśnie mi zanikają, a tkanka tłuszczowa nagle przypomina sobie o możliwości rozrostu, choć bardzo uważam na swoją dietę. Mdłości powoli ustępują, staram się więc jeść coraz więcej rzeczy i myślę, że to fajnie że mój dzieciak w końcu poczuje smak brokułów, nabiału, i wielu całkiem niezłych warzyw. Nadchodzi też niezły moment na wspólne zamieszkanie. Wiąże się to ze zbędnymi emocjami, krzykami i uniesieniami, ale postanawiamy dać radę. W końcu fajnie będzie mieć rodzinę J

Powoli przekonuję się do tego że coś tam we mnie rośnie, choć wydaje mi się że to jakiś obcy.

a brzuch powoli zaczyna wchodzić wszędzie przede mnąNagle na początku 5 miesiąca tyję 5 kg, a pod jego koniec kolejnych 5. Wiem że coś jest nie w porządku, jestem w stanie zabić za najmniejszy kawałek słodycza który znajdę na swojej drodze (przecież ja nie lubię słodyczy!!!), ale po ich zjedzeniu jest mi słabo, serce kołacze, ciśnienie skacze, a ja usypiam w miejscu. Podobnie rzecz ma się z pieczywem i cięższymi potrawami. Muszę jednak czekać na wykonanie krzywej cukrowej do 26 tygodnia ciąży. Postanawiam przejąć się tym nagłym tyciem i przejść na dietę jeszcze przed badaniami – odstawiam słodycze i to, po czym czuję się źle – większość pieczywa, makaronów, białego ryżu itd.

W 26tc. zapada wyrok – wyniki są jakie są, dopadła mnie cukrzyca ciążowa. Od tej pory czekają mnie wizyty u diabetologa lub dietetyka, zaprzyjaźnienie się z glukometrem, regularne kłucie palca i pomiary cukru wskazujące co mogę jeść a czego nie. Nie wiem jeszcze, że z każdym kolejnym tygodniem będzie coraz gorzej i będę musiała eliminować coraz więcej i więcej aż prawie nic mi nie zostanie.

Wszyscy mówią o przypływie energii w drugim trymestrze. Ja mimo ograniczeń ruchowych rzucam się w wir pracy aby nie myśleć o tych wszystkich przeciwnościach i aby przygotować wszystkich na moją przerwę w pracy i jestem coraz bardziej zmęczona. Niestety zastrzyk energii przegapiam – przysłania go moje przemęczenie. Jeśli macie możliwość skoncentrować się w tym czasie na sobie, wyjechać na długi urlop, odpoczywać z książką, chodzić do teatru – gorąco Was do tego zachęcam. Ta energia nie przełoży się w cudowny sposób na później, nie zaczeka aż do niej dołączycie.

W tym czasie nasz Dzieciak zyskuje imię. Początkowo miał być dziewczynką, jednak intuicyjnie dostał imię „Dzieciak”. Któregoś dnia moja mama oburzyła się, że nie mówimy dzidzia, czy w jakiś inny pieszczotliwy sposób który nie przyszedł mi do głowy i trochę na przekór odpowiedziałam: „ok, skoro musi mieć imię, to będzie Mirek, pasuje?” (z tym imieniem wiąże się pewnego rodzaju anegdota z bohaterem nazywającym się w wysublimowany sposób Mirek Cierucha). Nie przypuszczałam jednak, że to odwróci się przeciwko mnie, bo gdy tylko okazało się że to chłopak to cała rodzina zaczęła nazywać go Mirkiem, a my sami – mówić tak do brzucha.
Wybór imienia okazał się trudniejszy niż myśleliśmy, a tworzenie kolejnych kilometrowych list wiele nie wnosiło, bowiem mieliśmy te listy dwie różne.
Ostatecznie znaleźliśmy imię które podobało się nam wspólnie, a w dodatku wydawało się pasować do człowieka zamkniętego w moim brzuchu.

Któregoś wieczoru podjęliśmy decyzję – mieliśmy zostać rodzicami Kazika.

Walka z mdłościami

Przerabiają to tysiące kobiet, które zachodzą w ciążę. Jak walczyć z mdłościami, wymiotami i nadwrażliwością na zapachy? 

Metod jest wiele. Słowem wstępu dodam tylko że nie jestem w stanie zarekomendować żadnej konkretnej bo po prostu nic mi nie pomagało. 

Do czwartego miesiąca po prostu nonstop męczyłam się z tą przypadłością. W połowie czwartego miesiąca nadwrażliwość na zapachy i mdłości zaczęły samoistnie ustępować, aż zmniejszyły się na tyle że przestały przeszkadzać. Podobnie jak uczucie metalicznego posmaku w ustach. Ale poniżej porady których się chwytałam, niektóre chwilowo przynosiły ulgę na kilka minut J

Napar z imbiru
Kupujemy świeży korzeń imbiru, obieramy, kroimy w plasterki, zalewamy wodą i gotujemy około 10-15 minut. Pijemy bardzo ciepły, małymi łyczkami, kilka razy dziennie. Gdy znudzi się Wam smak – możecie wkropić trochę cytryny. Imbir jest o tyle fajny że działa też przeciwzapalnie, więc asekuracyjnie dodawałam go do herbaty całą jesień i zimę – w ciąży szczególnie powinnyśmy dbać o nasze zdrowie i o to aby się nie przeziębiać

Przekąski imbirowe
Zasada jak wyżej – bo podobno działa. Do ulubionych metod moich znajomych należały przegryzane przez większość dnia herbatniki imbirowe. Należy jednak uważać aby nie przesadzać z ilością słodyczy! Podobno nieźle działają również krople imbirowe rozpuszczane w wodzie przed jedzeniem

Migdały
Przegryzane kilka razy dziennie, w niewielkich ilościach. W dodatku oleje zawarte w migdałach i orzechach pomagają poprawnie rozwijać układ nerwowy płodu, więc są jak najbardziej wskazane

Picie
To najważniejsza zasada. Jeśli wymiotujecie – musicie się prawidłowo i często nawadniać. Jeśli macie przypuszczenie że doszło do odwodnienia – nie bójcie się zgłosić do lekarza lub na izbę przyjęć do szpitala. To jest groźne nie tylko dla Was ale i dla ciąży. Picie małymi łyczkami pomaga zmniejszyć mdłości. Każdy ma tu inną zasadę – oczywiście najzdrowsza jest woda niegazowana, ja preferowałam wodę z cytryną lub z cytryną i miętą, najczęściej gazowaną bo wtedy było mi lepiej. Niekiedy pomagała również cola (wybierałam zero bo nie lubię słodkich napojów) pita bardzo powoli – pewnie, że to niezdrowe, ale w takim stanie łapiesz się wszystkiego co przynosi ulgę. Utrzymanie niezupełnie pustego żołądka pomaga na mdłości

Mleko
Podobno pite rano na czczo pomaga

Jedzenie
W małych ilościach ale często, tak aby żołądek nie był zupełnie pusty

Cytryna
Wkrapiana do wody, do herbaty, napoje cytrynowe – zasada jak z colą, pite powoli, po kilka łyków

Mięta
Dodawana świeża do napojów, wody, żucie gumy

A przede wszystkim

Spokojnie, to naprawdę przechodzi. Wiem że trudno w to uwierzyć, ale to kiedyś minie, choćby nie wiadomo jak strasznie utrudniało życie