Cotton balls

O tych nastrojowych lampkach słyszał już chyba cały świat.
Moda spowodowała, że zalano nimi sklepy, sypialnie, pokoje dziecięce i wiele innych przestrzeni. Nie ukrywam – są piękne i ja sama również jestem ich fanką, ale… No właśnie J Dotychczas ich cena odstraszała mnie od kupienia sobie takich do domu. Owszem – dla kogoś, na prezent, proszę bardzo. Ale miałabym wydawać tyle kasy na kilka świecących kulek, które przewieszę przez lustro?

Postanowiłam zrobić je samodzielne. Uwaga! Z góry uprzedzam że to DIY jest dla osób odważnych, cierpliwych, posiadających sporo wolnego czasu oraz zręczne palce J Ja sama niekoniecznie jestem w posiadaniu wszystkich tych przymiotów i nieźle się nadenerwowałam podczas ich tworzenia. Ale – było warto i pierwsze własnoręcznie przygotowane cotton balls zostały wręczone w prezencie mojej siostrze. Pisząc po cichu – były kilkukrotnie tańsze, nawet od tych biedronkowych, ale kosztowały mnóstwo pracy!


Jak to się robi?

Będziecie potrzebować:
- światełka led (ja wybrałam sznur 25 światełek, na przezroczystym kablu, zasilany na baterie AA)
- włóczki w wybranym kolorze (ja posłużyłam się kordonkiem, zużyłam około 4 motków 200 metrowych)
- baloniki (najlepsze są takie na wodę, ja miałam zwykłe balony)
- klej do rozrobienia z wodą (ze względu na ciążę i toksyczność kleju ja użyłam domowego krochmalu – jest też bardzo tanim rozwiązaniem!)

1 1 Baloniki pompujemy do takiego rozmiaru, w jakim chcemy robić cotton ballsy. Baloniki na wodę pompują się do w miarę okrągłej postaci, zwykłe będą wymagały od nas większej gimnastyki podczas ich oplatania.

2 2 Gdy mamy przygotowaną odpowiednią liczbę balonów, i wszystkie mają zbliżone rozmiary, bierzemy wybraną włóczkę/kordonek/nici itp. i zaczynamy oplatanie. Podczas oplatania musimy pamiętać o tym, aby nadawać balonom możliwie jak najbardziej okrągły kształt. Początki są trudne, ja pierwsze cotton ballsy rozplatałam i splatałam ponownie kilkukrotnie – ale przy którymś nabiera się wprawy, ważne jest to aby się nie poddawać J Aby łatwiej było oplatać kordonkiem balonik, można nitkę zmoczyć w wodzie, będzie się wówczas łatwiej poddawała i układała na oplatanej powierzchni.

3 3 Po opleceniu całego balonika (nie musi być bardzo ściśle) zawiązujemy koniec nitki wokół niego.


4 4 Po opleceniu wszystkich baloników rozrabiamy klej z wodą tak, aby był niezbyt gęsty lub przygotowujemy krochmal

krochmal:

gotujemy w garnku 4 szklanki wody
jednocześnie rozrabiamy w szklance wody ¼-1/3 szklanki mąki ziemniaczanej
gdy woda w garnku się zagotuje wlewamy do niej rozrobioną mąkę ziemniaczaną i dość energicznie mieszamy, nie dopuszczając do powstania grudek
gotujemy chwilę, wyłączamy, zostawiamy do przestudzenia

5 5 Gdy krochmal przestygnie każdy balonik delikatnie w nim zanurzamy i wcieramy w niego krochmal, tak aby się rozprowadził po całej powierzchni i dotarł też do wewnętrznych warstw nitek

6 6 Tak przygotowane baloniki wieszamy, najlepiej nad grzejnikiem. Ja zawiesiłam je przy pomocy nitki na wieszakach i powiesiłam blisko źródła ciepła. Cotton ballsy będą schły około 1-2 dni, w zależności od temperatury i wilgotności powietrza. Uwaga, jeśli zobaczycie że po wyschnięciu są nadal zbyt miękkie (bo krochmal nie był zbyt mocny lub mieliście słaby klej), zawsze można się poratować spsikując je lakierem do włosów i pozostawiając ponownie do wyschnięcia J

7 7 Gdy cała włóczka na balonach jest już sucha – przy pomocy agrafki przekłuwamy każdy balon i wyciągamy go delikatnie z wnętrza kuli


88. Przez przestrzenie między nitkami wkładamy lampki, jeśli siedzą zbyt luźno możemy je dodatkowo przykleić np. przezroczystym klejem do plastiku lub materiału


      




9 miesiąc

36 tydzień, ostatnia prosta. No i tkwię tu w środku nocy, nie żebym specjalnie miała ochotę chodzić później niewyspana i nie żeby nastąpił nagły przypływ energii końca ciąży, o którym wszyscy dookoła tyle mi mówią. 

Nie. Kazik jest pilnym dzieckiem i postanowił wyćwiczyć się w wyciąganiu, przeciąganiu oraz robieniu rowerków przed narodzinami. Niestety, mój brzuch nie jest zbyt wielki i pojemny i zwyczajnie trudno się w nim pomieścić choćby nieruchomo, a w wypadku nocnych harców czuję jak prawa strona żeber niemal poddaje się pod naporem (jestem przekonana że to by nastąpiło gdybym nie podtrzymywała ich dłońmi i nie wciskała jego maleńkich słodkich stópek siejących spustoszenie pod nie), a lewy jajnik puchnie od boksowania. Wzmożona aktywność przypada na najlepsze godziny, bo po co ktoś miałby odpoczywać między 23 a 5 nad ranem?

Efekt jest taki, że ledwo udaje mi się zwlec z łóżka w okolicach 9 na pomiar cukru, który oczywiście po takiej przemęczonej nocy jest za wysoki, biorę leki, po półgodzinie podsypiania zjadam pierwsze śniadanie w imponującym rozmiarze (1 wasa + ½ plasterka żółtego sera + ogórek kiszony) i choć wiem że nie powinnam po jedzeniu iść spać, to… z zamkniętymi (jeszcze!) oczami wracam pod cieplutką kołderkę.

Bywają oczywiście dni gdy udaje mi się zwlec o jakiejś kulturalnej porze w rodzaju 7 czy 8 i zmusić do tego aby nie wrócić natychmiast do wyrka, jednak wiąże się to z koniecznością drzemki w okolicach południa, a najdalej wczesnego wieczoru, co bezczelnie rozbija cały dzień i czyni go nieco bezproduktywnym.

Oczywiście, mogłabym próbować powstrzymać drzemki w ciągu dnia i po prostu paść na twarz mimo nocnego „tanu tanu” mojego brzucha, pewnie że bym mogła – właśnie wytrzymuję tak drugi dzień z rzędu, sińce pod oczami mam już niemal do podbródka, a żebra wymagają natychmiastowego uciskania i ratowania przed połamaniem. Tak więc jutro chrzanię zasady i idę spać nawet jeśli słońce będzie świeciło mi prosto w twarz – wtedy kiedy mały uzna że się nudzi i też zaśnie. Trzeba korzystać z dobrodziejstwa czasu póki jeszcze można J


A co do napływu energii… błagam, nie chcę już słyszeć od dziewczyn które nie mają żadnych dzieci: „ ech, powinnaś się cieszyć, pod koniec ciąży nie masz nic do robienia i jeszcze ta energia wynikająca z wiecznego wypoczynku!”. Cieszę się doświadczeniem innych, naprawdę na zdrowie, ale jednak ja mam nieco inne doświadczenia. Choć nadal liczę na to że ostatnie tygodnie jeszcze mnie zaskoczą i przeniosę góry J

Wyzwanie: malowanie!

Zanim zabraliśmy się za remont wydawało nam się, że zajmie jakieś dwa dni. No bo w sumie co to jest – szybkie malowanie, celem odświeżenia mieszkania, i już! 

Ostatecznie te dwa dni rozciągnęły się na niemal miesiąc, morderczej pracy po kilkanaście godzin dziennie – amator, kobieta w 7/8 miesiącu ciąży i co jakiś czas koledzy wpadający z pomocą. Niestety, gdy już się zabierzecie za zrobienie czegokolwiek po swojemu, natychmiast okazuje się, że tysiąc innych miejsc się sypie, wygląda gorzej niż powinno, albo wręcz odpada na głowę. No ale nie ma tego złego, udało nam się uporać w podstawowym zakresie z tym co chcieliśmy, zostawiliśmy mnóstwo niedoróbek które kłują nas w oczy, nierówności, plam, niedomalowań – i przesunęliśmy to wszystko na „remont za jakieś 5 lat, gdy uda nam się odłożyć pieniądze i Kazik już podrośnie”.

Jedną z najważniejszych kwestii było przygotowanie pokoju dla naszego przyszłego syna. Wymyśliłam sobie, że chciałabym aby ściana pod którą postawimy łóżeczko kontrastowała z innymi tak, aby wzbudzać jego ciekawość i jednocześnie stworzyć mu ciekawy zakątek, odmienny od zwyczajnych czterech kątów w kolorze „nietuzinkowy ecru”. Jakiś czas sprzeczaliśmy się odnośnie odcienia tego koloru i ostatecznie postanowiłam zaufać Tacie Kazika, który jednak ma większe wyczucie kolorystyczne ode mnie – a przede wszystkim umie sobie wyobrażać przestrzeń (mój mózg posiada jakąś dysfunkcję w tym zakresie). Tym sposobem nabyliśmy farbę Turkusowy Archipelag (do tej pory nie mogę wyjść z podziwu odnośnie tych romantycznych nazw śmierdzących farb do ścian i sufitów!) z serii Kitchen&Bathroom Duluxa. Czemu akurat ta seria? Poza odpowiednim kolorem – staraliśmy się malować mieszkanie farbami jako tako zmywalnymi, biorąc pod uwagę kolejny remont dopiero za kilka lat oraz perspektywę rosnącego brzdąca, uczącego się chodzić i macającymi łapkami wszystko co znajdzie na swojej drodze. Pozostałe ściany pokryliśmy więc serią Easy Care, ale ta nie miała odpowiednio intensywnego turkusowego odcienia, więc postanowiliśmy wykorzystać te przeznaczone do miejsc narażonych na wilgoć i trudne warunki – zważywszy że chodziło o ścianę umiejscowioną przy łóżeczku niemowlaka uznaliśmy że to jak znalazł.

I rzeczywiście było to strzał w dziesiątkę – okazało się że te farby są mniej toksyczne, śmierdzące i nawet ciężarna (oczywiście uzbrojona w maseczkę!) może oddać się malowaniu ściany.
Za puszkę 2,5 litrową zapłaciliśmy około 75 zł, na potrójne pokrycie ściany (wystarczyłyby pewnie 2 warstwy, ale zamalowywaliśmy własne niedociągnięcia, więc trzecia poszła profilaktycznie) wykorzystaliśmy pewnie jakąś 1/5 objętości…

No dobrze, ale jak się za to w ogóle zabrać?

Zaczynamy od zabezpieczenia pomieszczenia – całe dokładnie odkurzamy, następnie podłogę wykładamy folią (lepsza jest gruba, najcieńsza i najtańsza szybko się drze i okropnie ślizga pod nogami, szczególnie jeśli pod nią są panele, deski lub terakota) i przyklejamy do listew przypodłogowych za pomocą szerokiej taśmy malarskiej. Malowaną ścianę dokładnie oddzielamy od niemalowanych poprzez naklejenie na niemalowane powierzchnie taśmy malarskiej – szerokiej, a najlepiej dwóch pasków jeden obok drugiego (wałek lub czasami za daleko polecieć i pomazać nie tą ścianę, którą powinien). Najlepiej przyklejać pasy jak najdłuższe, im więcej łączeń tym więcej szans na nierówności!
Ścianę dokładnie zmiatamy czystą szczotką, aby mieć pewność że nie pozostały na niej żadne paprochy. 

Zakładamy odzież ochronną (w wypadku ciężarnych – najlepiej w ogóle nie malować, ale jeśli się za to zabieracie to koniecznie pamiętajcie o maseczce i rękawiczkach!) i otwieramy farbę, którą musimy najpierw dokładnie rozmieszać, np. starym śrubokrętem itp. (ja do tego użyłam pałeczek do sushi, nic innego nie miałam pod ręką ;)). Gdy farba nie ma już żadnych „nierówności” (kolorystycznych ani strukturalnych) wylewamy trochę na korytko do malowania. Tutaj tip: jeśli korytko wyłożycie dokładnie streczem, po malowaniu wystarczy zdjąć folię i wyrzucić, a korytko będzie niemal jak nowe J

Zanurzamy wałek, rozprowadzamy na nim farbę i zaczynamy malowanie – najlepiej od środka wybranej powierzchni, idąc kolejno w górę, dół i na boki – aczkolwiek tu techniki są różne. Najważniejsze jest to, aby ostatnie pociągnięcia odbywały się w tym samym kierunku (czyli np. z góry na dół) i żeby starać się rozprowadzać farbę równomiernie, dociskając wałek cały czas z taką samą siłą.

Ten Dulux rozprowadza się bardzo dobrze, ale przed nałożeniem drugiej warstwy trzeba zaczekać aż pierwsza dobrze wyschnie – najlepiej kilka godzin. W przeciwnym wypadku może zdarzyć się, że wraz z rozprowadzaniem świeżej warstwy wałek ściągnie poprzednią jeszcze wilgotną i na ścianie powstaną przetarcia.

Po wyschnięciu wszystkich warstw (malujecie do uzyskania żądanego efektu – kolorytu i jednolitości) zdecydowanym ruchem zrywamy warstwy. W naszym wypadku, przy tak kontrastowym kolorze, po zdjęciu taśmy malarskiej wyszły różnego rodzaju niedoróbki – farba przy brzegach była nałożona nierówno i Tata Kazika poprawiał wszystkie krawędzie ręcznie, małym pędzelkiem J

Wyszło idealnie, w dzień farba wygląda na turkusową, po ciemku i przy sztucznym oświetleniu raczej na bardziej stonowaną i niebieską – ale takiego efektu się spodziewaliśmy.





Jeśli do tej pory obawialiście się własnoręcznego odświeżania pokoju dla Waszych (obecnych i przyszłych) dzieciaków – namawiam, bo koszt finansowy jest naprawdę niewielki!

Trymestr 3 na kartonach!

Miesiąc 7 to absolutnie najlepszy czas ciąży :)

Chodzę jeszcze do pracy i wprawdzie często muszę zwalniać tempo, ale nadal jestem użyteczna. W dodatku w końcu wyraźnie widać mój brzuch, z którym nagle, z dnia na dzień połączyła mnie jakaś więź. Uwielbiam się po nim głaskać (może nie wtedy gdy ktoś patrzy…) i wyglądam jak wariatka kiedy z nim rozmawiam. Nie chce mi się już tak mocno spać, nadwrażliwość na zapachy w końcu ustąpiła, przyzwyczaiłam się do brania tych wszystkich leków, jedzenie nie jest jeszcze aż tak mocno ograniczone, włosy w końcu naprawdę przestały mi wypadać i wyglądają całkiem nieźle (tak, wiem że po porodzie wszystkie wypadną nagle i nieoczekiwanie, ale póki co całkiem je lubię), czuję się uspokojona tym że donosiłam ciążę tak długo i w końcu pozwalam sobie na nieśmiałe oznaki radości ze względu na to że rośnie we mnie Dzieciak.

Jednak miesiąc 8 przynosi wiele zmęczenia. Bierzemy się za przeprowadzkę (nie było wyjścia...), remont, przygotowanie świąt, w grudniu czeka mnie również ostatnie przekazywanie obowiązków w pracy przed przejściem na obowiązkowy urlop, a to wszystko w atmosferze przymusowego wypoczynku... Doba jednak się nie rozciąga i niestety ale na nogach jestem nonstop. Niekiedy na kolanach, na podłodze nowego mieszkania, albo na drabinie pod sufitem. To wszystko skutkuje tym, że w tygodniu przedświątecznym przez tydzień nie jestem w stanie chodzić z powodu obrzęku wszystkiego - stopy przypominają kopyta słonia (czy słoń ma kopyta? hmmm...), a jedyną porządną metodą jest , smarowanie ich na noc maścią końską i podkładanie pod nie kolejnych poduszek. I tak kilka dni pod rząd. Na szczęście po tygodniu zaczynam odczuwać ulgę, a dzięki naszym doświadczeniom będę w stanie napisać Wam jak skutecznie pomalować ścianę w pokoju dziecka oraz zrobić kilka innych rzeczy ;)


Miesiące 4, 5 i 6...

Szyjka macicy skraca się coraz bardziej, mam absolutny zakaz jakiejkolwiek aktywności. Nie mogę biegać, używać orbitreka, robić treningów, ani nawet chodzić na spacery!

W pracy proszę o skrócenie dnia do ośmiogodzinnego, a po powrocie do domu leżę, trzymając nogi na oparciu kanapy. Sprzątam w weekendy, gdy nie muszę wychodzić do biura, uważając na każdy krok. 

Straszy mnie perspektywa dziecka wypadającego ze zbyt płytkiej macicy. Regularnie przyjmuję Luteinę, jest to niefajne i męczące i nie wyobrażam sobie że będę musiała to robić jeszcze przez kilka miesięcy. W coraz większej ilości czynności wymagam pomocy, nawet stanie bywa problemem. Chodzę do pracy i staram się żyć jak wcześniej, ale ciężko idzie mi przywiązanie się do kanapy. Czuję jak mięśnie mi zanikają, a tkanka tłuszczowa nagle przypomina sobie o możliwości rozrostu, choć bardzo uważam na swoją dietę. Mdłości powoli ustępują, staram się więc jeść coraz więcej rzeczy i myślę, że to fajnie że mój dzieciak w końcu poczuje smak brokułów, nabiału, i wielu całkiem niezłych warzyw. Nadchodzi też niezły moment na wspólne zamieszkanie. Wiąże się to ze zbędnymi emocjami, krzykami i uniesieniami, ale postanawiamy dać radę. W końcu fajnie będzie mieć rodzinę J

Powoli przekonuję się do tego że coś tam we mnie rośnie, choć wydaje mi się że to jakiś obcy.

a brzuch powoli zaczyna wchodzić wszędzie przede mnąNagle na początku 5 miesiąca tyję 5 kg, a pod jego koniec kolejnych 5. Wiem że coś jest nie w porządku, jestem w stanie zabić za najmniejszy kawałek słodycza który znajdę na swojej drodze (przecież ja nie lubię słodyczy!!!), ale po ich zjedzeniu jest mi słabo, serce kołacze, ciśnienie skacze, a ja usypiam w miejscu. Podobnie rzecz ma się z pieczywem i cięższymi potrawami. Muszę jednak czekać na wykonanie krzywej cukrowej do 26 tygodnia ciąży. Postanawiam przejąć się tym nagłym tyciem i przejść na dietę jeszcze przed badaniami – odstawiam słodycze i to, po czym czuję się źle – większość pieczywa, makaronów, białego ryżu itd.

W 26tc. zapada wyrok – wyniki są jakie są, dopadła mnie cukrzyca ciążowa. Od tej pory czekają mnie wizyty u diabetologa lub dietetyka, zaprzyjaźnienie się z glukometrem, regularne kłucie palca i pomiary cukru wskazujące co mogę jeść a czego nie. Nie wiem jeszcze, że z każdym kolejnym tygodniem będzie coraz gorzej i będę musiała eliminować coraz więcej i więcej aż prawie nic mi nie zostanie.

Wszyscy mówią o przypływie energii w drugim trymestrze. Ja mimo ograniczeń ruchowych rzucam się w wir pracy aby nie myśleć o tych wszystkich przeciwnościach i aby przygotować wszystkich na moją przerwę w pracy i jestem coraz bardziej zmęczona. Niestety zastrzyk energii przegapiam – przysłania go moje przemęczenie. Jeśli macie możliwość skoncentrować się w tym czasie na sobie, wyjechać na długi urlop, odpoczywać z książką, chodzić do teatru – gorąco Was do tego zachęcam. Ta energia nie przełoży się w cudowny sposób na później, nie zaczeka aż do niej dołączycie.

W tym czasie nasz Dzieciak zyskuje imię. Początkowo miał być dziewczynką, jednak intuicyjnie dostał imię „Dzieciak”. Któregoś dnia moja mama oburzyła się, że nie mówimy dzidzia, czy w jakiś inny pieszczotliwy sposób który nie przyszedł mi do głowy i trochę na przekór odpowiedziałam: „ok, skoro musi mieć imię, to będzie Mirek, pasuje?” (z tym imieniem wiąże się pewnego rodzaju anegdota z bohaterem nazywającym się w wysublimowany sposób Mirek Cierucha). Nie przypuszczałam jednak, że to odwróci się przeciwko mnie, bo gdy tylko okazało się że to chłopak to cała rodzina zaczęła nazywać go Mirkiem, a my sami – mówić tak do brzucha.
Wybór imienia okazał się trudniejszy niż myśleliśmy, a tworzenie kolejnych kilometrowych list wiele nie wnosiło, bowiem mieliśmy te listy dwie różne.
Ostatecznie znaleźliśmy imię które podobało się nam wspólnie, a w dodatku wydawało się pasować do człowieka zamkniętego w moim brzuchu.

Któregoś wieczoru podjęliśmy decyzję – mieliśmy zostać rodzicami Kazika.

Walka z mdłościami

Przerabiają to tysiące kobiet, które zachodzą w ciążę. Jak walczyć z mdłościami, wymiotami i nadwrażliwością na zapachy? 

Metod jest wiele. Słowem wstępu dodam tylko że nie jestem w stanie zarekomendować żadnej konkretnej bo po prostu nic mi nie pomagało. 

Do czwartego miesiąca po prostu nonstop męczyłam się z tą przypadłością. W połowie czwartego miesiąca nadwrażliwość na zapachy i mdłości zaczęły samoistnie ustępować, aż zmniejszyły się na tyle że przestały przeszkadzać. Podobnie jak uczucie metalicznego posmaku w ustach. Ale poniżej porady których się chwytałam, niektóre chwilowo przynosiły ulgę na kilka minut J

Napar z imbiru
Kupujemy świeży korzeń imbiru, obieramy, kroimy w plasterki, zalewamy wodą i gotujemy około 10-15 minut. Pijemy bardzo ciepły, małymi łyczkami, kilka razy dziennie. Gdy znudzi się Wam smak – możecie wkropić trochę cytryny. Imbir jest o tyle fajny że działa też przeciwzapalnie, więc asekuracyjnie dodawałam go do herbaty całą jesień i zimę – w ciąży szczególnie powinnyśmy dbać o nasze zdrowie i o to aby się nie przeziębiać

Przekąski imbirowe
Zasada jak wyżej – bo podobno działa. Do ulubionych metod moich znajomych należały przegryzane przez większość dnia herbatniki imbirowe. Należy jednak uważać aby nie przesadzać z ilością słodyczy! Podobno nieźle działają również krople imbirowe rozpuszczane w wodzie przed jedzeniem

Migdały
Przegryzane kilka razy dziennie, w niewielkich ilościach. W dodatku oleje zawarte w migdałach i orzechach pomagają poprawnie rozwijać układ nerwowy płodu, więc są jak najbardziej wskazane

Picie
To najważniejsza zasada. Jeśli wymiotujecie – musicie się prawidłowo i często nawadniać. Jeśli macie przypuszczenie że doszło do odwodnienia – nie bójcie się zgłosić do lekarza lub na izbę przyjęć do szpitala. To jest groźne nie tylko dla Was ale i dla ciąży. Picie małymi łyczkami pomaga zmniejszyć mdłości. Każdy ma tu inną zasadę – oczywiście najzdrowsza jest woda niegazowana, ja preferowałam wodę z cytryną lub z cytryną i miętą, najczęściej gazowaną bo wtedy było mi lepiej. Niekiedy pomagała również cola (wybierałam zero bo nie lubię słodkich napojów) pita bardzo powoli – pewnie, że to niezdrowe, ale w takim stanie łapiesz się wszystkiego co przynosi ulgę. Utrzymanie niezupełnie pustego żołądka pomaga na mdłości

Mleko
Podobno pite rano na czczo pomaga

Jedzenie
W małych ilościach ale często, tak aby żołądek nie był zupełnie pusty

Cytryna
Wkrapiana do wody, do herbaty, napoje cytrynowe – zasada jak z colą, pite powoli, po kilka łyków

Mięta
Dodawana świeża do napojów, wody, żucie gumy

A przede wszystkim

Spokojnie, to naprawdę przechodzi. Wiem że trudno w to uwierzyć, ale to kiedyś minie, choćby nie wiadomo jak strasznie utrudniało życie

Miesiące 1-3

Pierwszy kwartał po czasie wspominam jak przez mgłę. Nieustanny strach czy ciąża przetrwa. Czy dam radę być matką. Czy powinnam nią być. Czy stworzymy rodzinę z ojcem dziecka czy nie będziemy podejmować takiego wyzwania. I kiedy do cholery ustąpią te okropne mdłości!

Niedługo po odkryciu ciąży wybieram się na ślub przyjaciółki. Moje ciało jeszcze nie tyje, ale okazuje się że obie sukienki które kupiłam nie chcą się zapiąć – moja talia w cudowny sposób powiększyła się o kilka centymetrów! No jak?! Dopiero po jakimś czasie zauważyłam że wszystkie narządy powoli powoli zaczynają się przesuwać nieco wyżej i talia ulega zanikowi…
Dramat sukienki nie był jednak jedynym. Bo jak tu dojechać do pracy gdy nagle trzeba zjechać na przystanek i wymiotować do kosza przy akompaniamencie półuśmieszków obserwujących, czekających na autobus? Jak w ogóle jechać, gdy mózg nagle zamienia się w gąbkę i rozum podpowiada nieracjonalne zachowania na drodze? W końcu udało mi się zrozumieć tok myślenia przeciętnej kobiety (wybaczcie mi babeczki, ale część z nas na ogół nie umie zbyt dobrze jeździć lub zachowywać się na drodze). Przykład: jadę sobie swoim pasem, obok dojazdówka, zbliża się samochód przede mną, a mój mózg podpowiada mi: „a co go będziesz wpuszczała, niech sobie zaczeka” – wzrok na sztywno ustawiony na wprost i stopa w gaz, aby przypadkiem nikogo nie wpuścić. Albo: dojeżdżam do skrzyżowania, jestem na podporządkowanej, patrzę w lewo, samochód jest daleko i myślę: „szkoda ryzykować, nie wyjeżdżam” – samochód jest coraz bliżej, „nie wyjeżdżam” – samochód jest już całkiem blisko, „a co tam, najwyżej się zatrzyma, wyjeżdżam” i zajeżdżam drogę. No nie powinny mnie dziwić żadne klaksony! Jednak każdy z nich powoduje niesamowite spięcie i stres oraz przelewanie się w brzuchu, w dodatku niekiedy naprawdę jest mi słabo i nie mogę przekroczyć 50 na godzinę, żeby nie zarzygać sobie kierownicy. Robię więc specjalną naklejkę i choć w to nie wierzyłam – muszę przyznać że zaczyna działać. Nadal snuję się prawym pasem z przepisową prędkością, ale klaksony jakby nagle się ucięły.

Najgorzej jest z zapachami. Otwarcie lodówki powoduje bieg do kibla. Wejście do sklepu z jakimikolwiek produktami spożywczymi – bieg do kibla. Z niespożywczymi zresztą też. Wystarczy że poczuję czyjeś perfumy, ba! Podrzędny dezodorant – i kibel. W pracy rzygam tyle razy że dziwię się że nikt jeszcze nie zrobił się podejrzliwy. Najgorsze są pory lunchu – jestem zmuszona zabierać laptopa i całymi godzinami pracować na kanapie na korytarzu, bo jak tu tolerować zapach chleba, ogórka czy nie daj boże ryby!!! Kilka razy ktoś przyłapał mnie również na tym, że oparta o nadgarstek zwyczajnie kimam – ale to jest nie do przejścia, regularnie między 12.30 a 13.30, nawet jeśli udaje mi się utrzymać powieki w górze, przysypiam. Do jedzenia sprawdza się tylko ciemne pieczywo i pomidory. Przez trzy i pół miesiąca jem chleb z pomidorami, pomidory z przyprawami, same pomidory, sam chleb, pomidorową, chleb z pomidorową i tak w kółko. Już nie mogę patrzeć na kolor czerwony i pochodne, ale tylko po tym nie rzygam. Nie tyję w ogóle, twarz i ręce jakby chudną, ale czemu się dziwić przy takiej diecie.
Tarczyca rzeczywiście wykazała sporą niedoczynność, więc od początku ciąży biorę Euthyrox w dawkach które mają pomóc zbić ten wynik i donosić ciążę.
Na domiar złego szyjka jest tak krótka że prawie w ogóle jej nie ma i lekarz każe mi leżeć – ale jak leżeć, jak muszę pracować i zarabiać żeby za coś wychować później dziecko.
Na jajniku zrobiły się krwiaki.


początki - jeszcze nie grubo ale już nie wspaniale ;)Całymi dniami brzuch boli mnie jak przy okresie – muszę łykać nospę 3x dziennie. A podobno w ciąży miało być tak fajnie. Bez okresu, z uśmiechem na ustach, z piękną cerą (co chwilę wyskakują mi pryszcze), włosami (nie zauważyłam aby wypadały mniej), paznokciami (wyglądają tak jak przed ciążą), z promienną aureolą (czuję się jak wielkie g, ciągle zarzygana, martwiąca się aby nie dopadło mnie np. podczas spotkania u klienta, niewyspana lub budząca się z kiblem odbitym na policzku, w dodatku w niedopinających się sukienkach). Nie, zdecydowanie ten kto nazwał ciążę stanem błogosławionym chyba się z kimś na łby pozamieniał. Albo w ciąży nigdy nie był.
Przerażona tym czy nie zrobiłam krzywdy dziecku (lekarz zapewnia że nie – do 3 miesiąca łożysko nie przepuszcza substancji toksycznych i jeśli nie uda mi się od razu mam odstawiać do końca I trymestru, a jeśli coś ma zaszkodzić i dojdzie do poronienia to pewnie i tak by się tak stało) papierosami odstawiam tak szybko jak to możliwe, przez pierwszy tydzień wypalam ich jeszcze kilka, bo ciężko pogodzić nagłe rzucenie z tym ogromem stresu. Później śni mi się że palę, niemal codziennie, do końca ciąży.

Wszystko nie tak, a jednak – tam podobno naprawdę rośnie dziecko. Nie do końca jeszcze wiem co to znaczy, ale rozumiem że chyba będę matką.