Lampki z piłeczek ping pongowych

Jakiś czas temu, gdy męczyłam się z pierwszymi własnoręcznie wykonywanymi lampkami cotton balls do pokoju Kazika, Monia ode mnie z pracy pokazała mi pomysł na lampki wykonane z piłeczek ping pongowych. Wystarczyło kupić piłeczki, naciąć je nożykiem i nałożyć na kolorowe lampki choinkowe. W dzień wyglądają średnio (jak to piłeczki ping pongowe naciągnięte na kabel :)), ale w nocy wydawały się ładnie świecić. Postanowiłam więc połączyć obie idee, jednocześnie ograniczając nerwy związane z trudnościami nawijania kordonka na niesforne baloniki wypełnione powietrzem w wypadku cotton balls, i zobaczyć co z tego wyjdzie.

Efekt przerósł moje oczekiwania - wg mnie lampki są fajniejsze nawet od cotton ballsów, które obecnie można znaleźć już w co drugim mieszkaniu.

Śmiem twierdzić że pingpongballsów nie ma jeszcze nikt! :)


Jak to się robi?

Będziecie potrzebować:
- światełka led (ja wybrałam sznur 50 kolorowych światełek do powieszenia w pokoju, na przezroczystym kablu, zasilany na baterie AA + drugi, 20 światełek w kolorze zimno białym do powieszenia na oknie)
- włóczki w wybranym kolorze (ja posłużyłam się kordonkiem, zużyłam około 6 motków 200 metrowych)
- piłeczki ping pongowe (wybrałam białe, bez nadruków, najtańsze - kupione w pakiecie 100 sztuk na allegro)
- klej do rozrobienia z wodą (ze względu na ciążę i toksyczność kleju ja użyłam domowego krochmalu – jest też bardzo tanim rozwiązaniem! tutaj przepis na domowy krochmal>>)
- nożyk do tapet, skalpel, nożyk do prac modelarskich do nacinania piłeczek
- przezroczysty silikon do mocowania kabla ze światełkami


1. Każdą piłeczkę oplatamy wybranym kordonkiem (lub kilkoma kombinacjami). Aby sznurek przyklejał się do piłeczki możemy go zmoczyć wodą. Po nawinięciu na kilkę w jednym miejscu sznurek odsuwamy tak, aby zrobił wolną przestrzeń na późniejsze wycięcie otworu na światełka - robimy to gdy kordonek jest jeszcze mokry, łatwiej go wówczas ułożyć


2. Przygotowujemy krochmal. Po jego ostygnięciu zamaczamy każdą piłeczkę i bardzo dokładnie wcieramy krochmal w kordonek, tak aby krochmal dotarł do każdej warstwy. Odkładamy na godzinę na durszlak, aby resztki krochamlu spłynęły

3. Wykładamy półkę folią, zostawiamy na niej piłeczki na jedną noc - do wyschnięcia

4. Następnego dnia sprawdzamy czy wszystkie nitki trzymają się piłeczek, jeśli coś wyszło lub się rozsunęło - to jest moment aby, jeszcze na mokro, dokonać poprawek. Następnie układamy piłeczki na górze kaloryfera i zostawiamy na kolejną dobę do dokładnego wyschnięcia. Po wyschnięciu kordonek będzie sztywno trzymał się piłeczek

5. Przy pomocy skalpela/nożyka delikatnie nacinamy piłeczkę we wcześniej zostawionym miejscu. W zależności od tego z jakiego materiału wykonane są nasze piłeczki - nożyk albo będzie wchodził w nią bardzo łatwo i wystarczy delikatne nacinanie, albo może okazać się że piłeczki są bardzo twarde, wówczas najlepsze jest wwiercanie się w jej powierzchnię czubkiem nożyka i poprzez spiralne obracanie nożyka - drążenie okrągłego otworu. Ja w paczce miałam piłeczki z 3 różnych tworzyw jak się okazało podczas cięcia :)
6. Do każdego otworu wkładamy lampkę

7. Otwory prawdopodobnie nie wyjdą idealnie równe i niektóre lampki będą w nich tkwiły bardzo ciasno, inne - będą wypadały. Aby uniknąć problemu z kulkami spadającymi z lampek, warto jest zabezpieczyć otwór np. klejem - ja użyłam bezbarwnego silikonu, którego po zakończeniu pracy nie widać na powierzchni piłeczek, światło ładnie też przez niego przenika




 I gotowe :) Jak Wam poszło?






Wyprawka do szpitala

Teoretycznie każdy szpital powinien mieć listę z wyprawką umieszczoną na swojej stronie. W praktyce jednak podobno okazuje się, że nie zawsze pokrywa się ona z tym czego młoda mama i dziecko potrzebują w rzeczywistości, albo dochodzi do sytuacji takiej jak u mnie – szpital od niewiadomo jak dawna ma stronę w renowacji, a infolinia mówi: „proszę sobie popatrzeć na strony innych szpitali i coś wybrać”.

No więc wybieramy, mam nadzieję że to co rzeczywiście będzie potrzebne J Uspokaja mnie to że w moim szpitalu na dole znajduje się sklepik, w którym zawsze można dokupić brakujące drobiazgi oraz to, że w przyszłym pokoju Kazika wszystko jest dość skrupulatnie ułożone, a ja pamiętam gdzie i co – najwyżej będę instruowała jego tatę co ma nam dowieźć J



Dla dziecka
- 5 pajacyków rozpinanych po całości – na początku naszykowałam ładne kaftaniki, bluzeczki i rajstopki, ale uznałam że w tych pierwszych dniach będę na tyle zestresowana, że im mniej przekładania czegokolwiek przez główkę i komplikacji tym lepiej  (uwaga, niektóre mamy zwracają uwagę na to że gdzieniegdzie może być jeszcze chłodno - asekuracyjnie dokładam do torby skarpetki i body, zobaczymy) J
- paczka pieluch – kupiłam na próbę 4 różne małe opakowania i zobaczymy, które najbardziej nam podpasują. Do szpitala wybieram te z wycięciem na pępek
- 2 czapeczki – bez sznurków w które dziecko mogłoby się zaplątać
- 2 rękawiczki niedrapki
- rożek – nasz synek na początku nie będzie spał pod kołderkami, ale właśnie w rożku
- kilka pieluch tetrowych
- pielucha flanelowa (może zastąpić kocyk, ręcznik itp.)
- 2 małe ręczniczki – dużego na razie nie biorę, ponieważ i tak przez pierwsze 3 doby dziecko w szpitalu nie jest kąpane, a więc liczę na to że pierwsza kąpiel odbędzie się już w domu
- mała butelka – bo nigdy nie wiadomo…
- smoczek - na wszelki wypadek
- nawilżone chusteczki do pupy – tu również kupiłam kilka opakowań, choć szykuję się na to że po kilku pierwszych dniach w szpitalu itp. przerzucimy się na mycie pupy wodą, a nie nawilżanymi chusteczkami, które zawierają dużo chemii
- kosmetyki powinny być w szpitalu, ale na wszelki wypadek biorę też małe opakowania: linomagu, octaniseptu do pępka, bepanthenu

Na wyjście szykujemy:
- fotelik
- kocyk
- pluszowy kombinezon
- grubszą czapeczkę i rękawiczki



Dla mamy
- 3 koszule (jedna do porodu, dwie na zmianę)
- leginsy i tunika (liczę na to że nie będę musiała jednak łazić nonstop w koszulach ;) poza tym jeśli Kazik nie zechce nas odwiedzić w lutym to przede mną indukcja porodu więc być może kilka dodatkowych dni pobytu w szpitalu)
- miękkie kapcie
- klapki pod prysznic
- szlafrok (właściwie to biorę tylko dresową narzutkę, bo szlafrok mam gruby i ogromny)
- ręcznik
- kosmetyki
- podpaski – 2-3 opakowania na wszelki wypadek
- 3 podkłady poporodowe – żeby nie prosić o nie za każdym razem pań pielęgniarek
- majtki poporodowe – kupiłam 4 pary wielokrotnego użytku, do prania + majtki jednorazowe
- wkłady poporodowe
- wkładki laktacyjne – póki co mleka nie widać L Ale liczę na to że jeszcze się pojawi
- stanik aby gdzieś te wkładki umieszczać
- do porodu – woda w butelce z dozownikiem
- książka
- ładowarka do telefonu
+ ubrania na wyjście
+ bardzo ważne - dokumenty + wyniki badań

Jedna z mam zwróciła również uwagę na to, że przydaje się laktator - ja póki co mam taki ręczny, zostawiam go pod ręką na wszelki wypadek.


No i dodatkowo, ze względu na cukrzycę, muszę wziąć ze sobą jakiś prowiant J

Kosmetyki w ciąży – moje must have


Ciąża to czas, w którym nasze ciało narażone jest na mnóstwo zmian – o ile rosnący brzuszek czy piersi należą do tych miłych, o tyle wiotkość skóry czy rozstępy raczej nie są pożądane. Dlatego szczególnie w trakcie tych kilku miesięcy należy dbać o dobry dobór kosmetyków.

Oczywiście jest to kwestia niezwykle subiektywna i nie każdej z nas będzie pasowało to samo, jednak chcę pokazać Wam moje must have.

Charakteryzuję się skórą wrażliwą, skłonną do przesuszeń, z okresowymi nawrotami azs – a więc spore wyzwanie J O ile na co dzień byłam uzależniona od nawilżania, o tyle w trakcie ciąży postanowiłam częściowo zastąpić je natłuszczaniem, aby jeszcze mocniej wesprzeć elastyczność skóry i próbować zapobiegać rozstępom, z którymi niestety miałam już do czynienia we wcześniejszych okresach życia.

Poza wymienionymi poniżej stosowałam kosmetyki których używałam przed ciążą i nie czułam potrzeby ich zmiany na tych kilka miesięcy J (płyny do kąpieli, mydła, żele, szampony, odżywki, kosmetyki pachnące i kolorowe).



Ciało

Teoretycznie dbanie o skórę powinno rozpoczynać się od około 4 miesiąca ciąży. Ja o mojej wiedziałam bardzo wcześnie i dość szybko kupiłam kosmetyki dedykowane przyszłym mamom – w tym momencie odrzuciłam balsamy uelastyczniające skórę i przeciwdziałające cellulitowi, od których byłam uzależniona (ze względu na dużą zawartość kofeiny lub działania silnie rozgrzewające lub chłodzące) i wybrałam łagodniejsze, nawilżające.

Przez pierwsze cztery miesiące, ze względu na problem z nadwrażliwością na zapachy, często miałam problem z posmarowaniem skóry czymkolwiek, bo wszystko brzydko mi pachniało – stosowałam więc na zmianę, w zależności od tego co przeszkadzało mi mniej, poniższe – każda z Was powinna sama powąchać i stwierdzić który zapach jej odpowiada J
- Bielenda, Sexy Mama, Balsam ujędrniający do ciała antycellulit – do stosowania w ciąży i po porodzie – działający nawilżająco
- Lirene, Będę Mamą, Wygładzający balsam antycellulitowy – zawierający masło kakaowe i witaminę PP
- Efektima Pharmacare, Mama Care, Kuracja zapobiegająca rozstępom dla kobiet w ciąży – zmniejszający ryzyko pojawienia się rozstępów
Wszystkie charakteryzują się dość delikatnym zapachem (pod warunkiem że nie jesteście w pierwszym trymestrze ciąży – w takim wypadku same musicie wybrać ten najmniej drażniący) i szybko się wchłaniają. Raczej nie zauważyłam specjalnego działania antycellulitowego czy zmniejszającego ilość gromadzącej się wody, ale działanie nawilżające utrzymuje się od kilku godzin do wieczora. Poranne kremowanie pomaga również wyrobić nawyk używania kremów, bardzo potrzebny w późniejszym etapie ciąży.

Od piątego miesiąca zaczęłam bardzo dbać o to, aby używać kosmetyków i rano i wieczorem, systematycznie, przy czym na wieczór wybierałam te natłuszczające. Do absolutnych hitów zaliczam dwa poniższe, nie umiem określić który jest lepszy, stosuję naprzemiennie do końca ciąży i jestem przekonana że po niej również te kosmetyki znajdą miejsce na mojej półce:
- olej kokosowy – dziewczyny zwykle wybierają ten pachnący, ja ze względu na nadwrażliwość wolałam wersję rafinowaną na zimno, bezzapachową. O właściwościach oleju kokosowego pisano już wiele – jest zdrowy jako tłuszcz dodawany do potraw, ale ma również świetne właściwości kosmetyczne, można z niego przyrządzać maski na włosy, paznokcie i stosować zamiast balsamu do ciała. Wersja którą prezentuję jest naprawdę niedroga – koszt około 10-20 zł np. w sklepach Biedronka. W temperaturze pokojowej ma konsystencję stałą, jednak wystarczy ogrzać go w dłoniach aby zmienił się w olej. Ja zwykle przekładałam niewielkie porcje do słoiczka po dżemie i ogrzewałam go pod strumieniem ciepłej wody, aby był gotowy do aplikacji na ciało. Polecam smarowanie się nim po kąpieli, po delikatnym osuszeniu ciała ale przed wyjściem spod prysznica. W przeciwnym wypadku, szczególnie gdy brzuszek zacznie już przeszkadzać, możecie nieźle zachlapać i zatłuścić łazienkę J
Olej uelastycznia skórę, nawilża ją i natłuszcza, w wypadku już powstałych rozstępów pomaga w ich zmniejszeniu i rozjaśnieniu – genialny naturalny kosmetyk! Po porodzie można go używać także do pielęgnacji suchej skóry maluszka
- olejek BabyDream z Rossmana – kupiłam go na wypróbowanie ze względu na promocyjną cenę i.. tak już zostało, do końca ciąży kupowałam kolejne buteleczki po skończeniu poprzednich J Ma przyjemny zapach, mimo tego że jest dość intensywny to nie drażnił mnie  w żadnym momencie ciąży. Łatwo się aplikuje, doskonale rozprowadza na skórze, natłuszcza ją i pozostawia delikatny aromat na skórze. Stosuję wymiennie z olejem kokosowym

Przede mną jeszcze dwa tygodnie do terminu porodu, ale (odpukać!) na moim ciele, mimo znacznego rozciągnięcia skóry, przybrania na wadze i zwiększenia obwodów – nie pojawiły się żadne rozstępy.

Pamiętajcie aby dbać o swoją skórę – oczywiście skłonności do rozstępów mogą być dziedziczne i nawet smarowanie się 5 razy na dobę może Was przed nimi nie uchronić, jednak warto minimalizować ryzyko i dbać o elastyczność skóry, która po porodzie będzie musiała wrócić do odpowiedniej formy.



Twarz

Nie zmieniłam tu znacznie kosmetyków, więc poniżej widzicie to bez czego nie mogę obyć się również na codzień J
- Apis, Peeling do twarzy – enzymatyczny, a więc bez ścieralnych drobinek, a dzięki temu idealny do skóry skłonnej do podrażnień – po jego użyciu nie pojawiają się podrażnienia, a skóra jest oczyszczona. Jestem ogromną fanką kosmetyków żurawinowych z firmy Apis, ze względu na uczucie świeżości które pozostawiają po użyciu. To naturalne kosmetyki, bez parabenów, świetnie sprawdzają się u osób z nadwrażliwością na intensywne dodatki do kosmetyków. Niestety nie tak łatwo je dostać, u mnie zwykle kończy się zamawianiem przez internet
- Pharmaceris A, multilipidowy krem odżywczy – polecany właśnie do pielęgnacji skóry nadwrażliwej, skłonnej do przesuszania i podrażnień – dla mnie jest neutralny, fajnie nawilża, nadaje się do stosowania pod podkłady, prawie nie pachnie
- Loreal, Woda micelarna – idealna do codziennego oczyszczania twarzy i demakijażu
- Nivea, Care – lekki krem nawilżający, idealny do stosowania z innym na zmianę



Włosy

Dwa kosmetyki bez których nie wyobrażam sobie okresu ciąży… ani żadnego innego J
- Schwarzkopf, Gliss Kur – odżywka do włosów w płynie, posiada atomizer dzięki któremu w łatwy sposób aplikujemy mgiełkę na wilgotne włosy, doskonale je nawilża i pozostawia ładny zapach. Wprawdzie dzięki ciąży moje włosy prawie przestały wypadać (czekam teraz z niepokojem na ten moment pół roku po porodzie gdy wszystkie mają podobno wypaść w jednym momencie ;)), ale uzależnienie od stosowania odżywek pozostało – włosy ładnie się układają, są dość gęste i błyszczące

- Batiste, suchy szampon – jestem zakochana w tych kosmetykach. Niestety również w okresie ciąży zdarzają się gorsze momenty, dni gdy nie mamy siły na mycie i suszenie włosów, które po całej nocy spędzonej na mdłościach mogą nie wyglądać zbyt pięknie. Z pomocą przychodzą tzw. suche szampony – wystarczy uczesać włosy i rozprowadzić preparat w spreju u ich podstawy, a następnie wyczesać preparat. Oczywiście nic nie zastąpi mycia J ale jako doraźny środek Batiste jest szybki i skuteczny, pozostawia ładny zapach a włosy wyglądają świeżo. Ten sposób na pewno pozwoli nam przetrwać dzień w dobrym nastroju i odczekać z myciem włosów do wieczora

Cotton balls

O tych nastrojowych lampkach słyszał już chyba cały świat.
Moda spowodowała, że zalano nimi sklepy, sypialnie, pokoje dziecięce i wiele innych przestrzeni. Nie ukrywam – są piękne i ja sama również jestem ich fanką, ale… No właśnie J Dotychczas ich cena odstraszała mnie od kupienia sobie takich do domu. Owszem – dla kogoś, na prezent, proszę bardzo. Ale miałabym wydawać tyle kasy na kilka świecących kulek, które przewieszę przez lustro?

Postanowiłam zrobić je samodzielne. Uwaga! Z góry uprzedzam że to DIY jest dla osób odważnych, cierpliwych, posiadających sporo wolnego czasu oraz zręczne palce J Ja sama niekoniecznie jestem w posiadaniu wszystkich tych przymiotów i nieźle się nadenerwowałam podczas ich tworzenia. Ale – było warto i pierwsze własnoręcznie przygotowane cotton balls zostały wręczone w prezencie mojej siostrze. Pisząc po cichu – były kilkukrotnie tańsze, nawet od tych biedronkowych, ale kosztowały mnóstwo pracy!


Jak to się robi?

Będziecie potrzebować:
- światełka led (ja wybrałam sznur 25 światełek, na przezroczystym kablu, zasilany na baterie AA)
- włóczki w wybranym kolorze (ja posłużyłam się kordonkiem, zużyłam około 4 motków 200 metrowych)
- baloniki (najlepsze są takie na wodę, ja miałam zwykłe balony)
- klej do rozrobienia z wodą (ze względu na ciążę i toksyczność kleju ja użyłam domowego krochmalu – jest też bardzo tanim rozwiązaniem!)

1 1 Baloniki pompujemy do takiego rozmiaru, w jakim chcemy robić cotton ballsy. Baloniki na wodę pompują się do w miarę okrągłej postaci, zwykłe będą wymagały od nas większej gimnastyki podczas ich oplatania.

2 2 Gdy mamy przygotowaną odpowiednią liczbę balonów, i wszystkie mają zbliżone rozmiary, bierzemy wybraną włóczkę/kordonek/nici itp. i zaczynamy oplatanie. Podczas oplatania musimy pamiętać o tym, aby nadawać balonom możliwie jak najbardziej okrągły kształt. Początki są trudne, ja pierwsze cotton ballsy rozplatałam i splatałam ponownie kilkukrotnie – ale przy którymś nabiera się wprawy, ważne jest to aby się nie poddawać J Aby łatwiej było oplatać kordonkiem balonik, można nitkę zmoczyć w wodzie, będzie się wówczas łatwiej poddawała i układała na oplatanej powierzchni.

3 3 Po opleceniu całego balonika (nie musi być bardzo ściśle) zawiązujemy koniec nitki wokół niego.


4 4 Po opleceniu wszystkich baloników rozrabiamy klej z wodą tak, aby był niezbyt gęsty lub przygotowujemy krochmal

krochmal:

gotujemy w garnku 4 szklanki wody
jednocześnie rozrabiamy w szklance wody ¼-1/3 szklanki mąki ziemniaczanej
gdy woda w garnku się zagotuje wlewamy do niej rozrobioną mąkę ziemniaczaną i dość energicznie mieszamy, nie dopuszczając do powstania grudek
gotujemy chwilę, wyłączamy, zostawiamy do przestudzenia

5 5 Gdy krochmal przestygnie każdy balonik delikatnie w nim zanurzamy i wcieramy w niego krochmal, tak aby się rozprowadził po całej powierzchni i dotarł też do wewnętrznych warstw nitek

6 6 Tak przygotowane baloniki wieszamy, najlepiej nad grzejnikiem. Ja zawiesiłam je przy pomocy nitki na wieszakach i powiesiłam blisko źródła ciepła. Cotton ballsy będą schły około 1-2 dni, w zależności od temperatury i wilgotności powietrza. Uwaga, jeśli zobaczycie że po wyschnięciu są nadal zbyt miękkie (bo krochmal nie był zbyt mocny lub mieliście słaby klej), zawsze można się poratować spsikując je lakierem do włosów i pozostawiając ponownie do wyschnięcia J

7 7 Gdy cała włóczka na balonach jest już sucha – przy pomocy agrafki przekłuwamy każdy balon i wyciągamy go delikatnie z wnętrza kuli


88. Przez przestrzenie między nitkami wkładamy lampki, jeśli siedzą zbyt luźno możemy je dodatkowo przykleić np. przezroczystym klejem do plastiku lub materiału


      




9 miesiąc

36 tydzień, ostatnia prosta. No i tkwię tu w środku nocy, nie żebym specjalnie miała ochotę chodzić później niewyspana i nie żeby nastąpił nagły przypływ energii końca ciąży, o którym wszyscy dookoła tyle mi mówią. 

Nie. Kazik jest pilnym dzieckiem i postanowił wyćwiczyć się w wyciąganiu, przeciąganiu oraz robieniu rowerków przed narodzinami. Niestety, mój brzuch nie jest zbyt wielki i pojemny i zwyczajnie trudno się w nim pomieścić choćby nieruchomo, a w wypadku nocnych harców czuję jak prawa strona żeber niemal poddaje się pod naporem (jestem przekonana że to by nastąpiło gdybym nie podtrzymywała ich dłońmi i nie wciskała jego maleńkich słodkich stópek siejących spustoszenie pod nie), a lewy jajnik puchnie od boksowania. Wzmożona aktywność przypada na najlepsze godziny, bo po co ktoś miałby odpoczywać między 23 a 5 nad ranem?

Efekt jest taki, że ledwo udaje mi się zwlec z łóżka w okolicach 9 na pomiar cukru, który oczywiście po takiej przemęczonej nocy jest za wysoki, biorę leki, po półgodzinie podsypiania zjadam pierwsze śniadanie w imponującym rozmiarze (1 wasa + ½ plasterka żółtego sera + ogórek kiszony) i choć wiem że nie powinnam po jedzeniu iść spać, to… z zamkniętymi (jeszcze!) oczami wracam pod cieplutką kołderkę.

Bywają oczywiście dni gdy udaje mi się zwlec o jakiejś kulturalnej porze w rodzaju 7 czy 8 i zmusić do tego aby nie wrócić natychmiast do wyrka, jednak wiąże się to z koniecznością drzemki w okolicach południa, a najdalej wczesnego wieczoru, co bezczelnie rozbija cały dzień i czyni go nieco bezproduktywnym.

Oczywiście, mogłabym próbować powstrzymać drzemki w ciągu dnia i po prostu paść na twarz mimo nocnego „tanu tanu” mojego brzucha, pewnie że bym mogła – właśnie wytrzymuję tak drugi dzień z rzędu, sińce pod oczami mam już niemal do podbródka, a żebra wymagają natychmiastowego uciskania i ratowania przed połamaniem. Tak więc jutro chrzanię zasady i idę spać nawet jeśli słońce będzie świeciło mi prosto w twarz – wtedy kiedy mały uzna że się nudzi i też zaśnie. Trzeba korzystać z dobrodziejstwa czasu póki jeszcze można J


A co do napływu energii… błagam, nie chcę już słyszeć od dziewczyn które nie mają żadnych dzieci: „ ech, powinnaś się cieszyć, pod koniec ciąży nie masz nic do robienia i jeszcze ta energia wynikająca z wiecznego wypoczynku!”. Cieszę się doświadczeniem innych, naprawdę na zdrowie, ale jednak ja mam nieco inne doświadczenia. Choć nadal liczę na to że ostatnie tygodnie jeszcze mnie zaskoczą i przeniosę góry J

Wyzwanie: malowanie!

Zanim zabraliśmy się za remont wydawało nam się, że zajmie jakieś dwa dni. No bo w sumie co to jest – szybkie malowanie, celem odświeżenia mieszkania, i już! 

Ostatecznie te dwa dni rozciągnęły się na niemal miesiąc, morderczej pracy po kilkanaście godzin dziennie – amator, kobieta w 7/8 miesiącu ciąży i co jakiś czas koledzy wpadający z pomocą. Niestety, gdy już się zabierzecie za zrobienie czegokolwiek po swojemu, natychmiast okazuje się, że tysiąc innych miejsc się sypie, wygląda gorzej niż powinno, albo wręcz odpada na głowę. No ale nie ma tego złego, udało nam się uporać w podstawowym zakresie z tym co chcieliśmy, zostawiliśmy mnóstwo niedoróbek które kłują nas w oczy, nierówności, plam, niedomalowań – i przesunęliśmy to wszystko na „remont za jakieś 5 lat, gdy uda nam się odłożyć pieniądze i Kazik już podrośnie”.

Jedną z najważniejszych kwestii było przygotowanie pokoju dla naszego przyszłego syna. Wymyśliłam sobie, że chciałabym aby ściana pod którą postawimy łóżeczko kontrastowała z innymi tak, aby wzbudzać jego ciekawość i jednocześnie stworzyć mu ciekawy zakątek, odmienny od zwyczajnych czterech kątów w kolorze „nietuzinkowy ecru”. Jakiś czas sprzeczaliśmy się odnośnie odcienia tego koloru i ostatecznie postanowiłam zaufać Tacie Kazika, który jednak ma większe wyczucie kolorystyczne ode mnie – a przede wszystkim umie sobie wyobrażać przestrzeń (mój mózg posiada jakąś dysfunkcję w tym zakresie). Tym sposobem nabyliśmy farbę Turkusowy Archipelag (do tej pory nie mogę wyjść z podziwu odnośnie tych romantycznych nazw śmierdzących farb do ścian i sufitów!) z serii Kitchen&Bathroom Duluxa. Czemu akurat ta seria? Poza odpowiednim kolorem – staraliśmy się malować mieszkanie farbami jako tako zmywalnymi, biorąc pod uwagę kolejny remont dopiero za kilka lat oraz perspektywę rosnącego brzdąca, uczącego się chodzić i macającymi łapkami wszystko co znajdzie na swojej drodze. Pozostałe ściany pokryliśmy więc serią Easy Care, ale ta nie miała odpowiednio intensywnego turkusowego odcienia, więc postanowiliśmy wykorzystać te przeznaczone do miejsc narażonych na wilgoć i trudne warunki – zważywszy że chodziło o ścianę umiejscowioną przy łóżeczku niemowlaka uznaliśmy że to jak znalazł.

I rzeczywiście było to strzał w dziesiątkę – okazało się że te farby są mniej toksyczne, śmierdzące i nawet ciężarna (oczywiście uzbrojona w maseczkę!) może oddać się malowaniu ściany.
Za puszkę 2,5 litrową zapłaciliśmy około 75 zł, na potrójne pokrycie ściany (wystarczyłyby pewnie 2 warstwy, ale zamalowywaliśmy własne niedociągnięcia, więc trzecia poszła profilaktycznie) wykorzystaliśmy pewnie jakąś 1/5 objętości…

No dobrze, ale jak się za to w ogóle zabrać?

Zaczynamy od zabezpieczenia pomieszczenia – całe dokładnie odkurzamy, następnie podłogę wykładamy folią (lepsza jest gruba, najcieńsza i najtańsza szybko się drze i okropnie ślizga pod nogami, szczególnie jeśli pod nią są panele, deski lub terakota) i przyklejamy do listew przypodłogowych za pomocą szerokiej taśmy malarskiej. Malowaną ścianę dokładnie oddzielamy od niemalowanych poprzez naklejenie na niemalowane powierzchnie taśmy malarskiej – szerokiej, a najlepiej dwóch pasków jeden obok drugiego (wałek lub czasami za daleko polecieć i pomazać nie tą ścianę, którą powinien). Najlepiej przyklejać pasy jak najdłuższe, im więcej łączeń tym więcej szans na nierówności!
Ścianę dokładnie zmiatamy czystą szczotką, aby mieć pewność że nie pozostały na niej żadne paprochy. 

Zakładamy odzież ochronną (w wypadku ciężarnych – najlepiej w ogóle nie malować, ale jeśli się za to zabieracie to koniecznie pamiętajcie o maseczce i rękawiczkach!) i otwieramy farbę, którą musimy najpierw dokładnie rozmieszać, np. starym śrubokrętem itp. (ja do tego użyłam pałeczek do sushi, nic innego nie miałam pod ręką ;)). Gdy farba nie ma już żadnych „nierówności” (kolorystycznych ani strukturalnych) wylewamy trochę na korytko do malowania. Tutaj tip: jeśli korytko wyłożycie dokładnie streczem, po malowaniu wystarczy zdjąć folię i wyrzucić, a korytko będzie niemal jak nowe J

Zanurzamy wałek, rozprowadzamy na nim farbę i zaczynamy malowanie – najlepiej od środka wybranej powierzchni, idąc kolejno w górę, dół i na boki – aczkolwiek tu techniki są różne. Najważniejsze jest to, aby ostatnie pociągnięcia odbywały się w tym samym kierunku (czyli np. z góry na dół) i żeby starać się rozprowadzać farbę równomiernie, dociskając wałek cały czas z taką samą siłą.

Ten Dulux rozprowadza się bardzo dobrze, ale przed nałożeniem drugiej warstwy trzeba zaczekać aż pierwsza dobrze wyschnie – najlepiej kilka godzin. W przeciwnym wypadku może zdarzyć się, że wraz z rozprowadzaniem świeżej warstwy wałek ściągnie poprzednią jeszcze wilgotną i na ścianie powstaną przetarcia.

Po wyschnięciu wszystkich warstw (malujecie do uzyskania żądanego efektu – kolorytu i jednolitości) zdecydowanym ruchem zrywamy warstwy. W naszym wypadku, przy tak kontrastowym kolorze, po zdjęciu taśmy malarskiej wyszły różnego rodzaju niedoróbki – farba przy brzegach była nałożona nierówno i Tata Kazika poprawiał wszystkie krawędzie ręcznie, małym pędzelkiem J

Wyszło idealnie, w dzień farba wygląda na turkusową, po ciemku i przy sztucznym oświetleniu raczej na bardziej stonowaną i niebieską – ale takiego efektu się spodziewaliśmy.





Jeśli do tej pory obawialiście się własnoręcznego odświeżania pokoju dla Waszych (obecnych i przyszłych) dzieciaków – namawiam, bo koszt finansowy jest naprawdę niewielki!

Trymestr 3 na kartonach!

Miesiąc 7 to absolutnie najlepszy czas ciąży :)

Chodzę jeszcze do pracy i wprawdzie często muszę zwalniać tempo, ale nadal jestem użyteczna. W dodatku w końcu wyraźnie widać mój brzuch, z którym nagle, z dnia na dzień połączyła mnie jakaś więź. Uwielbiam się po nim głaskać (może nie wtedy gdy ktoś patrzy…) i wyglądam jak wariatka kiedy z nim rozmawiam. Nie chce mi się już tak mocno spać, nadwrażliwość na zapachy w końcu ustąpiła, przyzwyczaiłam się do brania tych wszystkich leków, jedzenie nie jest jeszcze aż tak mocno ograniczone, włosy w końcu naprawdę przestały mi wypadać i wyglądają całkiem nieźle (tak, wiem że po porodzie wszystkie wypadną nagle i nieoczekiwanie, ale póki co całkiem je lubię), czuję się uspokojona tym że donosiłam ciążę tak długo i w końcu pozwalam sobie na nieśmiałe oznaki radości ze względu na to że rośnie we mnie Dzieciak.

Jednak miesiąc 8 przynosi wiele zmęczenia. Bierzemy się za przeprowadzkę (nie było wyjścia...), remont, przygotowanie świąt, w grudniu czeka mnie również ostatnie przekazywanie obowiązków w pracy przed przejściem na obowiązkowy urlop, a to wszystko w atmosferze przymusowego wypoczynku... Doba jednak się nie rozciąga i niestety ale na nogach jestem nonstop. Niekiedy na kolanach, na podłodze nowego mieszkania, albo na drabinie pod sufitem. To wszystko skutkuje tym, że w tygodniu przedświątecznym przez tydzień nie jestem w stanie chodzić z powodu obrzęku wszystkiego - stopy przypominają kopyta słonia (czy słoń ma kopyta? hmmm...), a jedyną porządną metodą jest , smarowanie ich na noc maścią końską i podkładanie pod nie kolejnych poduszek. I tak kilka dni pod rząd. Na szczęście po tygodniu zaczynam odczuwać ulgę, a dzięki naszym doświadczeniom będę w stanie napisać Wam jak skutecznie pomalować ścianę w pokoju dziecka oraz zrobić kilka innych rzeczy ;)